czwartek, 7 czerwca 2012

A co, na policję mnie poda?

Mży, leje, leje, mży. Można dostać zajoba. Na przekór pogodzie wytargałyśmy dziś z Miśką rowery, by karnąć się do Lidla po jej ulubione donutsy, ale minąwszy dwie przecznice zawróciłyśmy wściekłe, no nie da się. U Bola na rogu kupiłam jej polską słodka bułkę z serem, jednak to nie to, co ona chciała więc kolejny raz nie kryła swojego oburzenia, że te ferie doprowadzają ją do szału.

Kurcze, ja pamiętam któreś tam wakacje w moim życiu, gdzie non stop lało, a ja u babci z ciocią Kasią nudziłyśmy się jak mopsy. Dziadek, dekarz z zawodu też wtedy siedział w domu, więc nawet nie miałyśmy specjalnych szans na oglądanie telewizji. Jako dzieci nie znosiłyśmy dziadka obecności w domu, a on naszej, co się diametralnie zmieniło, gdy dorosłyśmy. Dziadek po prostu nie lubił dzieci. Od czasów nastoletnich wspominam go jednak, jako wspaniałego gościa, z którym można było podyskutować niemal o wszystkim. On jako jedyny traktował nas, jak dorosłych ludzi.

Jak dorosłych ludzi traktowali mnie i moją przyjaciółkę również jej rodzice. Tych godzin spędzonych na dyskusjach z nimi w salonie albo kuchni nie zapomnę nigdy. To w ogromnej mierze oni wpłynęli na ukształtowanie mojego wnętrza, moich zainteresowań, wiary w siebie.

I właśnie dziś, kiedy tak mży i leje pomyślałam o babci Zofiji. Nie wiem dlaczego właśnie podczas tej słoty, wszak babcia Zofija kojarzy mi się bardziej z pogodą. Może po prostu zebrało mnie na sentymenty.
Babcia była mamą mamy przyjaciółki, Wiesi. Człowiek to był do rany przyłóż i taka prawdziwa kochana, opiekuńcza, rozgadana babcia stojąca w kuchni przy garach lub właśnie obierająca zimioki. Babcia miała swój świat; menu na następny dzień, podwyżek na miejskim rynku, dojrzewających owoców i warzyw na działce, pielgrzymek papieża, nowych kwiatów na rabatkach przed diecezją i Hegi- spanielki, najlepszej współtowarzyszki babcinych przechadzek. Córka, zięć i wnuczka byli dla niej święci i babcia nigdy nie szczędziła komplementów pod ich adresem, choć wylewna była średnio.
Ja się z babcią Zofiją zaprzyjaźniłam dość szybko, bo umiem słuchać starszych ludzi, a babcia była gadułą nie byle sobie, totez, gdy przyjeżdżałam do Polski, zaraz wiedziałam wszystko...

Jedna babcina cięta riposta zostanie mi w głowie pewnie po grób. Należało przeprowadzić zabieg chirurgiczny i zięć poprzez koneksje z dobrym chirurgiem załatwił babci opiekę na tip-top. Babcia po operacji dostała pokój jednoosobowy i była załamana – a bo tu nie ma do kogo gęby otworzyć! A to nie były czasy telewizorów w salach, toteż babcię przemieszczono i było git. Gdy babcia wróciła do domu, rodzina zebrała się przy obiedzie i jęła dyskutować o jakimś ładnym upominku dla przyjaciela. Padły tytuły jakichś nowych wydań medycznych, które babcie średnio obeszły, ale nie obszedł jej temat okazania wdzięczności. Toteż babcia w najbliższy dzień targowy udała się na ryneczek, znalazła ładną bombonierę – wiśnie w czekoladzie za dychę i poszła konspiracyjnie wyciągać dochtora uczestniczącego właśnie w jakiejś naradzie na korytarz, by okazać mu wdzięczność.
W domu zaraz za progiem dumnie oznajmiła, że wdzięczność została przez nią okazana, co mocno zaskoczyło jej córkę, bo ta właśnie nabyła książkę dla dochtora. Jak się babcia pochwaliła, że wręczyła mu wiśnie, to się córka lekko zdenerwowała, że to nie jest odpowiedni prezent i jęła tłumaczyć sytuację. Babcia wysłuchała argumentów, na które nie miała odpowiedzi, wzięła się zatem pod boki i rzekła:
- A co, na policję mnie poda?
Tekst ten towarzyszy nam do dziś, gdy mówimy o róznych tam sprawach i babcina riposta pasuje.
Kurcze, tęsknię za nia.:(

Bardzo bym prosiła wszystkich odwiedzających o klikanie w TEN link. Dzieciaki zrobiły plakat, sami zobaczcie...

2 komentarze: