wtorek, 18 października 2011

Bliskie - dalekie relacje rodzinne

Poruszyliśmy dzisiaj w szkole fajny temat, a mianowicie co nam dała emigracja i jak się z nią czujemy. Za czym/kim tęsknimy i jakie mamy plany na przyszłość.

Przypomniałam sobie o pracy, którą napisałam w 2008 roku na temat związków na odległość i którą skopiowałam na nośniku USB. Kto ma czas i ochotę niech przeczyta. Mnie generalnie najbardziej boli kwestia Eurosierot...


O związkach na odległość nie sposób mówić obojętnie. To temat, który wzbudza emocje, bo i z emocjami jest ściśle związany. Budowanie relacji partnerskiej z osobą, która jest od nas daleko stoi w opozycji do naturalnej potrzeby przebywania z bliskim nam człowiekiem. Poza tym budowanie zażyłości będącej podstawą związku dwojga ludzi wymaga nie tylko jedności czasu, ale również przestrzeni. Innymi słowy, aby móc się połączyć w przysłowiową jedność dusz, trzeba ze sobą przebywać.

Mimo ogromnych możliwości komunikowania się, jakie daje nam współczesna technika (Internet, telefonia komórkowa), to według obliczeń uczonych z Uniwersytetu Jagiellońskiego, co trzecie małżeństwo „na odległość” nie wytrzymuje próby czasu i rozpada się. Psychologowie są zdania, że nawet te najbardziej udane związki rozłąka wystawia na poważną próbę. Samotne życie i dokuczliwa tęsknota za bliską osobą nie sprzyjają budowaniu małżeńskiej więzi.
Znane są jednak przykłady osób, które doskonale radzą sobie w związkach, gdy ich partnerzy, na co dzień przebywają bardzo daleko, czasem na końcu świata. Jest to ściśle określona grupa ludzi, a cechy ich osobowości mają znaczący wpływ na pojęcie modelu wspólnego życia na odległość.
Silni indywidualiści
Wśród osób, które dobrze radzą sobie, a czasem nawet preferują związek na odległość w pierwszym rzędzie stoją silni indywidualiści, tj. osoby, dla których priorytetem jest ich własna przestrzeń życiowa, ich własny, immanentny świat, ich cele oraz dążenia. Związek dwojga ludzi zawsze jest mniej lub większym kompromisem. Osoby o silnie rozwiniętym poczuciu indywidualności i autonomii mogą mieć problem z rezygnacją z części swojego świata, w tym z przyzwyczajeń. Związek na odległość jest dla takich osób swego rodzaju półśrodkiem, metodą, którą można by nazwać „jestem z kimś, a jednocześnie sam”. Jeśli dwoje ludzi świadomie wybiera tę formę związku, reprezentuje zdefiniowany ostatnio dopiero przez socjologów model LAT: (Living Apart Together), czyli być razem, ale osobno, nie należy im wróżyć rychłej wspólnej przyszłości pod jednym dachem. Model takiego związku nie jest istotą związku sensu stricte, trudno utworzyć ścisłą relację, kiedy już na początku np. małżeństwa świadomie kupuje się dwa mieszkania.
Zdobywcy wrażeń
Dla osób niezwykle ruchliwych, nie znoszących monotonii taki układ to także swojego rodzaju opozycja dla związku opartego na zakorzenieniu się w jednym miejscu, rutynowych, codziennych czynnościach i powtarzalności. Czyli tym wszystkim, czego bardzo się boją – stabilizacją. To osoby, które wręcz nie cierpią stagnacji i jakakolwiek zmiana jest podstawą ich życia, zmiana miejsca, trybu dnia, godzin pracy. Takie osoby, to idealny materiał na partnera do stworzenia związku na odległość lub inaczej ujmując osoby, które z takim modelem związku swobodnie sobie radzą.
Zranieni
Inna kategoria osób, które chętnie wchodzą w związki na odległość, to osoby, które mają na swoim koncie traumatyczne przeżycia związane z relacjami międzyludzkimi. Zdrada w związku, czy przemoc zarówno fizyczna, jak i psychiczna potrafią uczynić nieodwracalne szkody w psychice. Tworzą ranę, a później bliznę, która pozostaje czasem na całe życie. Do tej grupy należą także osoby nie znoszące zbytniej bliskości. Dla tych osób wejście w zdrowy, partnerski związek jest często niezwykle bardzo trudne, jeśli nie niemożliwe. Bywa jednak, że czas leczy rany i budzi się potrzeba bycia z drugim człowiekiem, bliskości, a samotność staje się nie do wytrzymania. W tym przypadku związek na odległość jest środkiem doraźnym, swego rodzaju metodą, próbą i zabezpieczeniem.

Dzięki takiemu układowi osoby zranione w innych związkach uzyskują potrzebny im dystans psychiczny i bez poczucia winy budują swój wspólny świat.
Znajomość internetowa
Ta grupa, to osoby, które już zapoznając się żyją znacznie od siebie oddaleni. W tym wypadku z całą stanowczością nie należy wspomnieć o jakimkolwiek pokrewieństwie dusz zbudowanym pod jednym dachem chociaż przez chwilę. I do tej grupy można dołączyć każdy ze wspomnianych wcześniej typu osób.
Emigracja zarobkowa
We współczesnych polskich warunkach nie sposób nie wspomnieć o tej grupie ludzi, która decyduje się na związek na odległość z konieczności.
Najczęstszym powodem, dla którego Polacy decydują się na rozłąkę z bliskimi jest zapewnienie rodzinie zasobności materialnej. Poza dalekosiężnymi planami związanymi np. z budową domu, kupnem mieszkania, emigracja najczęściej ma na celu zapewnienie rodzinie podstawowych dóbr, jakie nie zawsze może zapewnić praca w kraju. Dotyczy to w większości osób wykwalifikowanych w branży budowlanej, ale także tych z wyższym wykształceniem, głownie lekarzy, inżynierów. Okazuje się także, że praca w fabryce np. angielskiej przynosi zdecydowanie wyższe dochody niż w ojczyźnie. Rok po wstąpieniu naszego kraju do Unii Europejskiej statystyki pokazały zastraszające dane… Półtora miliona Polaków wyjechało za granicę. Jest to największa jak dotąd w historii Polski migracja zarobkowa.
Pozostawiła ona po sobie trwałe skutki społeczne w postaci rozdzielonych małżeństw, opuszczonych dzieci, związków na odległość. Oczywiście migracja z przyczyn ekonomicznych dotyczy również osób często zmieniających pracę
na terenie kraju. Dla tych osób związek na odległość nie jest wyborem, lecz trudną sztuką przetrwania, której z konieczności musieli się nauczyć.

Kobiety mają większe trudności z pokonaniem tęsknoty niż mężczyźni. Choć jest dla nich tak bolesna, zwykle potrafią się do niej przystosować. Mężczyźni na ogół nie odczuwają tak dotkliwie życia w rozłące i częściej niż kobiety nawiązują nowe znajomości, także częściej zdarza im się zdradzić. Pomimo tego, co twierdzą, gorzej znoszą brak bliskości, seksu, zwykłej obecności drugiej osoby, rozmowy z nią, wspólnych chwil. Poszukują namiastki ukochanej partnerki i stąd biorą się zdrady.
Paradoksalnie najlepiej z problemem życia na odległość radzą sobie ludzie młodzi, o krótkim stażu w związku. W ich przypadku zauroczenie związkiem jest jeszcze tak silne, że dążą jedynie do tego, by znowu być razem. Kurczowo trzymają się terminów kontraktów pracowniczych, nie ulegają urokowi przygodnych związków, a syndrom osoby zauroczonej inną kulturą występuje u nich najrzadziej. Statystycznie bardzo wierni swoim partnerom są także ludzie dojrzali, których związki mają na koncie kilkadziesiąt wiosen. Ta grupa wyjeżdżając ma również wytyczony cel i jest praktycznie wcale nie podatna na walory „innego świata”. Najuboższe w pozytywne wyniki są statystyki kreślące dane o młodych małżeństwach.

Jeżeli małżeństwo na odległość ma przetrwać, musi być albo bardzo silne, albo wręcz odwrotnie – pozwalać sobie na „skoki w bok” i mieć świadomość, że partner czy partnerka ma czasem kogoś na boku. Obydwa warianty wymagają jednak cech charakteru, których nie ma każdy. Trzeba być silnym, wytrwałym, pewnym siebie i partnera. Szczególnie trudno o to kobietom, które, bardziej niż mężczyźni, potrzebują codziennej troski, opieki
i poczucia bezpieczeństwa.

W pierwszej fazie rozłąki zazwyczaj wszystko jest w porządku. Partnerzy dzwonią do siebie niemal codziennie, piszą czułe sms-y, układają tysiące planów na czas po powrocie. Jednak z upływem kolejnych miesięcy intensywność tych kontaktów zaczyna stopniowo słabnąć. Często są one podtrzymywane bardziej z poczucia obowiązku niż potrzeby serca.
Psychologowie twierdzą, że to zrozumiałe. Ich zdaniem osoba, która wyjechała,
z czasem zaczyna kreować nowe zwyczaje, uniezależniać się, nawiązywać za granicą przyjaźnie, znajomości, więc siłą rzeczy maleje jej zainteresowanie rodziną pozostawioną w kraju. A w małżonku, który został w domu, coraz bardziej narasta frustracja i poczucie krzywdy. Obowiązków domowych jest przecież coraz więcej, możliwości konsultowania z „drugą połówką” codziennych spraw – coraz mniej. Powoduje to nadwątlenie więzi małżeńskich i rodzinnych. Spotkania po wielomiesięcznej nieobecności przyjmują charakter „świątecznego spotkania”, a przyjeżdżający często czuje się wyalienowany z życia rodziny.

Eurosieroty
Negatywne skutki emigracji zarobkowej najdotkliwiej godzą w dzieci. W każdym przypadku, gdy jeden z rodziców opuszcza rodzinę, one czują się porzucone. Nie rozumieją dążenia dorosłych do poprawy sytuacji materialnej rodziny. Bez względu na to, który
z rodziców wyjedzie, matka – opiekunka, czy ojciec – autorytet, dziecko interpretuje to jednoznacznie jako stratę kogoś ukochanego. Burzy się jego dotychczasowy świat i często zamyka się w sobie. Pośredni wpływ na taki stan rzeczy ma rodzic pozostający w domu . Początkowa euforia spowodowana wizjami realizacji planów na przyszłość, np. spłata dużego kredytu, budowa domu czy remont mieszkania sprzyja kontaktom z dzieckiem. Rodzic chętnie tłumaczy dlaczego tak się stało i jakie to będzie dobre dla rodziny, oraz jakie to będzie dobre dla niego samego, bo rodziców będzie stać na kupienie mu tego, o czym wcześniej tylko marzył. Niestety, ta euforia u dzieci mija na długo wcześniej, niż u dorosłych. One znacznie szybciej odczuwają brak jednego z rodziców, niż partner. A atmosfery związanej
z tęsknotą, podejrzeniami co do lojalności małżonka pozostającego za granicą nie da się ukryć przed dzieckiem. Rodzic, zajęty własnymi niepokojami i ogromem obowiązków domowych przestaje kontrolować stan emocjonalny potomka, to zaś odbija się na nim
w dwójnasób. Zaczyna gorzej się uczyć, wpada w konflikty z rówieśnikami, nie słucha starszych, bo czuje, że na jego problemy nie ma już miejsca.
Statystyki mówią, że w przypadku, kiedy ojciec wyjeżdża, a matka zostaje w domu, u dzieci rzadziej pojawiają się symptomy psychosomatyczne. Najgorszą z sytuacji jest ta, kiedy wyjeżdżają oboje rodzice, zostawiając potomstwo pod opieką dziadków lub starszego rodzeństwa.
Rodzice Mateusza i Marcina wyjechali w 2001 roku do Wielkiej Brytanii, pozostawiając synów pod opieką dziadków. Powodem wyjazdu była chęć podreperowania domowego budżetu. Początkowo rodzice starali się jakoś rekompensować synom rozłąkę. Dzwonili, pisali listy i wysyłali paczki. Jednak z czasem prezenty zaczęły pojawiać się coraz rzadziej, a i rozmowy telefoniczne straciły dawną emocjonalność. Okazało się, że rodzice nie są już razem. Znaleźli sobie nowych partnerów i ani myślą o powrocie do kraju. Dziadkowie, widząc ich nieodpowiedzialność, podjęli się wychowywania chłopców. W chwili obecnej bracia są w okresie dorastania. Buntują się przeciwko otaczającej rzeczywistości, stali się opryskliwi i wulgarni. Obaj nie mogą wybaczyć rodzicom zawodu, jaki im sprawili.
Opisany przypadek nie jest wyjątkowy. Wyjeżdżający młodzi ludzie, którzy praktycznie jeszcze niczego szczególnego nie dorobili się w swoim życiu, zderzają się w jednej chwili
z tak zwanym dobrobytem zachodu.

Zarobki jednego z nich nagle stają się parokrotnie wyższe niż w kraju i pozwalają na zakup dobrych kosmetyków, odzieży, kolacje w restauracji.
Niebagatelne znaczenie ma także nowe środowisko; kultura, obyczaje, które imponują, bo są z wielkiego świata. I nie istotne jest, czy to wszystko jest pozytywne. Jest inne, owiane dobrobytem.
Pogoń za pieniądzem, chęć brania czynnego udziału w takim życiu
zabiera czas na refleksje o tęsknocie za domem, dziećmi, bo one zaczynają mieć podrzędne znaczenie, lub nie ma ich już wcale.
Przecież dzieciom niczego nie brakuje, mają dziadków, mają na zabawki, są lepiej ubrane, nie chodzą głodne. Łożenie na dzieci pozostawione w kraju zaczyna być bardzo wygodne. Rodzice przestają brać udział w życiu emocjonalnym dziecka, a podczas rozmów telefonicznych z nim dowiadują się tylko, że tęskni i kiedy przyjadą. Zdawkowe – na święta – i – kochamy strasznie – nie satysfakcjonuje pociechę.. Do tego jeszcze babcia tak długo rozmawia z mamą o sprawach zupełnie nieistotnych dla dziecka. Ono pragnie bliskości rodzica, dotyku. Najlepszym przykładem na to są sytuacje, kiedy maluch upadnie i rozbije kolano. Choćby stała koło niego ukochana babcia, wesoły dziadek, mądry tato, dziecko biegnie w ramiona matki.
To smutne, że rodzice zapominają o tym wszystkim decydując się na wspólną emigrację bez swojej pociechy. A wiadomym jest, że we wszystkich krajach Unii Europejskiej instytucja żłobka, przedszkola lub szkoły istnieje.
Natalia, samotnie wychowująca dwuletnią córkę zdecydowała się na wyjazd do Francji. Zaprosiła ją przyjaciółka, która obiecała pomoc przy dziecku, bo sama ma rocznego synka. Dziadkowie gorąco namawiali Natalię, by zostawiła córkę pod ich opieką do czasu, aż się urządzi. Odmówiła. Mimo, iż jej córka była w takim wieku, że rozstanie z matką na kilkanaście tygodni nie odbiłoby się na dziecku traumatycznie. Jednak więź emocjonalna oraz odpowiedzialność za los potomka nie pozwoliły matce na taki krok.
Według psychologa społecznego Henryka Pietrzaka, podobne zjawisko – zwane „sieroctwem dewizowym” występowało w latach 70. i 80., gdy masowo wyjeżdżano, głównie za ocean do pracy. Obecnie zjawisko nasila się, a pozostawione przez rodziców dzieci nazywane są „Eurosierotami”. I fakt, że zmieniły się warunki ekonomiczne, troska o byt materialny, tempo życia oraz zmieniający się model rodziny z patriarchalnej, gdzie dominował mężczyzna, w stronę kobiety, wykształconej, też pracującej zawodowo powodują, że rodzice w Polsce coraz mniej mają czasu na wypełnianie funkcji wychowawczych w stosunku do swoich dzieci. Jednak zjawisko „Eurosierot” jest alarmujące i sprzeczne z wszelkimi kanonami rodzinnymi.

Psychologowie i socjologowie informują, że związki na odległość przynoszą znacznie więcej strat niż korzyści. W czasach, kiedy dostatek materialny ma tak ogromne znaczenie w życiu nawet przeciętnej polskiej rodziny, zapomniano o jej podstawowych wartościach. Tymi wartościami jest obecność matki i ojca w życiu dzieci. Codzienne, wspólne zmaganie się z przeciwnościami losu w pełnej rodzinie daje potomkom większą możliwość interpretacji świata oraz bogatsze przygotowanie do dorosłego życia, niż w rodzinach, gdzie od tego problemu nieświadomie ucieka się poprzez pracę na zachodzie.
Negatywnym i zarazem smutnym, biorąc pod uwagę statystyki skutkiem emigracji zarobkowej jest rozpadanie się małżeństw. Odległość między małżonkami nie sprzyja załagodzeniu nawet najbłahszego konfliktu partnerskiego. Konflikty te najczęściej powstają od strony partnera pozostającego w domu. Podwojona ilość obowiązków, buntujące się dziecko, tęsknota, brak cielesnego kontaktu często wręcz powodują stany depresji.

Natomiast druga strona, ta, która wyjechała i która zdążyła już zaaklimatyzować się w beztroskim świecie, świecie pracy i jedynie czasu po niej, przestaje rozumieć te, według niej, wieczne narzekania małżonka. Przestaje mieć ochotę na ich słuchanie, bo nowe życie, znajomi, kultura wchłonęły ja do głębi.
Biorąc pod uwagę normalną, zdrową rodzinę, to są anomalia. Ale czy za jakiś czas, kiedy statystyki pokażą, iż anomalnie żyje ponad połowa społeczeństwa, nie stanie się to standardowym modelem polskiej rodziny? Jak z błędami językowymi, że im więcej osób je popełnia, stają się dopuszczalne? Miejmy nadzieję, że nie, bo tutaj chodzi o istnienie ludzkie, o nasze następne pokolenia. I model zdrowej rodziny.

Dziękuję losowi, że taką mnie stworzył, która dzieciaka bierze na dobre i złe ze sobą...;)

14 komentarzy:

  1. Ja tak do końca tego eurosierodztwa nie rozumiem, chociaz z racji zawodu czasami mnie z tego szkolą, wychowana jestem w rodzinie rybaka i marynarza, u nas zawsze ojciec wyjeżdżał na zarobek, pisało sie listy, później dzwoniło, a rejsy trwały po 9-12 miesięcy. I szczerze mówiąc, w środowisku morsko/stoczniowo/portowym wielkiego problemu z tym sierodztwem wyjazdowym nie ma...przyzwyczajeni jestesmy

    ale...powstają już specjalne grupy terapeutyczne zajmujace sie tego rodzaju sierodztwem... moje zdanie jest takie, ze to trochę rozdmuchane jest
    ludzie emigrowali od lat, rozpadały sie związki a teraz ktos na tym pisze książki

    A wy razem to skarb:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Masz rację co do zasady, ale każdy przypadek jest indywidualny. Ja również wybrałam emigrację całą rodziną, bo od zawsze wiedziałam, że życie jest tylko jedno i każdy "stracony" dzień jest niedoodrobienia. A dziecka nigdy bym nie zostawiła, bo nie mogłabym spokojnie spać gdybym na własne oczy nie widziała, że mu się krzywda nie dzieje.

    OdpowiedzUsuń
  3. na razie z moich obserwacji rodzin, kiedy jedno "tu" a druge "tam" jest 100% rozwodów, widocznie obserwuję jednostki, ktore mają do tego predyspozycje.

    Beato - nie rozumiesz eurosieroctwa?
    fakt, dawniej ludzie też emigrowali, ale czy na taka skalę? czy tyle ludzi zostawiało dzieci? chyba jednak nie.

    Athina, mogę komentować tylko jako anonim :(
    bere

    OdpowiedzUsuń
  4. A dzieci marynarzy naprawde nie borykaja sie z podobnymi problemami?

    OdpowiedzUsuń
  5. Athino, no własnie, dopiero teraz mówi sie o problemach emigracji zarobkowej, jakby roczny rejs nie był problemem dla całej rodziny...
    To nie jest tylko moje zdanie, akurat w moim środowisku, w 3mieście, niemal kazdy w rodzinie miał marynarza i dziwimy się, że teraz zajmują sie tym naukowcy, mało tego, w szkołach musimy te sieroty wyłuskiwać, wpisywać w statystykę.

    OdpowiedzUsuń
  6. Bere, chyba własnie kiedyś, jak się wyjeżdżało to było gorzej, bo nie wypuszczali z całą rodziną, bo trudniej było nawiązać kontakt a teraz telefon, skype, a i odległości jakby mniejsze:) Świat nam się skurczył to i pracować możemy ciut dalej a komunikacja jest taka, że łatwiej się przemieszczać.
    Moi znajomi odkąd pamiętam zimę spędzali w Grecji lato w Polsce, a teraz latają częściej między oboma krajami bo i taniej i szybciej i częściej loty.

    OdpowiedzUsuń
  7. Athino, urocze zdjęcie u góry:)

    OdpowiedzUsuń
  8. Mam bardzo emocjonalne dziecko i jakikolwiek mój wyjazd, czy wyjście wieczorem jest przeżyciem - proporcjonalnym do długości rozstania. Gdybym musiała wyjechać też zrobiłabym wszystko, by zrobić to razem, całą rodziną.

    Niestety, znam osobiście pięć małżeństw, które nie przetrwały nawet roku w takiej rozłące.

    Zdjęcie na górze słodkie, a ja jestem oczarowana meblem. Uwielbiam taki styl.

    małgośka

    OdpowiedzUsuń
  9. Nie wiem do którego typu zaliczam się ja i Osobisty. Chyba do żadnego wymienionego.
    Długie lata żyliśmy jak marynarskie małżeństwo. On wiecznie za granicą ja w Polsce z dzieckiem. Kontrakty były i długie i krótkie. Wyjeżdżał za ocean, dzieliło nas 7 godzin różnicy czasowej o Skypie wtedy mogłam marzyć a Internet był z numeru 202122 i kosztował mnie majątek. W późniejszych latach o kontakt było łatwiej bo i świat technicznie poszedł do przodu.
    Nie rozwiedliśmy się, dziecko wygląda na szczęśliwe. Jesteśmy w dalszym ciągu razem.

    Dodam jeszcze tylko, że ja nie mam wzorca rodziny marynarza/rybaka. Mieszkałam na drugim końcu Polski. On też nie ma takich tradycji, chociaż urodził się tu, gdzie mieszkamy.

    OdpowiedzUsuń
  10. Coz, taki problem istneje przeciez od wielu lat. Pierwsze fale emigracji jednego z rodzicow zaczely sie na przelomie lat 70-80, kiedy wielu Polakow wyjechalo do USA, Niemiec. Nastepnie dzieci marynarzy, tez polsieroty. I nie ma w tym nic zlego, ze naukowcy sie tym interesuja, szkoda, ze kiedys sie nie interesowali. Tylko co to tym dzieciakom da? Jedno jest pewne, ze kiedys wyjezdzalo jedno z rodzicow, a teraz coraz czesciej oboje, zostawiajac pociechy pod opieka dziadkow. To jest dla mnie najpowazniejszy problem tych dzieci.

    OdpowiedzUsuń
  11. Małgośka - mebel jest taki, że postanowiłam mieć podobny, to rattan?

    Athina, dzięki za przepis na zupę, znam go, ale ja chyba mało serca wkładam w tę zupę, nikomu nie smakuje ona tak, jak smakowała mnie w Pireusie :(

    OdpowiedzUsuń
  12. myśmy hmhm,jeszcze w zeszłym wieku żyli podobnie.X-men w Szwecji co pół roku na pól roku i NIE było tel komórkowych,internetu,listy tylko i czasami,czasami telefon stacjonarny jak udało mu się bo Szwed sie zgodził aby dzwonił z jego prywatnego tel a sąsiad mój był w domu...
    I jesteśmy nadal razem.
    Ale my akurat przetrwaliśmy,inni niekoniecznie.

    A emigracja zarobkowa była zawsze.
    W mojej rodzinie - jeszcze przed wojnami światowymi jeździli do Francji do kopalni po pracę.
    I mój dziadek...niekoniecznie miał rodzeństwo z jedneg ojca z tegoż powodu...

    OdpowiedzUsuń
  13. Tuv, a dzieciaki? Jak to przetrwaly? Beata, powiedz mi, jak moga one znosic sierodztwo. Malgoska, opowiedz o jednym dla przykladu.;)

    OdpowiedzUsuń
  14. dzieciak.Bo wtedy był tylko Junior.
    ON nie pamięta co czuł,ja nie pamiętam by jakos to specjalnie przeżywał.Akurat wtedy prowadzilismy dość rozrywkowe życie,pełne rodziny i JEGO przyjaciół z którymi spędzał całe dnie ,na podwórku.
    Kumple to podstawa.
    tata był,potem taty nie było ale tyle sie działo że...
    Dopiero oboje odczulismy to ,po przeprowadzce do mojego miasta,na stare śmieci.
    Już była Młoda,jak X-men wrócił to miała pół roku i nie poznałą go,czemu się nie dziwię wyjąc ze strachu że jakiś gość w łóżku mamy o poranku;>
    Junior bardziej przeżywał przeprowadzkę(inne miasto!!!)nowa szkoła,brak kontaktu ze starymi kumplami niż brak taty...
    A potem miał 8 lat i X-men przestał wyjeżdżać.

    OdpowiedzUsuń