wtorek, 29 listopada 2011

Black Country Living Museum

Miśka pojechała dziś z szkolną wycieczkę do tytułowego muzeum. Ukazuje ono historię przemysłowego okręgu Black Country z XIX i XX wieku. Była tym faktem tak podekscytowana, że nie mogła zasnąć. Bynajmniej nie dlatego, że zamiast lekcji będzie zwiedzanie, że karnie się autobusem, co uwielbia, i że przygoda, te sprawy. No, może przesadzam, bo na pewno też. Najbardziej rajcował ją fakt, że weźmie ze sobą aparat fotograficzny. Ona będzie robić zdjęcia dla mamusi. Ona będzie obarczona odpowiedzialnością za kondycję techniczną aparatu oraz będzie czuwała nad tym, by nie został gwizdnięty. Na jej barkach spoczęła opieka nad rodzinnym klejnotem, który mama jej zaufała.

Osiem kanape(czek), dwa tosty, rafaello, ciastka, małe jabłko, zero siedem chlania i... - ale ciężki plecak! Jestem, jak moja babcia, obliczam posiłki nie na ich ilość w ciągu dnia razy potrzeby dziecka, lecz na godziny razy wrażenia i swobodę sięgania po kanapkę kiedy dusza zapragnie.

Oto filmik z wycieczki po muzeum na youtube.

A ja czekam na nią i te zdjęcia. Przez cały dzień mam niepokój wewnętrzny. A bo ja wiem, czy kierowca autobusu jest tak dobrym kierowcą, jak ja? A bo ja wiem, czy panie opiekunki... itd.
Później dopiszę i wkleję zdjęcia. Jeśli naturalnie aparat przeżył, zarejestrował albo dotarł do domu....








Podobno było swell...:))))

niedziela, 27 listopada 2011

Przed swietami muzycznie

Nie lubię tej piosenki. Osłuchana. Za to Miska przepada...


Poza tym slyszeliscie Beyonce w L.A.?
...

Sie Gorniak czepiali. Aaaa, sorki, bo to hymn byl.

Last christmas.... lalalalala...

piątek, 25 listopada 2011

Tadam!

Jak zapakować prezent? (niebawem na czasie!!! ;)

1. Przygotuj na stole miejsce do działania.
2. Idź do szafki, wyjmij reklamówkę z prezentem w środku. Zamknij drzwi szafki.
3. Otwórz drzwi od szafki ponownie i wyjmij stamtąd kota.
4. Wydobądź zwój arkuszy papieru ozdobnego z drugiej szafki.
5. Wróć i wydobądź stamtąd kota.
6. Z szuflady wyjmij taśmę klejąca, nożyczki wstążki i bileciki do napisania życzeń.
7. Rozłóż to wszystko na stole.
8. Zapomniałeś wyjąć sznurek, wróć wiec do szuflady i przy okazji wyjmij kota, który wlazł tam, kiedy wyjmowałeś nożyczki.
9. Wyjmij prezent z reklamówki.
10. Wyjmij kota z reklamówki.
11. Otwórz pudełko, w którym znajduje się prezent, wyjmij i obejrzyj prezent,
wyjmij kota z pudelka, włóż prezent z powrotem.
12. Rozłóż arkusz papieru zebry przymierzyć ile musisz uciąć.
13. Spróbuj wygładzić i dokładnie wyprostować papier. Usuń kota spod spodu.
14. Utnij równo.
15.Wyrzuc to, co uciąłeś, bo kot rozdarł papier polując na nożyczki.
16. Przytnij drugi arkusz.
17. Umieść prezent na uciętym kawałku papieru.
18. Podnieś brzegi papieru żeby owinąć prezent. Zastanów się, dlaczego nie
możesz ich połączyć. Usuń kota spomiędzy papieru i pudelka z prezentem.
19. Jedna ręką trzymając owinięte pudełko utnij druga kawałki taśmy
klejącej.
20. Dwudziestominutowa przerwa na usuwanie kawałków taśmy klejącej z kota.
21. Starannie zagnij papier i umocuj zagięte rogi taśmą klejącą.
22. Potrzebna ci będzie wstążka. Dogoń kota i zabierz mu rolkę wstążki.
23. Spróbuj obwiązać wstążką paczkę z prezentem
24. Zwiń wstążkę z powrotem i odpakuj prezent z papieru. Kot rozdarł papier
polując na koniec wstążki, którą zawiązywałeś paczkę.
25. Powtarzaj punkty 1 - 20 do ostatniego arkusza papieru.
26. Ze względu na brak czasu i obawę o ostatni arkusz papieru zrezygnuj z
realizacji punktow 13 - 17. Znajdź jakiś karton odpowiadający rozmiarem
prezentowi.
27. Włóż prezent do pudelka i zawiąż sznurek.
28. Przetnij sznurek, otwórz karton i wyjmij kota.
29. Włóż wszystkie przybory, pudełko i prezent do reklamówki i przenieś
się do osobnego pokoju.
30. Zamknij drzwi na klucz i wyjmij przybory z torby.
31. Z pudelka usuń kota, otwórz drzwi, wystaw kota na zewnątrz, zamknij
drzwi.
32. Powtarzaj tak długo jak to konieczne.
33. Rozwiń ostatni kawałek papieru. (Może to być trudne np w toalecie, ale
postaraj się)
34. Okazało sie ze kot juz rozdarł i ten arkusz. Otwórz drzwi i przetrząśnij
wszystkie szafki w poszukiwaniu resztek papieru z ubiegłego roku. Niestety
bez powodzenia - rok temu kot tez pomagał ci pąkować prezenty.
35. Wróć do toalety, zamknij drzwi na klucz i spróbuj czy nie da sie jednak
wykorzystać tego ostatniego arkusza.
36. Zamknij pudlo, owiń papierem a rozdarte miejsca sklej taśma. Owiń
wstążka i dodaj kokardy żeby zakryć te najgorsze miejsca.
37. Przyczep bilecik z życzeniami. Usiądź i podziwiaj kawałek dobrze
wykonanej pracy. Możesz sobie pogratulować.
38. Otwórz drzwi. Idź do kuchni. Przygotuj sobie cos do picia, napełnij
miskę kota.
39. Po 15 minutach daremnego czekania az kot pojawi się sie przy misce wnioski
nasuną sie same.
40. Rozwiąż wstążki, odwiń papier, otwórz pudełko i wyciągnij kota.
Idź do sklepu i kup ozdobna torbę. Włóż do niej prezent.

Tadam!

środa, 23 listopada 2011

Z ukłonami w stronę rodaków, psia ich mać!

W domu zapachniało świętami. Kapusta podskakuje w garnku, w miskach piętrzą się grzyby i stosy skrojonej cebuli. Robię farsze na pierogi z kapustą i grzybami oraz legnickie. Jutro zaczynam lepić na sprzedaż. Oferta jednego ze sklepów z międzynarodową żywnością może nie jest kokosowa, ale na początek dobra.

Wraz z szefem mamy plany na rozszerzenie asortymentu. Facet jest łebski, trzeba mu to przyznać z ukłonem. Moja świętej pamięci babcia Stefka, która była najlepszą biznesłoman w historii obu naszych rodów mawiała, że z Ruskimi biznes jest pewny. Wystarczy rzetelnie robić swoje, i na czas i nie kręcić.

Szwagier dostał nową pracę po traumatycznym harowaniu dla Polaka na budowie za przysłowiowe grosze. Obraziliśmy się na rodaków i ciągle oczy ze zdumienia przecieramy, że to jednak jest prawda, iż u nasz swój swojemu szybciej zaszkodzi, niż pomoże.

Moja przyjaciółka ostatnio po trzech miesiącach nieustannej walki, nieprzespanych nocach, siedzeniu na telefonie odzyskała od Polaka – księgowego zwrot jej i jej partnera podatku za ostatnie trzy lata. Walka toczyła się o niebagatelną sumę. Facet robił wszystko, by nie oddać pieniędzy. I chuj, że w umowie jak byk stało, iz facet pobiera prowizję, jak każdy usługodawca, a resztę sumiennie przelewa właścicielowi. Nie, on chciał mieć wszystko. Krzysztof Borsuk się nazywa i działa na terenie Holandii, Niemiec oraz Polski. Przestrzegam szanownych czytelników przed gnojem.

Gdy przyjaciółka słała pisma ponaglające, wykonywała masę telefonów tygodniowo, jej facet stawiał na nogi wszystkie biura Borsuka, on spokojnie odpisywał, że teraz mają poczynić następujące kroki:

Przesłać skanem potwierdzone przez bank numery kont, że owe w rzeczy samej do nich należą (sic!). Ja pierdolę.
Przesłać skanem kopie dowodów osobistych potwierdzonych notarialnie. Ja pierdolę.
I szereg innych zdarzeń, których już nie zapamiętam.

Po przelaniu morza adrenaliny, wysłaniu pod adresem Borsuka wszelakich „chujów”, w tym syberyjskich z bakami, ale z klasą, okazało się, że Borsuk przelawszy im kasę (może w popłochu) nie odliczył jednej ze stów sobie należnej.

Ja mu tę stówę oddam – facet przyjaciółki zaćwierkał mi do słuchawki – ale wiesz...
Wiem – odpowiedziałam – najpierw skan dowodu potwierdzony przez urząd miasta lub notariusza...
Tak!
I bardzo słusznie.

Boże uchroń mnie od Polaków - pracodawców, pomocników na obczyźnie, bo z wszelaką swołoczą poradzę sobie sam!

Ament.

czwartek, 17 listopada 2011

Miśka zwiewa od pierdla

W miniony poniedziałek Miśka wyszła ze szkoły ze zwieszonym nosem.
- Mamusiu, tylko mi nie przerywaj. - podniosła rękę. - Ja bym nie chciała iść jutro do szkoły, bo wiesz... - znów podniosła rękę widząc, jak wywracam oczami. - No bo ta pani, co do niej chodzimy się uczyć śpiewać piosenki, to wiesz, ja i Eli się śmiałyśmy..., bo nas Faith i taki chłopak rozśmieszali i ona, ta pani, dała nam karę i powiedziała, że jutro pójdziemy do takiej innej pani (łomatko!), która będzie na nas krzyczeć. - Ja się boję i nie chce iść wcale jutro do szkoły. - przy ostatnim zdaniu teatralnie zadrżał jej głos i nawet łzy napłynęły do oczu.
We mnie natychmiast odezwał się głos, że jak to jutro? Kara powinna być natychmiast, później można już tylko wytłumaczyć, co dzieciak zrobił źle.

- Pójdziesz jutro do szkoły, kochanie. Nikt na pewno nie będzie na ciebie krzyczał i potem opowiesz mi wszystko, dobrze? - zdaje sobie też sprawę z tego, że dzieciarnia kłamie, by uniknąć bury.
O głosie powiedziałam szwagrowi.

- E tam, różne są sytuacje w życiu. - uciął. - Jak jesteś w supermarkecie, a dzieciak kładzie ci się na podłodze i wali nogami o nią, to stawiasz go tam do kąta?
- Nie, jestem spocona z wściekłości i myślę sobie, czekaj, tylko stąd wyjdziemy.
- No widzisz, i co później robisz?
- W domu mija wściekłość, więc tłumaczę.
- Nie zadajesz kary?
- A wiesz, że nie.
- Błąd!

W dorosłym życiu też nie jesteśmy karani przez sądy natychmiast. Musimy odcierpieć swoje, czekając najpierw na rozprawę sądową, potem na wyrok. Zostajemy pomiędzy z duszą na ramieniu i mamy mnóstwo czasu na to, by przemyśleć, jak mocno zawiniliśmy.

Pamiętam, gdy byłam dzieckiem i znajdowałam się z rodzicami gdzieś między ludźmi, a moje zachowanie pozostawiało wiele do życzenia, matka mówiła mi :Czekaj, porozmawiamy sobie w domu, ale ta rozmowa nie będzie miła. I chuj, już miałam po zabawie oraz byłam do rany przyłóż. Nienawidziłam tego, gdy tak do mnie mówiła. Przede wszystkim dlatego, że później, podczas tych niemiłych rozmów nie była obiektywna, świadkowie zdarzenia rozeszli się do domów, a wraz z nimi moje argumenty i ich wiarygodność.

Tylko, kurwa, w dorosłym życiu mamy prawo do adwokata, który za nas pomyśli o tym i owym podczas linii obrony.

To tak w połowie zgadzam się ze szwagrem. Powinnam jednak zastosować karę, ale też nie zgadzam się na gnębienie psychiczne dzieciaka, że jutro, pojutrze.

Miśka musiała odbyć swoją karę – stanie na baczność przy pani podczas przerwy przez PIĘĆ minut. Krzyków nie było. Jednakże kara została jej przedłużona, gdyż nie stawiła się w pierdlu przed, lecz po obiedzie. Przedłużona ją też o następne dwa tygodnie... Trochę długo, ale jak mus, to mus.

Przeżywa to każdego dnia, jak mrówka okupację i codziennie nie chciałaby pójść do szkoły!

Dziś, jak co dzień zapytałam ją, jak było w pierdlu.

- Schowałam się pod ławką i pani mnie nie widziała.- powiedziała niepewnie.
- Czyli całe pół godziny przeleżałaś pod ławką, gdy inne dzieci ganiały po boisku?
- Tak, i jutro też tak będę leżeć, aż pani o mnie zapomni.

Muszę przyznać, że trzymam kciuki za panią, by nie zapomniała. Tłumaczę dziecku, a ona swoje!
Podobno obciach to jest okropny, tak stać. Ale na rany, niech jej żadna amnestia nie obejmie!

- Problemy trzeba rozwiązywać, nie da się od nich uciec. - pogłaskałam skuloną nieco osóbkę.
- To pójdę jutro do tej baby, khem, pani przed obiadem...

Nie pójdzie. Cóż, poczekajmy na rozwój wypadków.

sobota, 12 listopada 2011

Sok, soku, kocham pogania

Poza tym, że oczytałam się byłam na temat istotnych walorów wszelakich przypraw i ich działania na organizm, zaczęłam codziennie produkować sok z buraka, marchwi i selera naciowego. Dla zdrowotności. Mi smakuje. Burak – słodki, marchew – słodka, seler – nuci, dodaje charakteru i nie dominuje w całej tej kompozycji. Sok ma lekko papierowy posmak, ale nie przeszkadza mi to wcale.

Szwagier najpierw popukał się w czoło, że chyba mnie pogrzało i on nie będzie tego pił. Na argument, że to samo zdrówko, przechylił szklankę i wlał w siebie jedną czwartą jej zawartości, otrząsnął się jakby wypił tysiąc procentowy spiryt i odstawiwszy szklankę kategorycznie oznajmił, żebym się z tym bujała.

Cóż, dobre chęci miałam, a tymczasem więcej będzie dla mnie i dziecka.

Miśka również nie była zachwycona, ale do niej przynajmniej docierają argumenty, że mama chce, by była zdrowa. No i mama też pije. To dajemy se razem po dwie sety rano. Na zdrowie.

Za te moje starania dostałam list od dziecka. Takich listów dostaję wiele, ale ten był wyjątkowy, bo za coś, a nie tylko za to, że żyję i ją kocham.

„I love you so much mumy you are the sweetest girl in the howl (whole) world.” Moja iskierka.

A, Miśka jest wyeksponowana w klasowym oknie jako „star speller”.

To jeszcze nic. Sama zaczęła czytać po polsku „Dzieci z Bullerbyn”. Przychodzi pytać o wymowę „dź”, „drz”, „dż”, „ści..”, ale czyta zawzięcie. Nawiasem, drażni mnie wymowa dżwi, kiedy ma być drzwi. Drzem, kiedy jest dżem. Ja sama kiedyś z drzwi robiłam dźwi, hehe.

Za to koty – kastraty czują się dobrze. Olly mocniej zintegrował się z rodziną, a Duda dla odmiany ostatnio nieco z niej wyalienowany. Ale za Dudą – dziadą nie trafi nikt. Naprawdę.

niedziela, 6 listopada 2011

Mienso, dynia, czekolada...

Jestem po obfitej kolacji i muszę się Wam nią pochwalić. Daruję sobie zdjęcia, bo tu znajdziecie wszystko.

Uwielbiam wszelkie gulasze, gdyż kocham MIENSO nie mniej niż moje kocury. A najbardziej to odpowiednio okraszone, w odróżnieniu od kocurów. Gdy przyrządzam gulasz wieprzowy, lubię wyjmować z garnka kawałki mięsa na wpół uduszone, takie twarde, gumowe i żuć je sobie i żuć.

Dziś zaserwowałam propozycję Pistachio-lo, „Gulasz wołowy z dynią i... odrobiną czekolady”. Boska kompozycja smaków. Jesienna poezja w gębie. No i ta kobieta potrafi sprzedać każdy przepis, u niej oko już je.

Coraz odważniej eksperymentuję z różnymi przyprawami, których jeszcze niedawno nawet nie znałam. Moje potrawy nabierają smakowych barw i wydaje mi się, że właśnie tych, których szukałam. Coraz rzadziej zdarza mi się kilkanaście razy próbować zupę i zachodzić w głowę, że czegoś tu, do diaska, brakuje.

Póki dynia jest w sprzedaży, polecam przepis na wspomniany gulasz. Nie pożałujecie.

piątek, 4 listopada 2011

Koty poszły pod nóż...

Stało się. Koty już u weta i około 14.00 zadzwonią do mnie, bym po nie przyjechała. Od szóstej oba dyndały nad miskami czekając na śniadanie, a tu nic. Aż głupio było jeść, jak tak patrzyły nam prosto w oczy.

Dzisiejszej nocy nie zamykałam klapki w nadziei, że do rana się wypróżnią, gdyż nad ranem musiałam odciąć im wszelką drogę ucieczki.

Dudek, po wyjęciu go z kontenera jął latać po doktorowym stole i biurku, hihihi, a Olly zaparł się i wcale nie chciał być wyjmowany. Następnie wczepił się we mnie pazurami i ani myślał puścić. Był przerażony, ale spokojny, zaś Dudek bardzo płakał w szpitalnej klatce.

Dziwnie mi się zrobiło, gdy wetka informowała mnie o ryzyku, jakie może nieść za sobą ogólne znieczulenie. Wiem, że to tylko procedura i że wszystko będzie dobrze, ale ciągle mam jej słowa w głowie. Powiedziała również, że nie będą zaszywać im worków, gdyż same szybko się zrosną.

Nie ryczałam. No dobra, trochę dławiło mnie w gardle.

To tyle na razie. Potem dopiszę co i jak. Trzymajcie kciuki.

Update o 17.20

Kiedy koty zostały wniesione do gabinetu, Dudek mocno walił łapą w drzwiczki kontenera i ogólnie się do nich łasił, by go pogłaskać. Olly natomiast odwrócił się plecami i wcale nie chciał z nami gadać, a czułe słowa pod ich adresem padały przez całą drogę do domu. Tu Dudek wyskoczył i jął upominać się o pieszczoty oraz żarcie. Olly ciągle nie chce się dawać głaskać, ma focha. Za to skacze po chacie, jak pchła po wykładzinie, pewnie głupi jaś ma jeszcze moc.

Przez 48 godzin mają areszt i kuwetę w kuchni, w której Dudek na razie się tarza, a Olly najpierw rzucił wyciągiem ze swojego konta, a potem trzy razy rozpieprzył granule po całej kuchni.

Znaczy koty w porządku. Co prawda bardziej spodziewałam się focha po Dudku, ale temu małemu smrodowi przejdzie szybciej, niż miałoby przejść Dudkowi, gdyby się obraził. Pod ogonami wiele się nie zmieniło, wygolili jajca, są maleńkie nacięcia i tyle... Dzięki za trzymanie kciuków:)

środa, 2 listopada 2011