piątek, 2 marca 2012

Normanton cacy i Normanton be

Nie wiem, czy się śmiać, czy płakać. Wczoraj Danny wysłała mi wiadomość, że ktoś chciałby się zamienić na domy z Sinfin na Normanton. Sinfin to jedna z dzielnic, która graniczy z Normantonem i rozciąga się na południe. Normanton zaś leży w samym sercu miasta. Wbrew pozorom ludzie chcą mieszkać na Normantonie, bo stąd wszędzie jest blisko. Inni nie znoszą tego miejsca, bo właśnie tutaj jest największe skupisko Cyganów oraz bandziorów. Przy jednoczesnym skupisku polskich sklepów. To właśnie tutaj przyjeżdża się na zakupy nawet z najodleglejszych dzielnic.
Powiem szczerze, że ja lubię Normanton. Naprawdę. Wolałabym jednak mieszkać po jego prawej stronie, patrząc od centrum, bo po lewej jest, jak jest. Tylko kto będzie chciał zamienić dom z Normantonu na Normanton? Dlatego moją jedyną szansą na zamianę jest inna dzielnica. Sinfin położony jest dość blisko Miśki szkoły, Sunnyhill również wchodziłby w rachubę i byłby dla nas lepszy, bo jeszcze bliżej szkoły.

W każdym razie Danny przyszła wieczorem i zadzwoniła do tych ludzi, czy nadal chcą się zamieniać. Chcieli, a jakże, ale na każdą inną ulicę na Normantonie, tylko nie na moją!

Cycki mi opadli wzięli byli i poniekąd nie rozumiem takiego stanu rzeczy. Uważam, że cała lewa strona jest „zacyganiona” i „zabandziorzona”, więc jaka to różnica, czy mieszkam na Iksińskiej czy Igrekowej.

Pociesza mnie jeszcze fakt, że nasz dom mieści się między spokojną angielską społecznością, ogródek jest zadbany, a dom nie zawilgocony. Może znajdzie się ktoś, komu nazwa ulicy nie będzie przeszkadzała.

Machina ruszyła, mogę sobie w tej chwili na spokojnie realizować mój plan, bo minął szok, kiedy najchętniej wyprowadzałabym się już, natychmiast. Miśka też powoli oswaja potwora. Kurcze, poza tym to do mnie nie podobne, by spieprzać w popłochu.

Przezabawna sytuacja spotkała dziś moją koleżankę. Pod koniec listopada ubiegłego roku przechodziła obok pustego domu, przed drzwiami którego siedział wymęczony i smutny kot. Wzięła go po prostu na ręce i zaniosła do domu, a kot chętnie w nim pozostał. Inna jej koleżanka spojrzała mu pod ogon i rzekła, że to dziewczynka, toteż kota dostała na imię Mambo. Mambo ale drapała się po uszach i było z nią coraz gorzej, więc koleżanka pojechała do weta. Leczyć uszy, dowiedzieć się ile ma lat i czy jest wysterylizowana. Najpierw dostała antybiotyki i krople do uszu oraz dowiedziała się, że kota jest w średnim wieku. Wet obiecał, że jak przyjedzie za tydzień, to dokładniej się przyjrzy, czy są ślady po szwach sterylizacyjnych. No i się dzisiaj przyjrzał, okazało się, że to wykastrowany kocur. O matko, śmiech niósł echo daleko, daleko. Jakby przyszła baba do ginekologa, rozłożyła nogi, a to facet. Kurcze, ale z tymi kocimi kastratami, to serio można zgłupieć. Mambo skojarzyłam z jednym utworem Eleny Paparizou o takim samym tytule.

I jeszcze. Bawta sie dobrze.
To co, miłego weekendu, nie:)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz