niedziela, 24 marca 2013

Miśki komunijne przygotowania i takie tam zdjęcia

Nadejszla, wiekopomna, chwila – sobie myślę i dodaję – a tam zaraz specjalnie czekali. Szkoda mi rzucić mojego blogaska, wszak on mi towarzyszy od czasu narodzin mojego macierzyństwa, ale zgarnął mnie FB i nie umiem podzielić czasu między tutaj, a tam. Wielu moich blogowych znajomych porzuciło swoje blogi, a mi jakoś trudno. Bo być może to minie.

U nas obecnie trwają intensywne przygotowania Miski do pierwszej komunii świętej i moi stali czytelnicy pewnie pamiętają, że uparłam się, iż sakrament ów musi być w angielskim kościele. Mam nadzieję, że pamiętają również dlaczego podjęłam taką decyzję. To dla mnie ważne, bo poza tym, że jestem ateistką, polska polityka kościoła katolickiego wkurwia mnie niemiłosiernie. Mocno rozczuliła mnie reakcja proboszcza na mój ateizm w kościele, gdzie Miśka będzie miała komunię. Najpierw zapytał dlaczego chcę, by moje dziecko przystąpiło do komunii, skoro jestem ateistką. Opowiedziałam szczerze, że zostałam wychowana w wierze katolickiej, że moja rodzina nie zrozumie tego, jeśli zadecyduję za dziecko, bo ono nie jest moją własnością, oraz każdy postrzega „boga” na swój sposób. Żeby zrozumieć cały ten ambaras, trzeba najpierw pobyć chrześcijaninem. Potem proboszcz pokiwał głową w zadumie i rzekł „błogosławię cię”.

Najlepsze jest to, że Miśka zostanie ochrzczona drugi raz. Bo, ($%%^**(%$$#) wytaszczyła z mojego „żelaznego” pudełka z rzeczami ważnymi (pudło jeszcze po pieluchach Huggies!) certyfikat chrztu we Włoszech i go wsiąkła. Nie ma! Parafia we Włoszech nie odpowiada, choć wysłałam do nich nawet fax! Więc w przyszłą sobotę Miśka zostanie bardziej święta. I już.

Obiecuję, że opowiem Wam, jak było.

A teraz trochę zdjęć mieszanych. Głównie zimowych, bo jakże inaczej, nie? Na Dzień Matki zafundowałam sobie lustrzankę Nikona, o której marzyłam od kilku lat.:)
Kieckę udało mi się wytargać na ebayu. Polską kieckę, bo powiadam Wam, że angielskie najczęściej wyglądają jak do ślubu.


Dobra, ja tu gadu, gadu, a co u kotów?

Żyją moje kochane dziadygi. Romek niezmiennie nie daje mi powodów, by pożałować dnia, w którym go zaadoptowałam.:)))
Poza tym nic nowego. Stara zima.;)