piątek, 30 marca 2012

Koty rządzo

W środę stuknie pięć miesięcy od czasu, kiedy koty straciły jajca. Wnioski. Olek – nie zmieniło się dla mojego oka nic. Roczny kocur broi, jak broić powinien, je, jak jeść powinien, czasem gwałci sweter, skarpetkę, albo Miski wielkiego miśka. „Mamo, ale mu pindol wylazł!” - darła się kiedyś młodzieży, dziś już nie zwraca na to uwagi.

W Dudku zaś zajszly zmiany ogromne. Z wielkiego wojownika i dziada – włóczęgi zrobił się domator – prosiak. Ten kot prosi nawet o kawałek przysłowiowego chleba. Jadłby bez końca i wszystko. Kurczę – good, krowa – good, świnia – good, suhi- gooood! Tak bezczelnie żebrze, że wstyd mi przed znajomymi. Ja tu komuś kanapkę, a ten pazurem na bezczelnego haczy. Tymczasem siedząc wygląda jak piramida, dupsko się rozrasta. Cięcia racji żywieniowych są dla mnie bolesne, ale niezbędne. Chadza zatem kraść do Olka, a ten znowu zaczął prychać. Był czas, że mu przeszło bronienie swojego żarcia, jednak w obecnej sytuacji wcale mu się nie dziwię.

Poza tym Dyda już żebrze dla zasady. Kto tylko mlaśnie pyskiem, tam pojawia się moja kota. Jest bezszelestny, bo Olek tupie dokładnie tak, jak stado koni – tudu du, tudu du, tudu du.. Mało tego, gdy wołam Olka, już wiem, że pierwszy przybiegnie Dudek. Odwrotnie jest tak samo. Z jednym wyjątkiem, Olek wpada wtedy na rekonesans – coś się dzieje, matka pewnie sypie żarciem i wzdryga się na kocią karmę, ale słowo, że niezmiennie musi to zobaczyć. Przekonać się. Wzdryganie się Olka na kocią karmę jest przezabawne. Wącha i odskakuje od michy, jakby go to poszczypało w nos. Samo odskakiwanie jest elastyczne, takie „kocim krokiem”, bo Olek ma ruchy dzikiego kota, Dudek – perskie. Nijak ma się to do opisywanego wcześniej bezszelestnego poruszania się, prawda? Ale tak wlaśnie jest. Olek lata, jak dziki masywny kot po safari, a Duda to bezszelestny dachowiec spod krzaka.

A jak nam obce koty (zwłaszcza jeden urwis) włazi do domu, to moje trutnie śpio! One albo leżo, albo śpio, albo żebrzo.
Była se niedziela, siedziałam na kanapie, Duda koło mnie, Olly na pufie, a w kuchni zaczyna się rejwach. Idę kocim krokiem, zastaję urwisa na meblach. Drę ryja, ty skurwysynie, on zeskakuje z mebli, chce się rozbiec i przebiera łapami w jednym miejscu dokładnie tak, jak w kreskówkach. Przy tym parcha na mnie, bo uciec nie może... zgięłam się w pół ze śmiechu.

Koty tymczasem spały SE dalej, prawda... Czasem brakuje mi tego Dudkowego temperamentu sprzed kilku miesięcy, bo bronił domu jak owczarek kaukaski. Za to teraz nie wraca z obitą maską.

Niektórzy z Was mówili mi, że kastracja nie musi wpłynąć na jego dziki temperament. U Dudka stało się dokładnie odwrotnie, niż się tego spodziewałam, bo to wojownik był niezwykły. Teraz mam – King of fucking everything. No, poza małymi wcirami Olkowi, ale to też tylko wtedy, gdy się Dudkowi zachce, a nie, gdy Olek sobie na manto zasłuży...

A jak Wasze koty po kastracjach i sterylizacjach? Sporo było zmian?

czwartek, 29 marca 2012

Ai Se Eu Te Pego

Nossa, nossa
Assim você me mata
Ai, se eu te pego,
ai ai, se eu te pego

Delícia, delícia
Assim você me mata
Ai, se eu te pego,
ai ai, se eu te pego

Sábado na balada
A galera começou a dançar
E passou a menina mais linda
Tomei coragem e comecei a falar

Nossa, nossa
Assim você me mata
Ai, se eu te pego,
ai ai, se eu te pego

Delícia, delícia
Assim você me mata
Ai, se eu te pego,
ai ai, se eu te pego

Sábado na balada
A galera começou a dançar
E passou a menina mais linda
Tomei coragem e comecei a falar

Nossa, nossa
Assim você me mata
Ai, se eu te pego,
ai ai, se eu te pego

Delícia, delícia
Assim você me mata
Ai, se eu te pego,
ai ai, se eu te pego

Nossa, nossa
Assim você me mata
Ai, se eu te pego,
ai ai, se eu te pego

Delícia, delícia
Assim você me mata
Ai, se eu te pego,
ai ai, se eu te pego

ai,se eu te pego

wtorek, 27 marca 2012

Anglicy lecą do Włoch

Prezentacja zaliczona i pochwalona. Klasa skorzystała z informacji a wizytatorów nie było, uffff. Mam to za sobą, lalalla.

Dzisiaj, po prezentacji mojej koleżanki z klasy, Chiary z Włoch, która uczyła nas włoskiego zobaczyliśmy filmik "Inglesi che vanno in Italia". Bardzo się ubawiłam. Zobaczcie sami.

Fajny, nie?

poniedziałek, 26 marca 2012

Prezentacja i ostatni Level w szkole

Jutro rano będę prezentować historię lewostronnej jazdy. Boski temat, naprawdę i fakt, że mało kto w ogóle wie dlaczego jest tak, a nie inaczej, dodaje skrzydeł. Sama wizja tego, iz jutro rano będę stała przed klasą, nauczycielem, KAMERĄ, wywołuje sraczkę, a świadomość, że dodatkowo będzie wizytacja z kuratorium - padaczkę. Wcale nie pomaga mi świadomość, że kuratorium przyjdzie oceniać nauczyciela, nie mnie. No delyra, no. Naprawde zastanawiam się, czy nie pierdolnąć skręta, albo kielona.

Oraz już widzę, jak robie prezentację z pantomimą i wszelkimi tego typu, nie?

Dziś wrzucałam na USB moje "prezentacyjne wypociny", patrze, a tam z dawien dawna, 2007 ściągniety list do Miśki, który napisałam po tym, jak mi jej ojciec ją wykradł. Straszne czasy. Oczywiście się popłakałam po raz kolejny, ale co mnie w nim uderzyło... Ja wiedziałam, że ją odzyskam. Ta podświadomość jednak jest wielka. Pamiętam, że nigdy nie pomyślałam, iż sprawa jest beznadziejna. Nigdy.
.
Dorotka znalazlam to w moim komputerze....Pomyslalam, ze moze chcialabys to miec....Nie zeby Ci cos przykrego przypominalo..ale moze kiedys to pokazesz Juli......   ................................                                   Moja Najukochansza, jedyna istotko.
Jest 17 wrzesnia, niedziela, wlasnie wrocilam z pracy. Nie poszlam do naszego domu, bo nie umiem tam zyc bez Ciebie. Jeszcze nie umiem.
Piec dni temu widzialam Cie ostatni raz. Zrobilam Ci dwa ladne kucyki, wybieralas sie z Twoim tata na wycieczke na Akropol, a ja nawet nie podejrzewalam, ze to bedzie nasze (na razie) ostatnie widzenie sie.
Tato zabral Cie na nieco dluzsza przejazdzke. Tak daleko, ze moja reka jest za krotka, by pomiziac Twoje “pleski”, “joki”… … …
Jest za krotka dzis, na pewno bedzie za krotka jutro, ale jest tak dluga, by ciagle czuc pod opuszkami palcow cala Ciebie. Jest tak dluga, ze powedruje poprzez gory oraz doliny, by Cie odnalezc. Bog jej swiadkiem, ze to zrobi.
Kruszynko, chcialabym, abys wiedziala, ze jestes moim jedynym skarbem, najbardziej jedynym na swiecie.
Sa skarby mniej jedyne? Nie wiem, bo mam tylko jeden.
I wyrusze na wielka przygode, z mapa zycia w rece. Wyrusze jako milosc bez granic, jako wielki czlowiek, jako matka.
A Ty na pewno bedziesz na mnie czekala…Na pewno

Ja, wizjoner to czulam:) Oraz nigdy dosc podziekowan ludziom, ktorzy mi pomogli. Oni wiedza:)
Znow sie poplakalam. Ide spac, jutro ta prezentacja.

wtorek, 13 marca 2012

Fasolowe bąki

To już ona. Już przyszła, bo jej zapach czuję od rana. Kiedyś zapachem wiosny była czyjaś kanapka ze świeżym ogórkiem i szczypiorem, której woń niosła się szeroko szkolnymi korytarzami. Teraz zachwycam się jej powiewem i śpiewem ptaków. Czuję ją inaczej oraz zaczynam chcieć żyć. Jakieś skrzydła rosną mi na plecach, tylko żeby jeszcze brzuch zmalał.

Olek coraz mniej sypia w domu, woli na trampolinie. Jakaś woń wyciąga go z domu i to z pewnością nie jest ogórek, a Dudek ma wszystko gdzieś. Przeszedł metamorfozę i stał się nudnym domatorem.

Miśka zrzuciła zimowe mundurki i popyla w biało niebieskiej kiecce w kratkę. Dziś, po szkolnym obiedzie (fasoli) spierdziała się tak głośno i śmierdząco w klasie, że... Była z siebie dumna. - Mamo, jeszcze nikt nigdy się tak nie zasrał! Nie wiem,skąd mi się to wzięło!
- Powiedziałaś przepraszam? - zapytałam zataczając się ze śmiechu.
- No pewnie, ale pani to śmiała się tak, że ci mówię...

Ja mówię, że ta fasola, to masakra jakaś jest, a oni jedzą ją na śniadanie!

sobota, 10 marca 2012

Galaxy S II

Mój ostatni dwuletni związek komórkowy z Virgin uważam za stracony. Bardzo lubię „jeżynkę”, ale pakiet usług pozostawiał wiele do życzenia. 100 minut do każdej sieci i nieograniczona ilość minut do sieci Virgin. Tylko ja przez dwa lata nie poznałam ani pół człowieka w tej samej sieci, toteż zawsze dopłacałam do mojego kontraktowego biznesu. Do tego, każdy wyjazd poza granice Anglii wiązał się z brakiem jakiejkolwiek sieci.

Kilka dni temu, tak nagle, bo przyszła do mnie koleżanka na kawę i neta i była w drodze do miasta, przypomniało mi się, że przecież zaraz kończy mi się kontrakt i oby przez przeoczenie nie przedłużył się automatycznie mój niechciany juz zwiázek, poszłam z nią do centrum.

Wróciłam z Samsungiem Galaxy S II z innej sieci...

Nie ma mnie. Jestem zakochana w tym smartfonie. Miśka też!

Jakoś tak zawsze było, że telefon, to gadanie, smsy, gry i odrobinę więcej wraz z postępem.

Smartfon zjada użytkownika. Czy Wy też zostaliście wessani?

P.S. Innym razem opowiem Wam, jak nie umiałam odebrać połączenia...

środa, 7 marca 2012

Well done!

Moją ukochaną szkołę angielskiego zaczęłam rok temu, dokładnie 3 marca, jako dumny student Level entry 3. Pod koniec semestru dowiedziałam się, że rzadko kiedy studenci są dopuszczani do egzaminu po pół roku, by przejść dalej. Mało tego, mój nauczyciel powiedział mi, że jeszcze w maju nie był pewien, czy jestem gotowa, ale w tym miesiącu, po kilku pracach pisemnych zmienił zdanie. Zdałam.

Level 1, to już nie lada wyzwanie. Założyłam, że tym razem na pewno potrzebny mi będzie rok, by podejść do egzaminów: prezentacja, konwersacja, rozmowa telefoniczna, raport – 250-300 słów, list oficjalny – min 250 i list osobisty – 250 – 400 słów, test na rozumienie z czytania. I tak sobie to zaplanowałam. Gdy w lutym nauczyciel wskazał trzy babki, które jego zdaniem już wtedy miały zaliczyć wszystko wraz z testem na rozumienie tekstu, co jego zdaniem jest najtrudniejsze po pracach pisemnych, wielkim zaskoczeniem okazało się, że athinka oddała najlepsze prace pisemne. Lepsze od trzech babek i ten test na czytanie, który miałaby robić w maju, zostanie dla niej zorganizowany jeszcze przed Wielkanocą, bo te trzy prace pisemne, które oddała były o niebo lepsze od tych, oddanych przez faworytki.
- Jesteś drugą osobą w mojej karierze, która w ciągu półrocznego semestru zalicza roczny plan. Pierwszą była irańska lekarka, ale ona na Level 1 potrzebowała roku... - chwalił mnie wczoraj Peter.
Chwalił mnie tak bardzo przed całą klasą, że aż się zawstydziłam. Mina jednej Łotyszki, drugiej po Bogu z angielskiego, bezcenna. Moje prace były lepsze.

Nananananananaanan;))))) Jestem czterdziestoletnią babcią, której, lalallaal, no wiecie, lallalalaal:))))

piątek, 2 marca 2012

Normanton cacy i Normanton be

Nie wiem, czy się śmiać, czy płakać. Wczoraj Danny wysłała mi wiadomość, że ktoś chciałby się zamienić na domy z Sinfin na Normanton. Sinfin to jedna z dzielnic, która graniczy z Normantonem i rozciąga się na południe. Normanton zaś leży w samym sercu miasta. Wbrew pozorom ludzie chcą mieszkać na Normantonie, bo stąd wszędzie jest blisko. Inni nie znoszą tego miejsca, bo właśnie tutaj jest największe skupisko Cyganów oraz bandziorów. Przy jednoczesnym skupisku polskich sklepów. To właśnie tutaj przyjeżdża się na zakupy nawet z najodleglejszych dzielnic.
Powiem szczerze, że ja lubię Normanton. Naprawdę. Wolałabym jednak mieszkać po jego prawej stronie, patrząc od centrum, bo po lewej jest, jak jest. Tylko kto będzie chciał zamienić dom z Normantonu na Normanton? Dlatego moją jedyną szansą na zamianę jest inna dzielnica. Sinfin położony jest dość blisko Miśki szkoły, Sunnyhill również wchodziłby w rachubę i byłby dla nas lepszy, bo jeszcze bliżej szkoły.

W każdym razie Danny przyszła wieczorem i zadzwoniła do tych ludzi, czy nadal chcą się zamieniać. Chcieli, a jakże, ale na każdą inną ulicę na Normantonie, tylko nie na moją!

Cycki mi opadli wzięli byli i poniekąd nie rozumiem takiego stanu rzeczy. Uważam, że cała lewa strona jest „zacyganiona” i „zabandziorzona”, więc jaka to różnica, czy mieszkam na Iksińskiej czy Igrekowej.

Pociesza mnie jeszcze fakt, że nasz dom mieści się między spokojną angielską społecznością, ogródek jest zadbany, a dom nie zawilgocony. Może znajdzie się ktoś, komu nazwa ulicy nie będzie przeszkadzała.

Machina ruszyła, mogę sobie w tej chwili na spokojnie realizować mój plan, bo minął szok, kiedy najchętniej wyprowadzałabym się już, natychmiast. Miśka też powoli oswaja potwora. Kurcze, poza tym to do mnie nie podobne, by spieprzać w popłochu.

Przezabawna sytuacja spotkała dziś moją koleżankę. Pod koniec listopada ubiegłego roku przechodziła obok pustego domu, przed drzwiami którego siedział wymęczony i smutny kot. Wzięła go po prostu na ręce i zaniosła do domu, a kot chętnie w nim pozostał. Inna jej koleżanka spojrzała mu pod ogon i rzekła, że to dziewczynka, toteż kota dostała na imię Mambo. Mambo ale drapała się po uszach i było z nią coraz gorzej, więc koleżanka pojechała do weta. Leczyć uszy, dowiedzieć się ile ma lat i czy jest wysterylizowana. Najpierw dostała antybiotyki i krople do uszu oraz dowiedziała się, że kota jest w średnim wieku. Wet obiecał, że jak przyjedzie za tydzień, to dokładniej się przyjrzy, czy są ślady po szwach sterylizacyjnych. No i się dzisiaj przyjrzał, okazało się, że to wykastrowany kocur. O matko, śmiech niósł echo daleko, daleko. Jakby przyszła baba do ginekologa, rozłożyła nogi, a to facet. Kurcze, ale z tymi kocimi kastratami, to serio można zgłupieć. Mambo skojarzyłam z jednym utworem Eleny Paparizou o takim samym tytule.

I jeszcze. Bawta sie dobrze.
To co, miłego weekendu, nie:)

czwartek, 1 marca 2012

Siedzą!

Przed chwilą dostałam sms od koleżanki "Mam dobre wieści, ci od waszego domu SIEDZĄ! Złapali ich na gorącym uczynku."
- Mówiłam,że moje życzenia się spełniają! - zapiszczała radośnie Miśka.

Ufff, jakoś tak lżej na duszy. Mimo, że byłam pewna, iż nie wrócą, to rozum jednak płata czasem figle i zwłaszcza wieczorem wkradały się myśli typu: a co jeśli, a może jednak...

A teraz myślę tylko - chuj im w dupę, taki syberyjski z bakami!