sobota, 6 października 2012

Romeo...

Poszłam z Miską na róg do sklepu po puszkę dla Dudka, bo nie wiem jakim cudem kupiłam mu paszteciki zamiast kawałków w galaretce. No nie wiem, zaćma, czy inna zaraza i kota nawet spróbować tego nie chciała.
Wracając ze sklepu zaczepiła nas jedna taka bida. Łasiła się, ósemki między nogami robiła, z czachy dawała i mrucała jak traktor.
Wysłałam Miśkę do domu po pasztecik, ale nie było jej i nie było, to poszłam, a bida za mną!
Nie do wiary! Wlazłam do domu, bida czekała koło progu, patrzę, a Miśka siedzi na sofie w jadalni cała we łzach.
- Co się stało? - zapytałam w wytrzeszczem oczu i sercem w gardle.
- Tak się męczyłam z tym kluczem, że jak otworzyłam, to rzuciłam go na podłogę, a on wpadł pod komodę. - płakała dalej, a bida wlazła do jadalni i zaraz poleciała do kuchni, do kocich misek. Zupełnie się nie bała. Może dlatego, że bida jest bardzo młoda, jeśli ma pół roku, to góra. Za to apetyt ma niczego sobie, dwa paszteciki opendzlował bez mrugnięcia okiem. Tak, on, kocurek.
Zabroniłam Miśce zamykać drzwi w nadziei, że zje i sam sobie pójdzie. Poszedł na chwilę i wrócił do smutnej Miśki stojącej w progu. Następnie przykleił się do niej, jak przysłowiowy rzep i łazi za nią jak piesek. Kolejny raz – nie do wiary!
Dudek prychnął na niego dwa razy, byłabym w szoku, gdyby było inaczej, ale bida nic a nic się go nie boi, aż sprawdziłam, czy ten kot słyszy. Olek za to nie zrobił nic. Pewnie czują, że to młode kocię.
- Mamuś, patrz, jakie nasze koty są przy nim duże! - wykrzyknęła mała kociara. Może u nas zostać? - spojrzała na mnie błagalnym wzrokiem.
- Przecież go nie wyrzucę, szkoda mi go. Ale się nie przyzwyczajaj, bo wywiesimy ogłoszenia, że znalazłyśmy, może on ma dom i ktoś za nim tęskni.
- A jak nikt nie przyjdzie?
- To znów czeka nas szukanie domu dla kota - odparłam.

Chuda bida i mała taka, że rzeczywiście moje przy nim, jak lwy. Pyszczek ma malusieńki i krowie łatki. Brudny okropnie oraz śmierdzi paliwem samochodowym. Wątpię, że ma dom, ale kto wie... Siku zrobił do kuwety i ładnie zasypał.
Miśka nazwała go Romeo...
W mojej sypialni też już leżał, a jest tu od niecałych dwóch godzin.
No mówię, że wszędzie się mości, jak u siebie. Nie jak zestresowany Marceli.

Wiem, że wszystkich kotów świata nie da się uratować oraz instynkt samozachowawczy każe mi się bronić, ale, na rany, nie jestem w stanie odmówić mu pomocy!