poniedziałek, 12 grudnia 2011

Przekażmy sobie znak pokoju

Wszyscy „święci” się ostatnio kręcą wokół mnie. Splot okoliczności też ma w tym swój udział.

Zacznę od przedostatniej soboty.

Do drzwi mych zapukał sąsiad w towarzystwie schludnie ubranej młodej pary i na oko czteroletniego chłopca.
- Szukali Polaków, to przyprowadziłem ich do ciebie. - rzekł i się wycofał.
- Dzień dobry. - przywitali mnie szerokimi uśmiechami, a ja już wiedziałam, że to świadkowie jehowy.
- Jesteśmy...
- A ja jestem ateistką.- żebyście widzieli te miny. To nie była pogarda, to nie było niezrozumienie i chęć podjęcia dyskusji. To był szok pomieszany ze współczuciem, jak gdyby się nagle dowiedzieli, że sąsiadka umiera na raka języka, a wcześniej wszystkim boleśnie obrabiała dupy. No bo jak można nie wierzyć w Boga. - Czy nie lepiej byłoby pójść z synkiem na plac zabaw w sobotnie popołudnie, miast skazywać go na łażenie po kominach i słuchanie tych sekciarskich farmazonów? - skwitowałam, ale zrobiło mi się cokolwiek głupio, że tak ostro pojechałam, bo co oni są winni? To tylko narzędzia. Biedne narzędzia. Życzyłam ale miłej soboty, wyłgałam się zapracowaniem i pożegnałam grzecznie świadków jehowy. Oni pożegnali mnie równie grzecznie. Byli młodzi, to warto zapamiętać.

W minioną sobotę, też tak popołudniem, Miśka czekała na koleżankę dyndając w salonie. Klap, klapa na listy strzeliła o drzwi. Ja w jadalni gniotłam pierogi, dziecko rzuciło się do otwierania i słyszę:
- A dzień dobry, jest pani Julia? - to mnie zaciekawiło. Już później sobie pomyślałam, że podczas ostatniej wizyty świadków imię padło z moich ust i przypięto je do mnie.
Przed drzwiami stało dwóch dobrze ubranych facetów. Jeden około 50 – 60tki z siwą brodą, drugi, jeśli miał trzydzieści pięć, to góra.
- Wiem, domyślam się! - rzuciłam z uśmiechem już w przedsionku salonu.
- Przyszliśmy z panią porozmawiać, tak na chwileczkę. - powiedział starszy z naleciałością akcentu angielskiego. „Pewnie, khem, guru.”
- Ale, proszę szanownych panów, jestem ateistką, nie wierzę w istnienie Boga. Nie kierują mną żadne pobudki związane z trendami mody czy chwilowego zwątpienia w jego istnienie. - tu znów szeroko się uśmiechnęłam.
Panowie szybko uderzyli w taki deseń:
- Czy pani wierzy w to, że te drzwi same się tutaj osadziły? - starszy wskazał na moje wejściowe.
- Nie, człowiek je tam osadził.
- A czy pani wierzy, że ta cegła sama powstała? - tu młodszy popukał w ścianę.
- Nie, człowiek ją powstał. Nie Bóg... - wzięłam się pod boki. Pomyślałam także, że skoro po wcześniejszej wizycie tamtej pary ci przyszli do mnie, to jak ich grzecznie nie spławie, ta dyskusja będzie trwała tu i trwała. Podziękowałam im zatem szalenie grzecznie niemal nie dopuszczając ich do głosu – niemniej życzę panom miłego dnia i wszystkiego najlepszego, tararara. A oni mi wtedy:
- To jak przyjdziemy następnym razem...
„Ten młody to jeszcze mógłby wskoczyć na pogawędkę, hue, hue”
- Proszę panów, czy trzeba być niegrzecznym w stosunku do świadków jehowy, by uszanowali, że ktoś jest innej wiary, innego przekonania, albo chce być po prostu wolny? Nachodzenie ludzi i robienie w ten sposób z siebie mesjaszy czyni was egoistami, bo robicie to dla siebie, nie innych. Nie zapraszam panów tutaj ponownie. „No, może tego młodego, gdyby nie był takim świętym.”
- Proszę pani, my nawracamy. Jezus też...
- Miśka, zostaw to, przecież prosiłam. Sami panowie widzą. Miłego dnia.
- Dziękujemy za życzliwość i do widzenia.
I jakoś czuję, że ta życzliwość w pięty mi wejdzie. Ale spokojnie. Poczekajmy. Przesz oni kocim zaznaczaniem terenu mogą wrócić, wysyłając coraz to mądrzejszych...

A, o kotach mowa!

Se szłam z Miśką i se znalazłyśmy. Ona od razu, że weźmy, mamo. Ja, że tfu, tfu, jeszcze mi tego brakowało, czterdziestka na karku i zero jakiegoś rozsądnego dawcy. No a koty?! A-no, wzielim, wypralim i... czyż to nie słodkie? Iiiiiiii, dla moich synów!





W nastepnej notce opowiem Wam, jak bylam w kosciele w celach biznesowych i jak umarlam, gdy polowa oblesnych grzesznikow poderwala sie i poszla do komunii. Hue, hue, hue:)

A to przed chwila. Jak se poszlam na tron i ostatnia rolke zabral huragan. Najgorsze bylo to, ze "pilot" w postaci Miski, juz spi. Tededeedeee...

8 komentarzy:

  1. nalot jehowych do kociej mamy:)

    OdpowiedzUsuń
  2. nie idzie sie do Ciebie dodzwonic, kiedy Ty bywasz w domu?!

    OdpowiedzUsuń
  3. Beata, normalnie kocham ten wpis:))))))))))))))

    OdpowiedzUsuń
  4. Jest w domu, ale ręce ma zanurzone w cieście pierogowym :)
    Nas kiedyś jehowcy dorwali na polu namiotowym. I weź uciekaj człowieku. :)

    OdpowiedzUsuń
  5. no właśnie, młody ze starszym. starszy go uczy, jak rozmaiwac. potem młody rozmawia, a starszy go kontroluje. oni tak muszą, inaczej są sekowani we własnych strukturach.
    ja zawsze mówię, że jestem z kościoła zielonoświatkowego (co niegdyś było prawdą w sumie) i chętnie porozmawiam o Biblii. ładnie dziękują i odchodzą w pokoju :)

    OdpowiedzUsuń
  6. ile pierogów zrobilaś? :0

    OdpowiedzUsuń
  7. Małgoska!!!!!!!!!!!!! pod prysznic może? :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Ze świadkami nie opłaca się miło i sympatycznie, wchodzenie z nimi w jakiekolwiek dyskusje nie ma sensu. Jak mi się zdarza nieopatrznie drzwi uchylić (bo najczęściej nie otwieram po prostu) to zobaczywszy ulotki w ich dłoniach i słysząc pierwsze "czy wierzysz, że Jezus cię kocha" wchodzę w słowo i mówię, że nie jestem zainteresowana po czym trzaskam drzwiami. Na szczęście żaden nie miał jeszcze takiego refleksu żeby stopę w drzwi włożyć;)

    OdpowiedzUsuń