poniedziałek, 14 czerwca 2021

Primum non nocere

Dzwoniła do mnie ostatnio znajoma i oznajmiła, że są z mężem po pierwszej dawce szczepionki, niebawem przyjmą drugą i bardzo się z tego powodu cieszą, bo będą między innymi mogli bez problemów mnie odwiedzić. Warto przy tej okazji zaznaczyć, że oboje są ozdrowieńcami, a chorobę przeszli u schyłku zimy. Nawiasem, ja i Miśka również, ale nieco wcześniej, bo w listopadzie ub.r.

- A ty jak, kiedy się szczepisz? – zapytała w końcu.

- Na razie nie planuję. Nie jestem do końca przekonana – odpowiedziałam całkiem szczerze.

- Nawet mnie nie denerwuj! Przecież ty mądra baba jesteś, szoruj się szczepić! – odparowała. 

Halo, czy ja biorę udział w jakimś reality show? Czy oglądają mnie w telewizji „czuj” wie gdzie? Nagle zaświeciła mi się kolejna lampka alarmowa, bo powiedziała to do mnie kobieta, która jest przekochanym człowiekiem, pełnym tolerancji i szacunku do wszystkich i wszystkiego. Która wreszcie respektuje cudze decyzje, nawet jeśli sama by ich nie podjęła. I właśnie dlatego, że jest taka cudowna, poddała się szczepieniu. Wie bowiem, że szczepionka nie chroni całkowicie przed wirusem, o tym się mówi przecież otwarcie, ale nie chce być zagrożeniem dla innych. Czuje się współodpowiedzialna za ogólne bezpieczeństwo, toteż jako ta starsza i dość mi bliska, postanowiła postawić mnie do pionu oraz stłamsić w zarodku moje egoistyczne pobudki.

Coś we mnie wtedy pękło, bo pomyślałam sobie – dość. Mogę otrzymać łatkę tej, której obca jest współodpowiedzialność za dobro społeczne. Mam gdzieś poprawność polityczną, która w moim odczuciu i tak idzie w złym kierunku i prowadzi ze skrajności w skrajność. Ponad rok izolacji pokazał mi też, że nie boję się wykluczenia. Tak więc nie zrobię czegoś, do czego nie mam zaufania.

Wiem, że muszę dostosować się do pewnych okoliczności, jednak jestem też świadoma swoich praw i nie zamierzam z nich rezygnować, bo tak by wypadało. Wypadało, to by przekonać mnie do zasadności tych szczepień oraz ich bezpieczeństwa, a tymczasem producent nie podaje nawet ich składu! Jak mam dać sobie i mojemu dziecku wstrzyknąć coś, o czym wiem tylko, że jest czymś. Tłumaczenie nagłych zgonów zaszczepionych młodych ludzi bredniami, że szczepionka jeszcze nie zaczęła działać i zabił ich Covid, jest w moim odczuciu wyjątkowo zuchwałe.

Za stara jestem, by nie wiedzieć, że koronawirusy są starsze ode mnie i mogą występować jak sezonowa grypa. Przeciwko grypie też się nigdy nie szczepiłam, a chora byłam na nią tylko raz, w wieku 17 lat. Tymczasem zaobserwowałam, że ci ze znajomych, którzy dotychczas nie złapali koronki, kilkakrotnie w przeszłości przeszli grypę, a więc nabrali większej odporności niż ja z Miśką.

Nie zrozummy się źle, nie jestem przeciwniczką szczepień, ale poprzedzonych odpowiednimi badaniami. W przypadkach, gdy coś niedobrego zaczyna się wokół dziać, staję się czujna i węszę. Nie oglądam TV, bo dawno temu przejrzałam cel jej programów. Wolę czytać informacje, gdyż nie są tak ulotne, jak usłyszane i widziane, a dzieki temu łatwiejsze do zweryfikowania. Lubię szukać danych, wygrzebywać je z odmętów Internetu, a także umiem logicznie myśleć i mam piekielnie dobrą intuicję. Gdybym zawsze jej słuchała, oszczędziłabym sobie wielu zmartwień w przeszłości. Jestem za to przeciwniczką wszelkich szczepień cyklicznych, które zaburzają prawidłową pracę systemu immunologicznego u ludzi zdrowych, u których nie występują choroby go osłabiające, np. cukrzyca. 

W tej dziwnej pandemii zaskoczyła mnie zgodność schematu działań każdego państwa. Wiecie, kiedy robi się coś ściśle wedle planu, bo gdyby było inaczej, to jedni podpatrywaliby jak radzą sobie drudzy, coś by modyfikowali, wprowadzali zabezpieczenia z jakimiś poślizgami czasowymi, udoskonalali ich systemy, a tu było niemal jak w chórze! I ten niesamowity nacisk na propagandę zastraszającą, aby cele były bardziej podatne na manipulacje. Nie tak działa się podczas pandemii, nie nagłaśnia się jej, życie ma toczyć się dalej, bo panika blokuje służbę zdrowia.

Zaobserwowałam triki marketingowe, niczym reklamy autorstwa fachowców z najwyższej półki, którzy doskonale znają mentalność Polaków. Jeden z takich przykładów pochodzi z początków wprowadzonego programu szczepień, kiedy szumnie zapowiedziano, że seniorzy najpierw, bo oni są najsłabsi. Toteż należało się wpisać na listę i grzecznie czekać na swoją kolej; chyba Polacy zbytnio się ociągali z tym zapisywaniem, albo nazbyt mocno krytykowali cały program na forach, bo nagle pizgła bomba. Krystyna Janda pochwaliła się publicznie, że właśnie się zaszczepiła, a trolle uruchomiły lawinę krytyki, że wcisnęła się bez kolejki. Zgodnie z oczekiwaniami twórców bomby, listy zaczęły się szybko zapełniać i to zwłaszcza przez wcześniejszych sceptyków, którzy postanowili zaklepać sobie miejsce przed kolejnymi uprzywilejowanymi chamami. Co ciekawe, mimo nagonki na Jandę, zaraz pojawili się inni celebryci, którzy chwalili się na swoich stronach przyjęciem szczepionki poza kolejnością. 

Po co to robią? Dla pieniędzy. Umówmy się, rząd by w życiu nie inwestował w marketing i rzesze trolli, gdyby grał czysto i faktycznie chodziłoby mu o nasze zdrowie, tylko dopuściłby do głosu autorytety! Telewizje nie biłyby piany, z której wynika jedynie tyle, że nic nie wynika, oraz że kto się nie zaszczepi, ten nie będzie żył swobodnie i swobodnie fruwał! Takie szantarze śmierdzą mi manipulacją na kilometr.

W Austrii mogę w każdej chwili zrobić test za darmo i nikt mnie nie pyta po co jest mi on potrzebny, ale w Polsce już nie, a więc chcący gdzieś polecieć słono za to płacą. Tymczasem szczepienia mają przecież za darmo, no to niech wiele nie myślą, tylko ułatwią sobie życie. Niech też nie słuchają foliarzy, wyznawców teorii sposkowych, którzy swoim zachowaniem udowadniają, jakim są ograniczonym, szkodzącym innym elementem. Normalnie jak za komuny! Halo, Norymberga, szykujcie się tam! 

Zupełnie nie bagatelizuję istnień, które wirus pochłonął i nie kwestionuję jego agresywności. Niby przeszłam go łagodnie, ale tego bólu bani w życiu nie zapomnę oraz ogólnego osłabienia utrzymującego się przez trzy (!) tygodnie. Jest mi szalenie przykro, że ludzie na Covid umierają i chciałabym, aby istniał środek pomagający tym słabszym, ale nie istnieje! Jak to jest, że za szczepionkę przeciw grypie trzeba zapłacić, a tę państwo sponsoruje? Wróć, państwo nic nie sponsoruje, bo nic nie ma, to podatnicy bulą, ale dlaczego przeznacza się na to tę grubą kasę? Pomagają zarobić producentom w zamian za coś? Bez sensu, bo gdyby dopuścili do głosu autorytety, które udowodniłyby zasadność szczepień oraz ich bezpieczeństwo, ludzie sami by sobie kupili po działeczce tego antidotum. Wszyscy by zarobili. 

Kiedy dowiedziałam się, że te sku*wysyny wzięły się za dzieci, zaczęłam intensywniej gromadzić materiały na ten wpis, bo już wcześniej postanowiłam nie milczeć. W nosie mam krytykę, ataki, chcę faktów! A one mówią, że dzieci łagodnie przechodzą tego wirusa, a odsetek zgonów poniżej 15 roku życia w skali światowej wynosi – 99,997%. Nawet Brytyjczycy oświadczyli, że nie ma potrzeby szczepienia dzieci. Robią to tylko 4 kraje, w tym Polska.

W styczniu niejaki dr Stanisław Mazur z Rzeszowa, zapytany przez pewną dziennikarkę o testy robione na dzieciach potwierdził, że trwają badania kliniczne tzw. III fazy i odbywają się na grupie nastolatków w wieku powyżej 11 roku życia. Dodatkowo obejmą one również najmłodsze dzieci w wieku powyżej 3 miesięcy, ale odmówił podawania szczegółów ze względu, jak się wyraził, na poufny charakter projektu. Pewnie testowali na bezbronnych sierotach, bo nie jestem w stanie uwierzyć, że znalazła się jakaś matka, która poddała testom własne dziecko! To wszystko się dzieje w XXI wieku! 

W końcu znalazła się grupa lekarzy i naukowców, która zorganizowała w miniony czwartek lub piątek konferencję prasową, aby poinformować społeczeństwo, że medycy są podpłacani, korumpowani, szantażowani odebraniem im praw do wykonywania zawodu, oraz by przekazać ludziom stan faktyczny dotyczący szczepień. Materiał jest długi, trwa ponad dwie godziny, ale cenna jest każda jego minuta. 

Po obejrzeniu i dojściu do siebie po tym, jak trafił mnie przysłowiowy „czuj”, zaczęłam analizować sytuację, w której wszyscy mamy tak przesrane, że głowa mała. Dr Dorota Sienkiewicz powiedziała, że trwa właśnie eksperyment medyczny na ludziach i na pytanie czy w związku z tym lekarze mają wiedzę, jak leczyć niepożądane odczyny poszczepienne (NOP) ze związkiem przyczynowym i późniejsze działania niepożądane tego preparatu, odpowiedziała: 

- Trudno mówić o leczeniu powikłań poszczepiennych po preparacie inżynierii genetycznej, którego my do końca nieznamy. My nie wiemy, jaki jest skład tego preparatu. Nie było badań długofalowych, więc nie wiemy jakie mogą być skutki i czego się spodziewać, więc jak leczyć coś, o czym nie mamy wiedzy? Powinno się przede wszystkim przetestować każdą partię szczepionki, zobaczyć co tam jest, z czym mogą się łączyć powikłania i zastanowić, ale to i tak będzie leczenie objawowe. Niestety, raz podanej szczepionki nie ma jak usunąć z organizmu, jeżeli wbuduje się w nić DNA za pomocą odwrotnej traskryptazy informację, która jest podana w mRNA w szczepionce, to jest ona nie do usunięcia z nici genetycznej. To jest pytanie do Rady Medycznej – co oni proponują? 

Dr Beata Wrodycka-Żytkowska:

.– Mamy do czynienia z preparatem nieznanym. Producent nie informuje nas o tym, jakie mogą być działania niepożądane, a więc lekarz nie wie co ma zrobić z pacjentem. Czyli mamy dwa eksperymenty; jeden to jest podanie tej szczepionki, a drugi, to eksperymentowanie lekarza, co pomoże w sytuacji zastanej. Chciałabym tez dodać, że kłopotem jest to, iż produkty docierające do nas jako szczepionki, nigdy nie zostały przebadane w naszych laboratoriach. Więc powtórzę, po pani doktor – każda seria powinna być przebadana, a do tej pory nie była żadna. 

Eksperyment medyczny? Testowanie preparatu? Ale zaraz, na takiej masie ludzi? Kto chciałby brać na siebie tak ogromne ryzyko? Jak i komu udało sie doprowadzić do tego, by rządy krajów się na coś takiego zgodziły w imię ratowania ludzkości przed grypopochodnym wirusikiem? Nie kupuję tego.

Nie zgadza mi się to chociażby z polską procedurą zgłaszania NOP, której przejście zajmuje lekarzowi około 45 minut! Czy pozwala ona zatem na uzyskanie rzetelnych wyników badań? 

Lekarka:

– Na przestrzeni miesięcy jest coraz gorzej. W styczniu było to prostsze, a w marcu okazało się, że muszę jeszcze dotrzeć do informacji, jaka była ważność partii szczepionki podawanej pacjentom i ile było ampułek. Ja nie szczepię, ale chyba jestem potrzebna, bo mnie nie zwolniono, ale koleżanki szczepią. Na szczęście pacjent, którego wezmę dla przykładu, został zaszczepiony u nas, więc miałam dostęp do danych na miejscu, a mimo to zgłoszenie jego NOP i tak czekało tydzień, bo tyle miałam pracy z chorymi. Przejście przez ten cały formularz, to jakieś 20 min do pół godziny. Tymczasem kiedy mamy pacjenta zaszczepionego gdzie indziej, na przykład na stadionie i nie wiadomo przez kogo, to lekarz nie ma szans na dotarcie do wymaganych danych. (Kuriozalne są praktyki podawania dawek szczepień, każda innym preparatem i o różnych odstępach czasowych - przyp. athi) Porównajmy ilość zgłoszonych NOP w Polsce i Norwegii, skąd mamy dane od polskiego lekarza i które pokazują, że w Norwegii ilość zgłoszonych NOP jest 17 razy większa, więc wnioski nasuwają się same. 

Owszem. Ja sobie swoje puzzle układam, ale całego obrazu na razie nie mam. Sporo już kart historii w związku z tym przekopałam, a ile jeszcze przede mną... Jeżeli ktoś z Was chciałby się ze mną podzielić swoją wiedzą, niech napisze do mnie: athi.vip@gmail.com. Proszę również wszystkich, zanim skomentujecie, obejrzyjcie konferencję, na której nie pojawiły się zaproszone telewizje: TVN, TVP, POLSAT

piątek, 28 maja 2021

Nie będzie chodził na niemiecki, bo baba pyta!

 W Austrii kasa chorych może zamknąć choremu zwolnienie lekarskie. Wygląda to tak, że powiedzmy idziemy sobie w piątek do lekarza z przekonaniem, że dostaniemy zwolnionko na kolejny tydzień, a tu lekarz widzi w komputerze, że może je wypisać na przykład tylko do środy, ponieważ w czwartek i tak będzie nieważne. 

No i panika, bo siedzieliśmy sobie spokojnie już trzy tygodnie na chorobowym, w tym czasie pracodawca wysłał nam wypowiedzenie, mimo że jeszcze nie wyzdrowieliśmy. Tymczasem za dwa tygodnie mamy termin do specjalisty. A tu wisi nad nami groźba utraty nie tylko dochodu, ale i ubezpieczenia...

Z tym problemem sąsiad Heniek ganiał za mną od wczoraj, ale jakoś się mijaliśmy. Kilka razy w przeszłości tłumaczyłam mu korespondencję, trzeba sobie pomagać.

- Weź no pomóż, bo lekarka mi pedziała, że w środę mnie wydupcyli z chorobowego i ubezpieczenie zabrali - rozczochrany stał z samiuśkiego rana przed moimi drzwiami.

- Powinni byli wcześniej list wysłać. Zwykle o tym powiadamiają - odpowiedziałam i zerkając na jego sterczące po bokach kudły, dyskretnie przeczesałam palcami gniazdo na głowie. 

- Ale nic nie dostałem! Zadzwonisz do nich? 

Zadzwoniłam i okazało się, że wystarczy, aby Heniek przesłał im zdjęcie świstka z zaplanowaną wizytą u specjalisty, którą ma mieć 16 czerwca i oni dadzą mu zielone światło na jakiś tam czas. Ile czasu dadzą? Tego dowie się w liście, który do niego wyślą.

Trudno mi uwierzyć, że Heniek nie dostał żadnego powiadomienia. Austria, jak zresztą cała Unia Europejska, uprawia pasożytniczą biurokrację. Dowodem na to niech będzie fakt, że kiedy ja byłam chora i przez kilka dni nie zagladałam do skrzynki, znalazłam w niej później dwa listy z kasy chorych. W obu, wysłanych dzień po dniu, znajdował się formularz do wpisania numeru mojego konta, o który poprosili również mailem i tą drogą im go natychmiast podałam. 

- Jak matkę kocham, że nie wysłali. Pewnie specjalnie, bo pośredniak wysłał mnie na kurs niemieckiego, a ja znów zachorowałem - zapewnił i sięgnął po inną kartkę. - O, masz! Na A1 mnie posłali - wręczył mi skierowanie.

- To ty chorujesz żeby na kurs nie chodzić? - wywaliłam oczy.

- Nie będę tam chodził! Ona, ta baba, zadaje pytania, każe odpowiadać. Ja nie mam na to nerwów - pokręcił głową z dezaprobatą.

- No jak w szkole, na lekcji. A ile ty już w tej Austrii siedzisz? 

- Trzynasty rok.

Nie skomentowałam tej szokującej informacji ani słowem, ale tym razem skasowałam go za tę przysługę!


środa, 26 maja 2021

Na Dzień Matki

Wszystkim Mamom życzę samych radości i pociechy z dzieci.

To już siedemnasty raz, kiedy obchodzę Dzień Matki. Chodzi mi o ten po polsku, bo drugi rok z rzędu pozwoliłam sobie na przyjęcie życzeń trzy razy w roku - po angielsku, austriacku i naszemu. A co! 

Lubię być mamą mojego dziecka i mam ogromne szczęście, że trafiła mi się właśnie ona. 

Siedzę teraz, piszę, słucham, jak ćwiczy za ścianą głos i przypominam sobie, że ona śpiewała praktycznie od zawsze. Nuciła, kiedy nie umiała jeszcze mówić. Miała jakoś ponad dwa latka, gdy pewnego dnia pchałam wózek z nią po nieprzyjaznym wózkom chodniku w Pireusie. Ja pchałam i buchałam parą, a po brodzie ściekała mi piana toczona przez stek tłumionych bluzgów. Miśka zaś machała sobie nóżkami i w kółko nuciła tę samą melodię z grającej zabawki. Jakby na złość, żebym nie mogła sobie w końcu odpocząć od tego grającego pudła.

W pewnym momencie musiałam zejść na jezdnię, gdyż chodnik był totalnie zawalony. Pokonując odcinek najszybciej jak mogłam, a było cały czas pod górę, więc parowałam jeszcze bardziej, jakiś mądrala zatrąbił na mnie tuż za plecami. Podskakując wystraszona automatycznie ryknęłam: fuck you! Co moje dziecko natychmiast wykorzystało, jako słowa do swojej melodii i katowało mnie nimi do czasu, aż padło zmęczone.

Dziś wiem, że mam w domu sopranistkę i jestem szalenie z niej dumna. Lekcje pobiera u pewnej znanej w Austrii, ale już emerytowanej sopranistki i niecierpliwie czekam, aż będzie gotowa zaśpiewać mi arię "O Mio Babbino Caro". 

Śmiejemy się, że historia zatacza koło. Urodziła się we Włoszech, a teraz okazuje się, że powinna się tego języka uczyć, właśnie dla śpiewu...

Tymczasem pozwolę sobie zaprezentować niewiele starszą od Miśki pannę - Jackie Evancho, która w wieku 10 lat zaprezentowała Amerykanom swoje wykonanie wyżej wymienionej arii. Dziś jest już znaną na całym świecie sopranistką, ale ten występ to był normalnie kosmos!




czwartek, 20 maja 2021

O Baśce, dziadkach i czterdziestkach

 Jakiś czas temu miałam przyjemność poznać Bachę. Pamiętam, że zaskoczyła mnie pytaniem, czy ja wiem, ile ona ma lat. Na oko oszacowałam, że nie wypada odpowiadać: "a czuj mnie to, Basiu, obchodzi", jednakże mogło mnie to zabezpieczyć przed ewentualnym: "a na ile wyglądam?". Albo: "ile byś mi dała?". Na moje szczęście nie czekała nawet, aż otworzę gębę i szybko rzuciła, że ma 27 lat, ale od tyłu. Zarechotała przy tym głośno, a mi się nawet nie chciało udawać, że mnie to śmieszy.

W każdym razie Bacha zaprosiła mnie wczoraj do siebie na robienie kurczaka curry po pakistańsku. Ja robiłam, ona notowała przepis. Nagle pizgła się otwartą dłonią w czoło, że całkiem zapomniała o tabletkach.

- Słuchaj, chodźmy do pokoju. Ja wezmę leki, a Ty mi coś ustawisz w komórce, bo zupełnie tego nie ogarniam - rzekła. 

Okazało się, że ja też nie ogarniałam. Na co Miśka wykrzyknęła później ze zdziwieniem: - Ty nie ogarnęłaś czegoś w komórce?! - I nie jestem pewna, czy to był komplement, czy sarkazm.

- Skąd mam wiedzieć, jak włączyć polskiego lektora w hiszpańskim serialu?

- A na czym ona ten serial oglądała? Na Netflixie?

- Nie! Nie wiem na czym - odpowiedziałam z pretensją w głosie, gdyż Netflixa akurat ogarniam.

- No to nie mów, że nie ogarniałaś, tylko, że nie chciało ci się ogarnąć!

Też nie! I nagle zdałam sobie sprawę z tego, że zamiast skupić się na komórce, bacznie obserwowałam, jak Bacha wyciąga tabletki i jedną po drugiej układa przed sobą na stole. Interesowały mnie ich kształty, kolory, rozmiary, ile ich jest, a także na co. Ocknęłam się i rozluźniłam dopiero, gdy wrzuciła w siebie ostatnią pigułkę. 

- Czekaj, i ona ci tak opowiadała o każdej tabletce z osobna, a ty z ogromnym zainteresowaniem chłonęłaś te informacje? - zapytała Tamara podczas rozmowy telefonicznej.

- No, jakoś tak - jęknęłam w duszy, bo zrozumiałam, że mogła pukać się w tej chwili w czoło po drugiej stronie słuchawki. - To chyba skrzywienie zawodowe i dobre angielskie szkolenie - usprawiedliwiłam się.

- Nie skrzywienie, tylko nudziłaś się jak mops! Przyznaj! - wykrzyknęła. 

No, trochę się może i nudziłam... Ale Bacha fajna jest, naprawdę. Tyle, że tak strasznie nie z mojej bajki, jednak nieustannie szuka pretekstów, byśmy się zobaczyły, a mi ciężko odmówić...

- Cóż, jest jak jest! Musisz po prostu cierpliwie poczekać na chwilę, kiedy nie będzie ci już ciężko odmówić. A ta chwila na pewno nadejdzie, bez obaw - skwitowała. I zaraz zaczęła znów:

- Opowiem ci coś śmiesznego. Moja koleżanka, Sophie, ma dwóch facetów - dziadków. Zresztą sama tak o nich mówi. Oczywiście żaden z nich nie wie, że ma konkurenta. Pech chciał, że pewnego razu jeden odwiedził ją bez zapowiedzi, podczas gdy gościła drugiego. A wiesz, Holandia jest mała, więc ludzie z wysoką pozycją zawodową, nawet będący już na emeryturze i mieszkający w różnych miastach, zwykle zadają pytanie: "a kim ty jesteś?". I najczęściej okazuje się, że mają wspólnych znajomych. No więc, gdy się już wzajemnie zapewnili, że są emerytowanymi szychami, padło nieuniknione: "Skąd znasz Sophie?", która jest manikiurzystką. "To moja dziewczyna!" wykrzyknął jeden, a drugi, że jak to, przecież to jego dziewczyna - zaniosła się śmiechem.

- Ale kanał - odezwałam się po chwili, bardziej dla sprowokowania jakiejś reakcji Tamary, która trwała już zbyt długo w tym zaniesieniu, niż bym rzeczywiście chciała. Udało się, nabrała głęboko powietrza i jęła rechotać.

- Jasne, że kanał! Ale za każdym razem umieram na wspomnienie, jak Sophie opisywała dalszy przebieg wypadków: "Tamara, to było obrzydliwe! Jak oni rzucili się na siebie do bicia, ale to wyglądało jak efekt slow motion w filmie i jeszcze nie mogli w siebie trafić! W końcu jeden dostał z liścia w policzek, a górna szczęka poszybowała przez pół pokoju!" - znów się zaniosła i zaczęła jeszcze rzęzić.

- Ja pierdolę! - wyleciało ze mnie. - Nie szkoda jej tych biednych dziadków?

- To jej sprawa! Ale nasza puenta na dzisiaj to: kobieta po czterdziestce nie musi nic i może wszystko!

- Nawet naśmiewać się z seniorów? - zapytałam zaczepnie.

- A kto się naśmiewa? Nie ma bodźca, nie ma reakcji. 

W sumie fakt. Ale Anglicy nauczyli mnie też dyplomacji... 🙈