niedziela, 30 września 2012

Miniek

To już naprawdę ostatni raz. Miniek u Daisy... Czyż nie słodko wygląda na tym stole? U koleżanki mógł jedynie pomarzyć, by się chociaż na sofie zdrzemnąć, a tu proszę:) Dom, jak z kociej bajki. Z Morycem tez się dogadają, jestem tego pewna.

piątek, 28 września 2012

Jak tu cicho, jak tu smutno...

Gdybym napisała, że Miniek przyjął Daisy niespodziewanie dobrze, to bym skłamała, bo ja się domyślałam, że ta kobieta mu się spodoba. przede wszystkim dlatego, że jest delikatna i dużo do kota mówi. On to uwielbia.
Pierwszego dnia (!) dał jej się uczesać i wyciąć dreda z ogona. Na kolana jej się pchał... I po bziuchu pozwolił się posmyrać. Normalnie sielanka.

Wczoraj wieczorem wpakował się jej między ręce na stole i tak sobie siedzieli. O, tak.

Wstawiłyśmy powyższe zdjęcie na Facebooka i dziś rano ktoś w komentarzu napisał: "Myślicie, że oni jeszcze tam tak siedzą?" Umarłyśmy.

Dudek dostał od cioci ksywę - Marlon Grucha. Marlon, bo zachowuje się jak Brando w Ojcu Chrzestnym, a Grucha, bo gruby jest jak ta grucha.

Teraz pokażę Wam, jak Miniek będzie wyglądał, gdy go Daisy odżywi i kot dostanie zimowe futro.

To zdjęcie odnalazłam w kompie. Zrobiłam je w marcu. Tak, to ten sam kot jest. Na nosie widać ranę po walce z lisem.

Oluś tęskni i szuka kolegi. Ładnie się razem bawili, a Marlon Grucha jeszcze dziś na niego naprychał, chociaż lubił ucinać sobie z nim drzemki...

To tyle. Resztę opowie Daisy...

wtorek, 25 września 2012

Kota mota gryzie

Dzisiaj, proszę Was, Mefisto wskoczył na stół z prośbą o pieszczoty i gdy jęłam głaskać jego głowę, on jął gryźć mą rękę. Najpierw delikatnie, a zaraz potem wbił mi pazury i gryzł gdzie popadnie. Złapałam go za skórę na karku odciągnęłam i nie puszczając zepchnęłam na podłogę.
- Co to było, kolego? Nie pozwalam, nie lubię tego – rzekłam spokojnie do kota pod stołem.

Pogniewałam się na niego i włączyłam ignora.
- To raczej normalne, kot mierzy siły, na ile mu pozwolisz – powiedziała Daisy.

Przyznam, że to dla mnie nowość. Ani Dudek, ani Olek nigdy czegoś podobnego nie zrobili. Nigdy.

W każdym razie w domu dziś byłam tylko przelotem dwa razy, a kot spał. Podnosił głowę, ja rzucałam krótkie „spokojnie, to ja” i ani razu nie podeszłam, by go pogłaskać, zagadać.

Teraz usiadłam przed kompem, wskoczył na stół, a ja natychmiast do niego, że jak mnie ugryzie, to go zwalę na podłogę bez orientu. Chwilkę pomyrchał i poszedł na krzesło się myć...

Foch musi być, niech sobie nie myśli.

poniedziałek, 24 września 2012

Jak pięknie na świecie...

To, co się dzisiaj dzieje na dworze, to nie do kurwa wiary! Leje, jakby za chwile miała nastać susza na rok albo dwa. Chodzę i pomszczę, że jebana pogoda itp.

Rano telefonicznie wywlekłam Daisy z piernatów żeby se luknęła, jak pięknie na świecie.
- O, jak pięknie, o ja cię! - „zachwyciła się”.
Gdy paplając popijałyśmy kawę Mefi łaził za mną jakbym za chwilę miała wyjść i już nie wrócić. Na stole wyginał się na różne strony, nawet wymyślił coś nowego. Położył się, zagarnął jedną łapką moją rękę następnie objął ją dwoma i jął tulić się pyszczkiem do dłoni. Wzruszająca scena. Gdy przeniosłam się do kuchni, wskakiwał na każdy blat, do którego się zbliżyłam i na mnie właził.

- Idę się gdzieś przejść po chałupie, bo mnie już zmęczył. - rzekłam, na co Daisy odpowiedziała jakimś fuknięciem, ale nie słuchałam. Nie mam dziś nastroju na zbyt duże porcje kocich czułości.

Teraz pewnie będzie pół roku tak lało! Pffffffff. Kurwa, kurwa, japierdole!

Dobrze, że na fejsie można się pośmiać...
Dudek i Mefiś coraz bliżej...

Padać przestało, humor wrócił...:)

P.S. Popatrzcie, Mefisto jest większy od Dudka, a na tym zdjęciu wygląda jakby było odwrotnie. Tak mało masy ciała ma ten kot:(

Po drzemce międlenie...


sobota, 22 września 2012

Miniuś kocha cjocję, kocha

Daisy, zoba, pa. Też tak będziesz miała. Grasz sę, proszę Ciebię, a tu kota wskakuje, układa się i międli Ci cycka, hi hi hi.:)))

Wiecie jak trudno jest się powstrzymywać, by nie porwać na ręce, nie wyściskać i nie wycałować? Uuuch!
Update:
Na ten widok długo czekałam...i się doczekałam:)

czwartek, 20 września 2012

Melon po kastracji

Gdy jeszcze wczoraj o tej porze myślałam o:
a) głodzeniu Mińka Melona do godz. 8.15 w domu, a do popołudnia w lecznicy,
b) głodzeniu Dudka i Olka z nim solidarnie,
c) wsadzeniu Mińka Melona do kontenera transportowego,
d) ewentualnym gniewie po kastracji,
to nie powiem, żeby mi było lekko na sercu oraz bałam się o własną dupę! Myślałam sobie, że za brak jedzenia dostanę z pazura, za próbę umieszczenia go w kontenerze z pazura i zęba, a za kastrację dodatkowo sprzeda mi siarczystego kopniaka po uprzednim wyrwaniu mojego Ścięgna Achillesa.

Brak jedzenia był dla kota największą tragedią do tej 8.30, kiedy był jeszcze ze mną. Płakał niemal non stop i nie rozumiał, co się stało. Przecież dotąd micha była pełna na każde miau. Śniadanie z Miśką jadłyśmy zamknięte w sypialni. Dziw, że nam przez gardła przeszło, nieczułe jędze. Czymś jednak musiałam zabić nadchodzący stres pakowania kota do skrzynki. Ustawiłam ją w kuchni tyłem do mebli, żeby się nie suwała, gdy będę walczyć z bestią, wyjęłam drzwiczki i... kot wlazł sam! Tak, koleżanka mi przecież mówiła, że Miniek Melon chętnie włazi do jakichkolwiek pudeł, walizek i toreb. Oczywiście natychmiast przestało mu się tam podobać, gdy zamknęłam za nim drzwiczki, ale powiadam Wam, że guzik mnie to obchodziło, taka byłam szczęśliwa.

Badanie u weta poszło jak po maśle. Wyjelim kota, wetka osłuchała, pomacała, czy to rzeczywiście chłop i wsadzilim – bez dyskusji. No, nie do końca, bo kota coś tam ciągle gadała. Powiadam Wam, że jak ta istotka przestanie się już bać i poczuje pewnie, to jego właściciele będą mieli z niego ogromną pociechę, gdyż jest on kotem niezwykle komunikatywnym i towarzyskim.

Wróćmy ale do dzisiejszego poranka, kiedy wyszłam od weta i gnałam przez miasto, by zdążyć do szkoły na 9.00. I udało się. I to 4 minuty przed czasem. Dziwne, zwykle „no weź, kurwa, jedź!” nie skutkuje, a dzisiaj inni kierowcy jakby mnie słyszeli. Sygnalizacja świetlna też.

Skoro wszystko tak pięknie się układa, to na pewno dostanę manto po kastracji, pomyślałam smutno. Tym bardziej, że wetka podczas badania dowiedziała się o losie kota i rzekła:
- Ciekawe, czy on pani tę kastracje wybaczy.

Nigdy nie zapomnę tego wyrazu ulgi w oczach zwierzęcia, gdy mnie zobaczył zza krat skrzyneczki ustawionej na stole w gabinecie wetki. Słowo, że to było widać. Tak mocno odetchnął, że zlał się pod siebie śmierdzącym w niebo głosy stu procentowym kocim szczochem, o!

W domu wyskoczył z kontenera jak kangur i taki obsikany latał po chałupie. Szybko dałam mu jeść, tak odrobinę na pierwszy rzut. Rzucił się do michy, a gdy spałaszował złapałam go błyskawicznie, wstawiłam do umywalki i trzymając za skórę na karku umyłam gdzie mogłam. Było mi obojętne, co mi zrobi. Szczoch szczypał nas w oczy. Nie zrobił nic. O pieszczoty prosi, jest spokojny, ale smutny...

Bardzo lubię Mińka Melona, on ma to coś wyjątkowego w sobie i tak bardzo bym chciała, żeby trafił mu się zajebisty dom. Jeśli się nie trafi ten, o którym myśle, to nikomu go nie oddam.

Nie mogłabym być matką zastępczą, bo bym wylądowała jak Violetta Villas.

wtorek, 18 września 2012

Australii już dziękujemy!

Miniek Melon dostał dzisiaj surową wątróbkę, nażarł się i pięknie porzygał na świeżo upraną wykładzinę. A co. Dostał zatem surową pangę. Ten facet ma apetyt za wszystkie domowe koty. Podczas każdego posiłku najpierw wyjada ze swojej miski, potem czeka, aż Olek coś zostawi, a na końcu ląduje u Dudka. Miniek Melon Zmywarka Do Naczyń.

Tak prosi o uwagę i trochę miłostki. Co się będziesz gapiła w to pudło, tu ze mną pogadaj. Nawet się sadził tyłkiem na komputer, hehe.

No.

Tymczasem chciałam opowiedzieć Wam o pająkach w Australii.
Moja koleżanka Kasia mieszkała tam przez ponad 20 lat i to, o czym opowiadała sprawiało, że momentami robiło mi się autentycznie słabo!
Rozmowa o pająkach zaczęła się od tego, że Kasia nazajutrz musiała pojechać do portu w Szkocji po kontener ze swoim dobytkiem zgromadzonym w Australii.
- Będę musiała odpowiednio się ubrać i przetrzepać wszystko tam na placu, by nie przywieźć do domu jadowitego pająka. Najgorzej będzie z samochodem – westchnęła.
- Jak jadowitego? - zapytałam przez zaciśnięte gardło.
- Takie małe zarazy są najbardziej niebezpieczne, szybko się umiera – zaśmiała się.
- I to jest takie normalne w Australii?! - wykrzyknęłam. - W domu można mieć?
- No jasne. Przed włożeniem butów należy sprawdzić, czy niczego w nich nie ma. Przed pójściem spać podnieść najpierw kołdrę i poduszki. Kiedyś znalazłam u siebie skorpiona pod poduszką. Węże się trafiały...
- Oh, geez! Nie miałaś siatek w oknach i drzwiach? - zapytałam tuż po tym, jak rozluźniłam mięśnie po potężnym skurczu.
- Tam bez siatek nie da się żyć i powiem raczej, że wtedy tego wszystkiego włazi mniej, ale nie, że wcale.
Pomyślałam o ds, która opisywała u siebie dużego pająka siedzącego na futrynie tuż obok zamka do drzwi i o tym, co ona wtedy przeżyła, gdy pisała, że gorszy od pająka może być tylko pająk, który idzie. Pomyślałam też, a jakże, co by przeżyła stanąwszy oko w oko z taką jadowitą bestią. Ja bym spierdalała z wrzaskiem na gębie, a ona by chyba umarła. Stwierdziłam w duchu, że nie chciałabym razem z ds stanąć oko w oko z taką jadowitą bestią, bo nie mogłabym spierdalać, musiałabym najpierw reanimować tę babę. Ale żeby reanimować trzeba by ją było najpierw zaciągnąć gdzieś daleko od tego pająka... W takich okolicznościach opędziłam się szybko od tych dramatycznych myśli i zapytałam o te wielkie, piszczące pająki.
- O tak, piszczą dość głośno i przeraźliwie. Kiedyś tato chciał jednego utłuc w wannie, raban był nieziemski.
- A jak są duże? - ściszyłam głos.
- Mniej więcej wielkości dłoni... One są kanibalami, zżerają się wzajemnie.
Powiadam Wam, poty na mnie wyszły! Tymczasem Kasia miała ze mnie niezły ubaw. Opowiedziała mi, jak zobaczyła 20 centymetrowego konika polnego. Widziała dokładnie, jak mu się żuchwa rusza i zastanawiała się, czy to, co tego dnia paliła, to na pewno był papieros.
- Są też takie piękne, złote pająki...
- Gryzą? - przerwałam jej.
- Nie są specjalnie szkodliwe. Najwyżej zostaje po nich bąbel. W każdym razie jeden taki codziennie czekał na drzewie na mojego tatę. Gdy tato zaparkował samochód wieczorem, pająk natychmiast budował sieć, a rano ja zwijał. Często go obserwowaliśmy.
Obie z Daisy widziałyśmy, jak pająk zwija sieć, bo mu ją niechcący zabrudziłyśmy pyłem podczas szlifowania stołu. Zwijał manele w ekspresowym tempie.:)

Cóż, moja noga w Australii na pewno nie stanie. Żebym musiała się w domu obawiać o swoje życie? Żebym zastanawiała się, co będzie po mnie łaziło, gdy będę spała? Wiem, że do wszystkiego można przywyknąć i nauczyć się z tym żyć, ale ja bym się nie nauczyła. To dla mnie za dużo.

Popatrzcie na ten film, pająk nie gryzie, a ja i tak bym wiała, gdzie pieprz rośnie oraz na pewno spowodowałabym w takiej sytuacji wypadek!

Brrrrrrrrr!

czwartek, 13 września 2012

Smutne oczy pięknego Mińka

Historia Minia nie jest może wstrząsająca, ale na tyle smutna i wywołująca gniew, że muszę ją opisać. Nadmienię również, że sama niechcący zgotowałam temu kotu taki los.

Kiedy dostałam maluteńkiego Olka, koleżanka ze szkolnej ławki powiedziała:
- Jak go już odchowasz, to my go weźmiemy. Popukałam się w czoło i parsknęłam, że w życiu go nie oddam. - Znajdź sobie - dodałam. Tymczasem znajomej z ulicy okociła się kotka i... tak Miniek trafił do koleżanki, ale wtedy jeszcze jako Minia. Wszyscy myśleliśmy, że to koteczka.


Gdy Minia trochę podrosła, koleżanka zaczęła coraz częściej przepędzać ją z domu.
- Och, ciepło jest, a ona ma pchły - powiedziała któregoś razu pod presją mojego morderczego wzroku. Nie wytrzymałam i puściłam wiązanką, że to nie jest wina kota, iż ma zoo w sierści. Poza tym, skoro bardzo chce jedynie karmić kota, to mogła kupić karmę, postawić michę w ogrodzie i dbać o te bezdomne!

Wczesną jesienią koleżanka przeprowadziła się w odległą część miasta i straciłyśmy kontakt. Pod koniec marca tego roku Miśka została zaproszona na urodziny córki rzeczonej koleżanki. Zobaczyłam w ogrodzie na wpół dzikiego kota z masą kołtunów dookoła szyi, który na mnie prychał!
- Co wy z tym kotem zrobiliście?! - nie kryłam oburzenia. Poza tym nie widziałam jeszcze tak smutnych oczu.
- A co zrobiliśmy? - zdziwiła się koleżanka. - Ona nawet woli być na dworze, kocha ogród, to jej królestwo.
Pamiętam, że po powrocie do domu zadzwoniłam do Daisy i jej to wszystko opowiedziałam.
- No co za sucz! - wykrzyknęła Daisy. - Ty, a może by tak jej tego kota ukraść - zasugerowała.
- Nie da rady, ja bym się jej bała, ona agresywna jest - odparłam mając na myśli kotkę.

W minioną sobotę koleżanka przyszła do nas na urodziny Miśki. Gadka-szmatka i ta nagle wyskakuje, że postanowili wywieźć kotę gdzieś za miasto i wypuścić w polu. Wywaliłam gały, a ona szybko zaczęła nowe zdanie.
- Słuchaj, nie możemy posiedzieć w ogrodzie, bo nas gryzie i drapie. Ni z tego, ni z owego podlatuje i gryzie. To nie jest normalne. Dzieci się jej boją, ja się jej boję, stary się jej boi. Patrz jakie mam blizny na rękach - pokazała dłonie.
- Kochana! - zaczęłam bez cienia współczucia, - wy ją wyrzucacie z waszego domu, to ona wyrzuca was ze swojego. Nie zaznaje od was ani kropli miłości, to co się dziwisz? I co to w ogóle znaczy wywieźć w pole? Nie pomyślałaś o tym, by dać jej szansę i zawieźć chociaż do ochronki?
- A jaką ona będzie miała szansę w ochronce, jeśli tak gryzie i drapie? Zaraz ją tam uśpią - odparła.
- Chuja o tym możesz wiedzieć. Przywieź mi ją do domu, zabieram ją.

W ten sposób Minia trafiła do nas i okazało się, że to jest kocur – Miniek. Przez ponad rok nie wiedzieli, że to nie kotka, tak? Zadzwoniłam do koleżanki, by jej o tym zakomunikować, a ona na to:
- No tak sobie myślałam, że to chyba kocur. - Powstrzymałam się od komentarza, bo naprawdę nie ma z kim gadać.

Tymczasem Miniek powoli nabiera do nas zaufania, zwłaszcza do mnie. Sam przychodzi po pieszczoty, gdy odwiedzam go na górze. Łasi się do nóg, daje z czachy w dłoń, MRUCZY, gada. A chudy jest jak książka! Dudek jeszcze na niego prycha, ale przechodzi obok bez czajenia się, Olek zaś łazi normalnie acz z pewną dozą nieśmiałości. Miniek za to jest spokojny, akceptuje to, co mu oferujemy w naszym domu. Dziś wybrał się nawet na wycieczkę do kuchni!

Bardzo bałam się zabiegu wcierania mu w kark środka przeciw pchłom. Com się do niego nagadała, a napokazywała, że to, co mam w ręce muszę mu wetrzeć tu i wtedy te jebane pchły nie będą go gryzły. Dla pewności na jego oczach wtarłam środek Olkowi i udało się! Kota nie wbiła mi ani zęba, ani pazura.


W poniedziałek udaję się na wizytę w sprawie kastracji. W jednej takiej klinice podobno na termin czeka się tylko tydzień. Łatwiej będzie znaleźć dom dla wykastrowanego kota. U mnie nie może zostać, niestety, ale nie puszczę go byle gdzie drugi raz. Kasting urządzę, bo to jest naprawdę przepiękny, duży i mądry kot.


Dudek oczywiście ma focha na mnie jak stąd do Wrocka! Przejdzie mu.
Koleżance, tak po koleżeńsku życzę, żeby ją wszędzie obłaziły pchły. W sypialni, w ogrodzie, w sklepie, u lekarza, a kocury żeby jej permanentnie obszczywały drzwi, parapety i wywieszone pranie. Żeby ją koci szczoch w oczy szczypał! I żeby ją lis uchlał w tą tłustą dupę!

poniedziałek, 10 września 2012

Pajdokracja raz w roku

- Bachy już przyszły? - zapytała Aga gotowa w każdej chwili wpaść z tortem.
- Ta, ale dajmy im jeszcze pół godziny na szaleństwo.

W tym roku urodziny Miśki były w czysto angielskim stylu. Szwedzki stół i latanie po chałupie. Kilka zabaw z nagrodami i znów brykantes aż podłoga drżała. Na schodach postawiłam suszarkę z bielizną, by koty miały spokój na górze, a któryś z nich i tak odpłacił mi się za ten hałas wyciągiem z konta w rogu pokoju. Pisząc któryś mam na myśli Olka, bo Dudek by mi tego nie zrobił, tak mi się wydaje...

Typowe angielskie urodziny niczym specjalnym nie różnią się od innych poza tym, że na koniec imprezy każde dziecko dostaje torebeczkę z łakociami, jakąś drobną zabawką i kawałkiem tortu.

A oto on. Muszę przyznać, że Aga ma talenta. W ogóle cała impreza była pod egidą Hello Kitty, na której punkcie Miśka ma absolutnego fioła.

Cieszę się, bardzo się cieszę, że urodziny wyprawia się tylko raz w roku... Wiecie, rozumiecie.

sobota, 1 września 2012

Nowe, nowsze, nowym pogania

Cóż to były za intensywne i pełne wrażeń trzy tygodnie! Przeprowadzki nie chcę wspominać. Powiem krótko, pakuje człowiek graty i pierdaloty i pakuje, a tymczasem inne pierdaloty dosłownie złażą ze ścian. Złośliwie się mnożą. Kilkakrotnie zadawałam sobie pytanie, kiedy ja to, do kurwy nędzy, zgromadziłam?!

Pierwsza noc na nowym była koszmarna. Nie mogłyśmy spać z nadmiaru wrażeń, zmęczenia i przez lament Dudka. Olek tylko łaził w te i nazad, ale przynajmniej nie jęczał. Jakież to irytujące, kiedy pada się na pysk, a za cholerę nie idzie zasnąć. Było, minęło.

Nowy dom kocham za: brak wykładzin na dole, dwie łazienki, po jednej na każdej kondygnacji, dużą, kwadratową kuchnię, duże okna, przedpokój też z dużym oknem. Tak, tak, dużo mamy teraz dużego... jedno jest małe, podwórko wielkości garażu. Wcale nie jestem z tego powodu zmartwiona. Mam tam miejsce na stół, krzesła, grilla i kilka klombów z kwiatami. Wystarczy. Trampolinę ekspresowo rozebrali i wynieśli Cyganie, niech sobie skaczą.

Kilka dni po przeprowadzce znajomi zabrali nas do Alton Towers, ogromnego parku rozrywki. Jeden dzień jest za krótki, by to wszystko obejść i pojeździć na każdej „karuzeli”, nie da się. Kiedyś napiszę osobną notkę reklamową o atrakcjach tego miejsca. Tymczasem polecam każdemu kupić jednak bilety vipowskie, bo kolejki są długie i wkurwiające.

Zaraz potem udałyśmy się do Daisy na nowe. Omal wyjazd nie spalił na panewce, bo ceny biletów kolejowych lekko mnie zmiażdżyły (podwyżki), ale cudownie zabrałyśmy się ze znajomym Daisy, który też jechał ich odwiedzić.

Nowy dom Daisy jest piękny. Jest to dom z tak zwanej najwyższej półki. Wiecie, znacie to uczucie, kiedy wchodzicie do chaty, a tam każdy szczegół (nawet baterie przy wannach, umywalkach i zlewach) robi duże wrażenie. Mam kilka zdjęć, ale nie wkleję, poczekam, aż Daisy to zrobi.

Hitem była nauka Moryca przechodzenia przez zamkniętą klapkę w drzwiach. Ponieważ otóż kot miał tę klapkę zawsze otwartą i podklejoną taśmą. Wiosna, lato, jesień, zima. Daisy, nadopiekuńcza mama myślała, że inaczej nie wyjdzie, a co dopiero wejdzie. Najpierw ja, pomocna ciocia wzięłam Moryca na ręce i rzekłam, że coś mu w prezencie pokażę, po czym przepchnęłam go przez wahadłową klapę. Poszedł. Gdy wrócił i sterczał przed drzwiami do zimowego ogrodu, znów go przepchnęłam, tym razem od zewnątrz. Chwilę później Moryś już sam sobie radził, czym wzbudzał ogromny zachwyt mamusji. Jak to tak można nie ufać kociej inteligencji, he?:)

Daisy z zamiłowania odnawia stare meble i to tak, że naprawdę opada szczęka. Taka niepozorna istotka, a szlifierką włada, że ho ho! A, wkleję zdjęcie jej jadalni, ale tylko dla prezentacji mebli, nie domu. Czyż nie robi to wrażenia?

Ja w spadku po byłych lokatorach dostałam okrągły stół. Obdrapany (na blacie ktoś wyrył jakieś bohomazy do tak zwanej krwi, a w nogę powbijał gwoździe dla zabawy) i obleśny, miał wylądować tymczasowo w ogródku. Daisy przyjechała ze mną i zobaczcie sami, co zrobiła, a przy okazji obiła mi siedziska krzeseł na nowo. W przyszłości te siedziska będą białe w coś tam, a były w zieloną brzydka i brudną już kratę.

Ciociu Daisy, bardzo dziękujemy za pomoc i w ogóle za wszelkie inspirujące wskazówki. Teraz też mam ochotę odnawiać i kombinować, bo gdy tak patrzę i myślę, jak z niczego można zrobić coś naprawdę dech zapierającego, to tak się chce. Tak się chce.

A co u Was, tęskniliście za nami?;>