poniedziałek, 6 sierpnia 2012

Korzenie lub nie

Wyjątkowo nie chciało mi się dziś iść do nowego domu, by pomyć okna, ale Miśka tak upierdliwie na to nalegała, że poszłam. Ona biegając tam po pustych jeszcze pokojach buduje w nich swój świat. Oczami wyobraźni poustawiała wszystkie meble i przyznaję, że jest w tym lepsza ode mnie.

Przez miniony weekend przeniosłyśmy niemal wszystko z kuchni. Bez pośpiechu i zawijania każdej szklanki w gazetę.

Późnym wieczorem, kiedy dziecko miało kłaść się spać, załkało: „Bo nasz domek będzie za nami tęsknił. Bo ja kocham nasz domek, bo tutaj Oluś i Duduś mają swój świat ( dwa ostatnie słowa były takie dojrzałe), buuuu. Dreszcze przeszły mi po plecach. Tak, dwa lata temu wprowadzałyśmy się tutaj z niczym i energicznie budowałyśmy prawdziwy dom. „Ale dom to miejsce, któremu my nadajemy klimat. Nowy też nas polubi, a ten tutaj będzie miał inną rodzinę.”
- I będzie ją kochał jak nas?
- Oczywiście.

Później, kiedy już nakłoniłam Miśkę do pójścia spać, pomyślałam o swoim dzieciństwie i tym, że ja nie miałam nigdy czasu na to, by gdzieś zapuścić korzenie. Albo jeszcze inaczej, te korzenie poprzez zagmatwane losy moich rodziców nigdy nie były silne. Zastanawiam się dzisiaj, czy to było dobre, czy złe? Gdy obserwuję niektórych z moich przyjaciół tkwiących w beznadziei miejsc i absolutnie się nie rozwijających zawodowo, to myślę,że to było dobre. Gdy jednak rozmawiamy o ich domach pełnych pamiątek, korzeniach, duchu miejsca, to uświadamiam sobie, że Miśka, jak ja, pewnie tego nie zbuduje.

A jakie jest Wasze życie? Zakorzenione, czy nie?

sobota, 4 sierpnia 2012

REMONT

Dzielna Daisy właśnie ma ten cały przed przeprowadzkowy bajzel za sobą, a ja przed sobą. Pakuję kuchnię i przewożę ją wózkiem spacerowym. Bo jak sobie pomyślę o owijaniu każdej szklanki i talerza w gazetę, to targa mną okropnie.

Ja tu, niedaleczko odchodzę, ale przeprowadzka, to przeprowadzka, nie?