sobota, 24 listopada 2012

Kastracje

- Romeo będzie największy z naszych kotów, bo ma największe jajka – powiedziała ostatnio Miśka. Fakt, młodziutki to kot, a klejnoty jak dzwony! Które nawiasem wczoraj stracił. Zdaniem mojej córki – teraz będzie leniuchem jak Dudek i Olek,a tak ładnie się bawił. Pako zaś złapał się za swoje klejnoty i wyryczał, że to niehumanitarne.
Warto przy tej okazji zająć stanowisko i przypomnieć drogim czytelnikom mój stosunek do kastracji jeszcze sprzed ponad roku.

Dudek Leonard jest pięknym, kudłatym kocurkiem i zawsze był kotem wychodzącym więc nie miałam w domu problemu ze znaczeniem terenu. On to robił w ogrodzie. W ogóle Dudek jest kotem bezproblemowym o wymarzonym kocim charakterze w stosunku do ludzi. Jeśli go już coś zdenerwuje nie chowa urazy zbyt długo. Nie gryzie, nie drapie, nie czai się za winklem na nogi, daje się poprzytulać, popieścić, pocałować. Moim marzeniem było Dudka rozmnożyć. Poza tym nie widziałam potrzeby kastrowania tak ułożonego kota. Było jedno „ale”, Dudek walczył z innymi kocurami i przychodził do domu czasem mocno pokiereszowany. Fifa pod okiem, rozdarte ucho, wyrwane futro. W czasie godów przepadał na całe noce, wracał nad ranem, zjadał odrobinę i spał do późnego popołudnia. Nie miał czasu się umyć. Nazywałam go Duda – dziada.

Gdy w domu pojawił się Olek, Dudek postanowił go wychować i spuszczał mu regularne manto. Zrodziła się zatem obawa, że gdy Olek podrośnie zacznie mierzyć siły ze swoim nauczycielem i dom zamieni się w coś na podobę kolejowego kibla. Wykastrowałam oba.

Cóż, oficjalnie nie doczekałam się potomstwa po Dudku, ale z ręką na sercu każdemu polecam kastrację, sterylizację. Koty bardziej trzymają się domu, są mniej wojownicze. Nie, żeby inne koty właziły im na głowy, ale same nie szukają guza. Nie rozmnażają się miliard w środę, miliard w sobotę, by potem ich potomstwo wygrzebywało resztki ze śmietników. Są mniej narażone na wirusy, na zeskrobywanie ich z jezdni i w ogóle smutny los bezdomnego zwierzaka.

Taki los towarzyszył Romeo, zanim nie trafił do nas. Ale on wtedy na tej ulicy się do nas łasił i bardzo chciał być zabrany do domu. Do tego stopnia, że jeszcze dziś, kiedy otwieram drzwi na oścież kot wzdryga się na sam widok ulicy. Pamiętliwy jest, ciągle wie jakie miał życie tam za tymi drzwiami. On najbardziej docenia nasz dom i najbardziej okazuje nam miłość. Dlatego postanowiłam nie szukać mu domu i zatrzymać. Co ale z kotami dzikimi, które żyją tak, jak Romek a boja sie podejść do człowieka?

Wczoraj zawiozłam Romeo do weta na kastrację, a on po drodze zrobił kupę do kontenera i tak sobie pomyślałam, że wyłącznie ze strachu. Bo tak było dobrze, a ona nagle zamyka mnie i wiezie gdzieś, o matko, gdzie?!

Jedna z koleżanek powiedziała mi, że koteczki bardzo cierpią, gdy mają ruję, że bziucho je mocno boli.

Tak sobie tylko po cichu myślę, czy za trzysta lat nie okaże się, że kastracja/sterylizacja kotów będzie zabroniona z uwagi na ochronę gatunku... Żeby człowiek nie przesadził.

wtorek, 6 listopada 2012

Mielonka

Przyjechał do mnie kolega Pako, z którym juz ze sto koni ukradłam i ze sto na pewno jeszcze ukradnę. Usiedliśmy przy stole w jadalni, bajerzymy, ja jem gruszkę. Nagle Pako pyta:
- Co tam Doris pociskasz, mielonkę?
- Nie, gruszkę, a co?
- A, bo mielonką zaleciało - mówi.
Błyskawicznie przeanalizowałam sytuację.
- E, nie, to kot był w kuwecie.
- To kot mielonką sra?
- Czekaj, to pierwsza faza - rzekłam. - Zaraz trzeba będzie wiać.

Romek sadzi takie mielone kwiateczki.:))))

niedziela, 4 listopada 2012

"Piłem w Spale spałem w Pile, hej"

Niby i jest o czym pisać, przecież zawsze coś się dzieje, ale chęci brak. Nie, nie cierpię na żadną deprechę, pms i tym podobne wątrobowe gnicie. Tak jakoś gonię czas, a on wyślizguje mi się z rąk jak mydło. Październik dosłownie mi spierdolił, nie wiem jak i nie wiem kiedy. Pod jego koniec przystanęłam, pokontemplowałam, zapaliłam świeczki i teraz bach, już czwarty listopada. Ten to będzie mi się dłużył jak ruski miesiąc, bo go nie lubię najbardziej. Ze wszystkich.

A bo w ogóle, to dla mnie przez okrągły rok mogłyby istnieć tylko – marzec, kwiecień, maj, czerwiec, lipiec i wrzesień. Z resztą na drzewo. Okej, okej, jeszcze grudzień tak od 20 by uszedł, ale reszta naprawdę won.

Wczoraj późnym popołudniem pojechałam z Miśką rowerami na małe zakupy i woń jesieni pomieszana z palonymi gdzieś w oddali liśćmi zaniosła mnie do czasów dzieciństwa, kiedy piekliśmy kartofle w chruście (tak nazywaliśmy zeschnięte badyle krzewów). W ciemnościach rodzice słyszeli tylko nasze wrzaski – jeszcze, jeszcze rwijcie, bo się spala szybko! Potem zjadaliśmy te kartofle na wpół surowe i były pyszne. Obgryzaliśmy je sprytnie dookoła...

Jeszcze ten 1 listopada. Zapaliłam wirtualne świeczki na grobach bliskich, bo administracja cmentarza w moim mieście aktualizuje GROBONET na bieżąco, ale to nie to samo. Dusza jednak płacze, chciałoby się być, ale się nie jest, bo nie opłaca się jechać taki szmat drogi na jeden dzień. Wiem, wiem, dla chcącego... Tylko, że te kalkulacje.

A dzisiaj byłam z Miśką w angielskim kościele katolickim. Bardzo nam się podobało. Dzieciaki na początku mszy są zabierane do osobnej sali i mają zajęcia z katechetą. Wracają przed komunią, stają przed ołtarzem i pan katecheta mówi, co dzisiaj robiły. Miśka nie była, bo się spóźniłyśmy (to wina suszarki do włosów, wyjątkowo się przegrzewała). Zapytała mnie (Miśka, nie suszarka) podczas mszy, skąd wiem co mam mówić, a ja do niej, że nie wiem, tylko ruszam ustami. Mój tato tak oszukiwał w kościele, kiedy jeszcze chodził. Po Bożym Narodzeniu zostanie wystawiona lista do wpisywania dzieci, które mają przystapić do komunii w przyszłym roku. I to tyle, bez żadnych obowiązkowych różańców, rorat, gorzkich żalów... Wystarczy co niedziele być w kościele. Pisałam już wczesniej o fanaberiach polskiego księdza... Masakra. A żeby było smutniej, to dziś spotkałam pewną Słowaczkę, która zapytała mnie dlaczego nie chodzę do polskiego kościoła. Odparłam, że nie chcę o tym mówić, a ona do mnie ze znaczącym uśmiechem, że chodzili do polskiego kościoła, ale przestali po tym, jak w ubiegłym roku ksiądz odmówił jej synowi udzielenia sakramentu komunii, bo... nie jest Polakiem. Wstyd.

Zadzwoniłam też dzisiaj to mojego tatusia. Bardzo się tatuś wzruszyli byli. Oko im łzawiło... bo chorzy jacyś. Opierdolili mnie, że mają stare zdjęcia wnusi, a tak dawno temu prosili o nowe. Zawstydziłam się. Pójdę po niedzieli, wywołam, wyślę.

No to tyle, bo koty zdrowe. Romek tylko manto dostał od Dudka, bo mu się szefowanie zamarzyło. Ale tylko raz dostał, bo raz przegiął.
Tu w swojej budce ulubionej, co ją od cioci Agnieszki dostał w prezencie na nowy dom.Wiano, hehe.

To miłej jesieni, bo kij wie, kiedy się odezwę.:)