czwartek, 27 października 2011

Ojoj

Pisałam w ostatniej notce o sobowtórze Ollego, na którego nawet Daisy spojrzała lekko zdezorientowana, gdy przechadzał się po ogrodzie. To są takie śmieszne chwile w życiu, kiedy nawet przez kilkanaście sekund człowiek wybałusza gały i nie wie, o co kaman.

Kiedy Olly był jeszcze ślepy, przyszedł do nas stary Andrzej, by zobaczyć tego kotka ze śmietnika. Jaki on jest mały, bo dzielnia gada, że złe ludzie wyrzucili i athina teraz jest matką.

-Przecież to strach do ręki wziąć. - jojczał nad kojcem.

Po kilku tygodniach, wracając z gościnnych występów gdzieś na dzielni, znów wdepnął bez zapowiedzi. Na chwilkę, na fajkę. Nie lubię takich odwiedzin, ale dla Andrzeja robię wyjątek, bo z dzielni do domu ma jakieś 4 mile. Olly w tym czasie już samodzielnie wędrował po chacie, toteż w czasie wizyty pewnie spał w moim pokoju.

Wyszliśmy do ogrodu na wspomnianą fajkę, bo Andrzej kawy nie chciał, a piwa nie miałam. Gadka - szmatka, te sprawy, a tu nagle Rudy kocim krokiem przez ogród. Andrzej popatrzył na niego, zaciągnął się dymem, zakaszlał i z kołami od roweru wkomponowanymi w oczy zapytał:

- Jezusie, to ja tyle piłem, że on już taki duży?!

Dżizusie...:))))

7 komentarzy:

  1. To mój zamek , a przed nim gromadka dzieci , proszących mnie o autograf :)

    At.

    OdpowiedzUsuń
  2. Beata, prosisz mnie o interpretacje?

    At, gdzie kupilas te torebke, kolezanko?:)P

    OdpowiedzUsuń
  3. Noooooooooo , to najmłodsza wnuczka na rowerku... :)

    Ath.

    OdpowiedzUsuń
  4. haaaaaahaaahaaaa:)))))

    co do poprzedniej notki:nasz zdrowo przeterminowany kastrat, co to ledwie chodzi, nadal spuszcza łomot nieproszonym gościom!

    OdpowiedzUsuń
  5. O Qus.... to czas w butelkach sie moze liczyc ??? :D :D

    OdpowiedzUsuń