środa, 25 stycznia 2012

Uhhuhhh!

Lubię sobie czasem wdepnąć do takiej jednej mojej koleżanki na kawę. Z jednej kawy niemal już rytualnie robią się dwie, a my, farmazoniąc o naprawdę przeróżnych sprawach tego świata, częstokroć zwijamy się ze śmiechu. Podobają mi się te nasze relacje – oby nie jęczeć. Wystarczy, że jęczymy do poduchy, wszak każda ma swoje zmartwienia i póki nie przybierają one gigantycznych rozmiarów, zostawiamy jęki na czas zgaszonego światła. Co jednak nie znaczy, że sobie nie pomagamy, kiedy któraś z nas tego potrzebuje.

W każdym razie dzisiaj zebrało nas na wspomnienia i, proszę ja Was, było wesoło. Zaczęło się od okazywania uczuć.

Otóż, ile się człowiek w życiu musi namęczyć, by przebrnąć przez rozmowy, na które wcale nie ma ochoty?
Co u ciebie? Wszystko w porządku. Naprawdę? No, tak. A ja słyszałam/em, że u was, to... Skąd – i tu – to bzdury. Brednie tam jakieś. Nie rozumiem, nie wiem. Albo, co jest niestety częstym zjawiskiem – a nie, bo to, o czym mowisz, to dlatego, że tamten tamtej, a ona to i z kolei jej matka z ciotką i jej stryjecznym szwagrem...

Najchętniej by człowiek ryknął – a weź się odpierdol!

Abstrahując, pamiętacie notkę, kiedy Miśka przed wyjazdem na Wyspy uczyła się u jej koleżanki z podwórka angielskiego w trybie ekspresowym?
- Hello. (heloł) powtarzała Miśka
- How are you? (Hał ar ju)
- I'm fine, thank you. ( Ajm fajn fak ju)... Zadnego tam, ze nie mam czasu, ze się spiesze. Się jebaj, nie? Musiałam wówczas mocno udawać, że tego nie słyszałam i nie rechotać echem niosącym się hen.

Koleżanka opowiedziała mi o swojej dalekiej kuzynce, Klaudusi, którą w latach siedemdziesiątych nie zdiagnozowano jako dziecko niepełnosprawne umysłowo, ale zaliczono do trudnych. Klaudia była prześliczna i nieprzewidywalna pod względem okazywania uczuć.
- Słuchaj, już jako dorosła przyjeżdżałam do babki, szłam tam do ciotki, a Klaudia do mnie – Iksińska, jak fajnie, że jesteś! Siadaj, pogadamy – totalnie rozentuzjazmowana faktem, że mnie widzi. Następnej soboty przyjeżdżam, idę tam znów, wchodzę do domu uśmiechnięta. Witam Klaudię, a ona mi na to z miną pomarszczonego rottweilera – uhhuhhh!!! Na co każdy człowiek od razu się wycofuje. Mało tego, nawet nie sili się potem na żadne komentarze, bo tak naprawdę nie ma czego komentować. Jakie to genialne! Nie zaprosić, nie wyprosić i nie obrazić.
Czysta żywa walka o przestrzeń i wolność. Bez rannych i kulawych.

I tak sobie myślę, że ile zyskałabym spokoju ducha, gdybym chociaż co dwudziesty raz w życiu zmarszczyła się jak rottweiler i odpowiedziała – uhhuhhh!

2 komentarze:

  1. ale wtedy może znajdzie się ktoś kto zapyta "potrzebujesz mojej pomocy?"

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja na szczęście nie mam z tym problemu :)

    OdpowiedzUsuń