niedziela, 29 stycznia 2012

Der Rattenkönig

Während ich mit Diesel sprach sagte er, dass Ludwig Hirsch vor einem Jahr gestorben ist. Das hat mich auf einmal sehr traurig und irgendwie einsam gemacht... Hirsch hatte eine ungewöhnlicher Rolle in meinem Leben gespielt. Eine süße Melodie war das... Eine zarte auch...
Ech, Du, ich habe niemals gedacht, dass Du mal stirbst.
Schlafe ruhig mein Freund.

I dla koneserow
... Same kwiatki...

środa, 25 stycznia 2012

Uhhuhhh!

Lubię sobie czasem wdepnąć do takiej jednej mojej koleżanki na kawę. Z jednej kawy niemal już rytualnie robią się dwie, a my, farmazoniąc o naprawdę przeróżnych sprawach tego świata, częstokroć zwijamy się ze śmiechu. Podobają mi się te nasze relacje – oby nie jęczeć. Wystarczy, że jęczymy do poduchy, wszak każda ma swoje zmartwienia i póki nie przybierają one gigantycznych rozmiarów, zostawiamy jęki na czas zgaszonego światła. Co jednak nie znaczy, że sobie nie pomagamy, kiedy któraś z nas tego potrzebuje.

W każdym razie dzisiaj zebrało nas na wspomnienia i, proszę ja Was, było wesoło. Zaczęło się od okazywania uczuć.

Otóż, ile się człowiek w życiu musi namęczyć, by przebrnąć przez rozmowy, na które wcale nie ma ochoty?
Co u ciebie? Wszystko w porządku. Naprawdę? No, tak. A ja słyszałam/em, że u was, to... Skąd – i tu – to bzdury. Brednie tam jakieś. Nie rozumiem, nie wiem. Albo, co jest niestety częstym zjawiskiem – a nie, bo to, o czym mowisz, to dlatego, że tamten tamtej, a ona to i z kolei jej matka z ciotką i jej stryjecznym szwagrem...

Najchętniej by człowiek ryknął – a weź się odpierdol!

Abstrahując, pamiętacie notkę, kiedy Miśka przed wyjazdem na Wyspy uczyła się u jej koleżanki z podwórka angielskiego w trybie ekspresowym?
- Hello. (heloł) powtarzała Miśka
- How are you? (Hał ar ju)
- I'm fine, thank you. ( Ajm fajn fak ju)... Zadnego tam, ze nie mam czasu, ze się spiesze. Się jebaj, nie? Musiałam wówczas mocno udawać, że tego nie słyszałam i nie rechotać echem niosącym się hen.

Koleżanka opowiedziała mi o swojej dalekiej kuzynce, Klaudusi, którą w latach siedemdziesiątych nie zdiagnozowano jako dziecko niepełnosprawne umysłowo, ale zaliczono do trudnych. Klaudia była prześliczna i nieprzewidywalna pod względem okazywania uczuć.
- Słuchaj, już jako dorosła przyjeżdżałam do babki, szłam tam do ciotki, a Klaudia do mnie – Iksińska, jak fajnie, że jesteś! Siadaj, pogadamy – totalnie rozentuzjazmowana faktem, że mnie widzi. Następnej soboty przyjeżdżam, idę tam znów, wchodzę do domu uśmiechnięta. Witam Klaudię, a ona mi na to z miną pomarszczonego rottweilera – uhhuhhh!!! Na co każdy człowiek od razu się wycofuje. Mało tego, nawet nie sili się potem na żadne komentarze, bo tak naprawdę nie ma czego komentować. Jakie to genialne! Nie zaprosić, nie wyprosić i nie obrazić.
Czysta żywa walka o przestrzeń i wolność. Bez rannych i kulawych.

I tak sobie myślę, że ile zyskałabym spokoju ducha, gdybym chociaż co dwudziesty raz w życiu zmarszczyła się jak rottweiler i odpowiedziała – uhhuhhh!

wtorek, 17 stycznia 2012

O śmieciach...

Wróciwszy dzisiaj ze szkoły rzuciłam się do mycia garów po śniadaniu i wyrzucania śmieci. Przed moim domem, jak przed domem każdego sąsiada stoją trzy kontenery. Niebieski na szkło plastik i puszki, brązowy na papier i odpady organiczne, czarny na resztę gadżetów. Śmieciarka przyjeżdża co środę i raz zabiera niebieski – brązowy, raz czarny. Jutro ma zabrać czarny.

Patrzę w otchłań czarnego, który ma jutro wyjechać, a tam stos reklamówek z pampersami, puszkami po kociej karmie, wystającymi szyjkami szklanych butelek i całą masą innych odpadów, które absolutnie nie powinny się tam znaleźć. No ręce mi opadły. Problem w tym, że nie mogłam tego zignorować, bo panowie zabierający kubły zaraz nakleją mi karteczkę pouczającą i kubła nie opróżnią.
Wściekłam się zatem do granic możliwości i jęłam rzucać mięchem. Zastukałam do sąsiadki po prawej, czy nie widziała podejrzanej bandy podrzucającej śmieci. Na wieść, że nie widziała zastukałam do drugiej, po lewej, która ma monitoring, ale na moje nieszczęście nie nagrała. Wskazała jednak na drzwi przeze mnie podejrzane mówiąc – ci Cyganie często kręcą się po okolicy z reklamówkami pełnymi śmieci.

Ty zaś stoisz człowieku z naręczem reklamówek na środku ulicy, klniesz jak szewc i nie masz pojęcia co dalej. Wziąć do domu i segregować? Pierdolnąć na środek jezdni i siarczyście na nie splunąć? A może rzucić je pod drzwi wskazanego sąsiada z naprzeciwka, który owszem ma dziecko w pieluchach, kota i śmietnik wypełniony po brzegi, ale nie złapanego za rękę?

Niezbyt elegancko się wysławiając podreptałam na tak zwane uliczne wysypisko za klombem. Idąc w tamtą stronę z reklamówkami bluzgałam po angielsku, wracając po polsku. Przy czym odgrażałam się, że tego nie daruję.

Po południu, po kolejnych rozmowach z sąsiadami i niemal pewności, że to ta rodzinka (byłam nawet u Słowaków obok tego domu) zastukałam do podejrzanych. Nikt mi nie otworzył. Toteż naskrobałam list po angielsku w sensie, że ja już wiem i ich ostrzegam przed ewentualnymi konsekwencjami, przed którymi się nie cofnę.

I to nie są moje jakieś tam fanaberie. To jest rzeczywisty i całkiem poważny problem. Sąsiad może ci zasrać śmietnik każdego pieprzonego tygodnia i każdego pieprzonego tygodnia śmieciarka może ci nakleić kartkę, że nie zabierze, bo nie segregujesz.

Się teraz weź babraj z czyimś gównem i wymyśl gdzie go sprzedać dalej...

A Lustereczko przysłała mi to:

„Panie, daj mi siłę do zaakceptowania rzeczy, których nie mogę zmienić; odwagę do zmiany rzeczy, których nie mogę zaakceptować; mądrość, abym ukrył ciała tych którzy mnie dzisiaj wkurwili.

Spraw abym uważał, czy palce które przydeptuję dziś, nie są połączone z dupami, w które będę musiał włazić jutro.

Pomóż mi zawsze dawać z siebie w pracy 100%... 12% w poniedziałek, 23% we wtorek, 40% w środę, 20% w czwartek, 5% w piątek.

I pomóż mi pamiętać... kiedy mam naprawdę zły dzień i zdaje mi się, że wszyscy dookoła chcą mnie wkurwić, niech nie zapomnę, że do zrobienia smutnego wyrazu twarzy potrzeba aż 42 mięśni, a tylko 4 do wyprostowania środkowego palca i powiedzenia im, że mogą mi do dupy pogadać.”

A ile trzeba mięśni, by wyrazić pogardę?

poniedziałek, 2 stycznia 2012

O babach i chłopach...

Strasznie się ostatnio uśmiałam podczas telefonicznych rozmów z koleżankami. O babach gadałyśmy i ich życiu z facetami lub bez. Koleżanka pierwsza ceni sobie bycie z kimś na odległość i tylko spotykanie się podczas weekendów, druga zaś jest bardzo szczęśliwa w związku, jaki od iluś tam lat tworzy.

Dodam tylko, że mnie jest dobrze samej, ale czasem fajnie by było mieć kogoś. Ot, żeby gdzieś wyjść, pogadać, obejrzeć film, pogładzić się po plecach, albo zwyczajnie opierdolić za za grubo pokrojonego pomidora. „Bo kochana, z tym podejściem baby do faceta jest tak, że jeden wyleje ci kawę na dopiero co położony obrus i jesteś cała w skowronkach, a drugi za grubo pokroi pomidora i już ma zjebki.” Powiedziała mi kiedyś Przedziwna. Coś w tym jest.

W każdym razie pierwsza koleżanka opowiedziała mi, jak to jej związek chylił się ku końcowi, bo ona już niczego nie czuła poza przyzwyczajeniem i strachem, by faceta specjalnie nie zranić. Odwiedziła go w weekend. Rano budzi się oraz widzi, jak on leci do sypialni z tacą pełną śniadania. Marzenie wielu kobiet, prawda? „A kto ci, chuju, powiedział, że ja w ogóle jestem głodna!” Pomyślała i przeraziła się tej parszywej myśli.
- Na usprawiedliwienie się dodam, że był ze mną tyle lat i musiał, cholera jasna, wiedzieć, że ja nie jem śniadań! - mimo tego posmarkałam się ze śmiechu.

Druga opowiedziała mi o tym, jak po tygodniowej podróży służbowej wróciła do domu i zastała śliczny porządek. Aż ją lekko zatkało i szczęście całą przepełniło... Wieczorem zaś wytknęła facetowi, że, kurwa, pościeli nie zmienił, bo jak porządki, to na dobre, nie?
- A jak bym zmienił, to dopiero byś mnie tu z bagnem zmieszała, że co się działo! - odgryzł się facet. No właśnie. Pewnie by tak było.
Ten sam facet w reakcji na wkurwa swojej kobiety, podczas którego ona rozbiła w zlewie szklankę powiedział – o, to już mamy tylko „czy”(trzy). - Lepszego rozładowywacza napięcia niż dowcip chyba nie ma.

Moim wzorem do naśladowania jest związek dwojga bliskich mi ludzi, których znam jeszcze z czasów liceum. Ona spokojna, rozważna, zdystansowana do świata z cholernym poczuciem humoru. On raptus, krzykliwy, gadatliwy – dusza artysty, swojego czasu tancerz, muzyk, choreograf i wariat. Autentyczny wariat, który figle i psikusy po prostu uwielbia. Niby wcale do siebie nie pasują, a żyć bez siebie nie mogą. To jest dla mnie to coś. Kochać się i być sobie przyjacielem bez względu na różnice charakteru. Nic z wygody, nic na pokaz i nic ze strachu przed samotnością. Czysta żywa miłość i fascynacja.

- A ty – zapytała mnie pierwsza koleżanka, - czego byś pragnęła od swojego faceta. - Oprócz tego, co już powiedziałaś i co jest oczywiste.
- Chciałabym takiego, który mnie doceni...

A homary na starość spacerują po dnie morza trzymając się za kleszcze...:)