czwartek, 27 października 2011

Ojoj

Pisałam w ostatniej notce o sobowtórze Ollego, na którego nawet Daisy spojrzała lekko zdezorientowana, gdy przechadzał się po ogrodzie. To są takie śmieszne chwile w życiu, kiedy nawet przez kilkanaście sekund człowiek wybałusza gały i nie wie, o co kaman.

Kiedy Olly był jeszcze ślepy, przyszedł do nas stary Andrzej, by zobaczyć tego kotka ze śmietnika. Jaki on jest mały, bo dzielnia gada, że złe ludzie wyrzucili i athina teraz jest matką.

-Przecież to strach do ręki wziąć. - jojczał nad kojcem.

Po kilku tygodniach, wracając z gościnnych występów gdzieś na dzielni, znów wdepnął bez zapowiedzi. Na chwilkę, na fajkę. Nie lubię takich odwiedzin, ale dla Andrzeja robię wyjątek, bo z dzielni do domu ma jakieś 4 mile. Olly w tym czasie już samodzielnie wędrował po chacie, toteż w czasie wizyty pewnie spał w moim pokoju.

Wyszliśmy do ogrodu na wspomnianą fajkę, bo Andrzej kawy nie chciał, a piwa nie miałam. Gadka - szmatka, te sprawy, a tu nagle Rudy kocim krokiem przez ogród. Andrzej popatrzył na niego, zaciągnął się dymem, zakaszlał i z kołami od roweru wkomponowanymi w oczy zapytał:

- Jezusie, to ja tyle piłem, że on już taki duży?!

Dżizusie...:))))

wtorek, 25 października 2011

Kocury jeich mać!

Dudek w sumie pogonił wszystkie koty, których jeszcze rok temu sporo kręciło się po ogrodzie. Oprócz dwóch. Sobowtóra Ollego, ale jego nigdy specjalnie nie gonił i dużego kudłacza. Kudłacz jest wyjątkowo wredny i zaczepny. Odnoszę wrażenie, że przychodzi tutaj specjalnie, by się pobić z tym moim biednym wojownikiem. Raz nakryłam ich w krzakach – Kudłaty leżał na grzbiecie i darł się wniebogłosy, a Duda nad nim z zębami wbitymi w jego szyję. Przy czym Dudek jest cichym zabijaką, nie wydaje z siebie specyficznych dźwięków typowych dla walczącego kota.

Toteż Kudłaty dostaje regularny wpierdol, a i tak tu przyłazi, bydle. Oczywiście przyłączyłam się do walki z gnojkiem i też go gonię. Nie lubię go i już.
- Ty nie lubisz koteczka? - sarkastycznie zaczepiła mnie siostra.
- Nie lubię, a ty lubisz wszystkie dzieci? - odparowałam, bo rokrocznie urządza „kolonie letnie” w swoim domu dla dzieci znajomych.
- No pewnie! - zaśmiała się.
- Ta, chuj i pizda w nocy gwizda! - fuknęłam.
Wróćmy ale do Kudłatego. Ma u mnie trzy ksywy jak dotąd i dwie kolejne to – gnój, świnia. Używam ich w zależności od jego przewinień.
Poszedł stąd gnoju – gdy bezczelnie podchodzi pod drzwi kuchenne i czeka na Dudka.
Spierdalaj świnio – gdy tak, jak ostatnio, włazi mi do domu, lata po meblach i wali szczocha w rogu kuchni. Przydybałam go, jak się rządził. No, bezczelność jego nie zna granic. A moje koty w tym czasie spały w najlepsze w sypialni. Biedactwa, zaspały, jak im obcy chatę plądrował oraz bezcześcił.

Abstrahując. Siostra ma takiego psa, Olafa, który permanentnie szczeka, a na dzielni nazywają go bin laden. Liść z drzewa spada, a ten już drze japę. Tymczasem jak w nocy jacyś wynosili z ogrodu krzesła i stół, to mu się kimnęło było.

To tak, jak z Dudkiem, co dzielnie na straży stoi, a jak go potrzeba, to śpi.
W każdym razie szwagier po incydencie ze szczochem natychmiast naprawił klapkę, którą wyłamał Dudek, bo chciałam go zatrzymać w domu, by podać mu tabletkę za pół godziny. Co wieczór wyprowadzam tez kocury na „spacer”, by załatwiły potrzeby, bo potem klapka jest zamykana i zastawiana śmietnikiem.

4 listopada nadejdzie wiekopomna chwiła – koty stracą jajca. Czy to znaczy, że sama zostanę na straży, by walczyć z Kudłatym? Jak to w ogóle będzie i co się zmieni? Może Kudłaty wtedy właśnie przestanie tu przyłazić, bo zniknie koci testosteron...

Nie boję się tego, już nie, ale jestem bardzo ciekawa, jak moje kocury to przejdą. Daisy, mądra kobieta, wywalczyła termin na piątek. Potem, wiadomo, jest weekend i będę mogła patrzeć na nie w sumie non stop.

Co to będzie, co to będzie! Przeżywam, mówię Wam. Moje syny....

wtorek, 18 października 2011

Bliskie - dalekie relacje rodzinne

Poruszyliśmy dzisiaj w szkole fajny temat, a mianowicie co nam dała emigracja i jak się z nią czujemy. Za czym/kim tęsknimy i jakie mamy plany na przyszłość.

Przypomniałam sobie o pracy, którą napisałam w 2008 roku na temat związków na odległość i którą skopiowałam na nośniku USB. Kto ma czas i ochotę niech przeczyta. Mnie generalnie najbardziej boli kwestia Eurosierot...


O związkach na odległość nie sposób mówić obojętnie. To temat, który wzbudza emocje, bo i z emocjami jest ściśle związany. Budowanie relacji partnerskiej z osobą, która jest od nas daleko stoi w opozycji do naturalnej potrzeby przebywania z bliskim nam człowiekiem. Poza tym budowanie zażyłości będącej podstawą związku dwojga ludzi wymaga nie tylko jedności czasu, ale również przestrzeni. Innymi słowy, aby móc się połączyć w przysłowiową jedność dusz, trzeba ze sobą przebywać.

Mimo ogromnych możliwości komunikowania się, jakie daje nam współczesna technika (Internet, telefonia komórkowa), to według obliczeń uczonych z Uniwersytetu Jagiellońskiego, co trzecie małżeństwo „na odległość” nie wytrzymuje próby czasu i rozpada się. Psychologowie są zdania, że nawet te najbardziej udane związki rozłąka wystawia na poważną próbę. Samotne życie i dokuczliwa tęsknota za bliską osobą nie sprzyjają budowaniu małżeńskiej więzi.
Znane są jednak przykłady osób, które doskonale radzą sobie w związkach, gdy ich partnerzy, na co dzień przebywają bardzo daleko, czasem na końcu świata. Jest to ściśle określona grupa ludzi, a cechy ich osobowości mają znaczący wpływ na pojęcie modelu wspólnego życia na odległość.
Silni indywidualiści
Wśród osób, które dobrze radzą sobie, a czasem nawet preferują związek na odległość w pierwszym rzędzie stoją silni indywidualiści, tj. osoby, dla których priorytetem jest ich własna przestrzeń życiowa, ich własny, immanentny świat, ich cele oraz dążenia. Związek dwojga ludzi zawsze jest mniej lub większym kompromisem. Osoby o silnie rozwiniętym poczuciu indywidualności i autonomii mogą mieć problem z rezygnacją z części swojego świata, w tym z przyzwyczajeń. Związek na odległość jest dla takich osób swego rodzaju półśrodkiem, metodą, którą można by nazwać „jestem z kimś, a jednocześnie sam”. Jeśli dwoje ludzi świadomie wybiera tę formę związku, reprezentuje zdefiniowany ostatnio dopiero przez socjologów model LAT: (Living Apart Together), czyli być razem, ale osobno, nie należy im wróżyć rychłej wspólnej przyszłości pod jednym dachem. Model takiego związku nie jest istotą związku sensu stricte, trudno utworzyć ścisłą relację, kiedy już na początku np. małżeństwa świadomie kupuje się dwa mieszkania.
Zdobywcy wrażeń
Dla osób niezwykle ruchliwych, nie znoszących monotonii taki układ to także swojego rodzaju opozycja dla związku opartego na zakorzenieniu się w jednym miejscu, rutynowych, codziennych czynnościach i powtarzalności. Czyli tym wszystkim, czego bardzo się boją – stabilizacją. To osoby, które wręcz nie cierpią stagnacji i jakakolwiek zmiana jest podstawą ich życia, zmiana miejsca, trybu dnia, godzin pracy. Takie osoby, to idealny materiał na partnera do stworzenia związku na odległość lub inaczej ujmując osoby, które z takim modelem związku swobodnie sobie radzą.
Zranieni
Inna kategoria osób, które chętnie wchodzą w związki na odległość, to osoby, które mają na swoim koncie traumatyczne przeżycia związane z relacjami międzyludzkimi. Zdrada w związku, czy przemoc zarówno fizyczna, jak i psychiczna potrafią uczynić nieodwracalne szkody w psychice. Tworzą ranę, a później bliznę, która pozostaje czasem na całe życie. Do tej grupy należą także osoby nie znoszące zbytniej bliskości. Dla tych osób wejście w zdrowy, partnerski związek jest często niezwykle bardzo trudne, jeśli nie niemożliwe. Bywa jednak, że czas leczy rany i budzi się potrzeba bycia z drugim człowiekiem, bliskości, a samotność staje się nie do wytrzymania. W tym przypadku związek na odległość jest środkiem doraźnym, swego rodzaju metodą, próbą i zabezpieczeniem.

Dzięki takiemu układowi osoby zranione w innych związkach uzyskują potrzebny im dystans psychiczny i bez poczucia winy budują swój wspólny świat.
Znajomość internetowa
Ta grupa, to osoby, które już zapoznając się żyją znacznie od siebie oddaleni. W tym wypadku z całą stanowczością nie należy wspomnieć o jakimkolwiek pokrewieństwie dusz zbudowanym pod jednym dachem chociaż przez chwilę. I do tej grupy można dołączyć każdy ze wspomnianych wcześniej typu osób.
Emigracja zarobkowa
We współczesnych polskich warunkach nie sposób nie wspomnieć o tej grupie ludzi, która decyduje się na związek na odległość z konieczności.
Najczęstszym powodem, dla którego Polacy decydują się na rozłąkę z bliskimi jest zapewnienie rodzinie zasobności materialnej. Poza dalekosiężnymi planami związanymi np. z budową domu, kupnem mieszkania, emigracja najczęściej ma na celu zapewnienie rodzinie podstawowych dóbr, jakie nie zawsze może zapewnić praca w kraju. Dotyczy to w większości osób wykwalifikowanych w branży budowlanej, ale także tych z wyższym wykształceniem, głownie lekarzy, inżynierów. Okazuje się także, że praca w fabryce np. angielskiej przynosi zdecydowanie wyższe dochody niż w ojczyźnie. Rok po wstąpieniu naszego kraju do Unii Europejskiej statystyki pokazały zastraszające dane… Półtora miliona Polaków wyjechało za granicę. Jest to największa jak dotąd w historii Polski migracja zarobkowa.
Pozostawiła ona po sobie trwałe skutki społeczne w postaci rozdzielonych małżeństw, opuszczonych dzieci, związków na odległość. Oczywiście migracja z przyczyn ekonomicznych dotyczy również osób często zmieniających pracę
na terenie kraju. Dla tych osób związek na odległość nie jest wyborem, lecz trudną sztuką przetrwania, której z konieczności musieli się nauczyć.

Kobiety mają większe trudności z pokonaniem tęsknoty niż mężczyźni. Choć jest dla nich tak bolesna, zwykle potrafią się do niej przystosować. Mężczyźni na ogół nie odczuwają tak dotkliwie życia w rozłące i częściej niż kobiety nawiązują nowe znajomości, także częściej zdarza im się zdradzić. Pomimo tego, co twierdzą, gorzej znoszą brak bliskości, seksu, zwykłej obecności drugiej osoby, rozmowy z nią, wspólnych chwil. Poszukują namiastki ukochanej partnerki i stąd biorą się zdrady.
Paradoksalnie najlepiej z problemem życia na odległość radzą sobie ludzie młodzi, o krótkim stażu w związku. W ich przypadku zauroczenie związkiem jest jeszcze tak silne, że dążą jedynie do tego, by znowu być razem. Kurczowo trzymają się terminów kontraktów pracowniczych, nie ulegają urokowi przygodnych związków, a syndrom osoby zauroczonej inną kulturą występuje u nich najrzadziej. Statystycznie bardzo wierni swoim partnerom są także ludzie dojrzali, których związki mają na koncie kilkadziesiąt wiosen. Ta grupa wyjeżdżając ma również wytyczony cel i jest praktycznie wcale nie podatna na walory „innego świata”. Najuboższe w pozytywne wyniki są statystyki kreślące dane o młodych małżeństwach.

Jeżeli małżeństwo na odległość ma przetrwać, musi być albo bardzo silne, albo wręcz odwrotnie – pozwalać sobie na „skoki w bok” i mieć świadomość, że partner czy partnerka ma czasem kogoś na boku. Obydwa warianty wymagają jednak cech charakteru, których nie ma każdy. Trzeba być silnym, wytrwałym, pewnym siebie i partnera. Szczególnie trudno o to kobietom, które, bardziej niż mężczyźni, potrzebują codziennej troski, opieki
i poczucia bezpieczeństwa.

W pierwszej fazie rozłąki zazwyczaj wszystko jest w porządku. Partnerzy dzwonią do siebie niemal codziennie, piszą czułe sms-y, układają tysiące planów na czas po powrocie. Jednak z upływem kolejnych miesięcy intensywność tych kontaktów zaczyna stopniowo słabnąć. Często są one podtrzymywane bardziej z poczucia obowiązku niż potrzeby serca.
Psychologowie twierdzą, że to zrozumiałe. Ich zdaniem osoba, która wyjechała,
z czasem zaczyna kreować nowe zwyczaje, uniezależniać się, nawiązywać za granicą przyjaźnie, znajomości, więc siłą rzeczy maleje jej zainteresowanie rodziną pozostawioną w kraju. A w małżonku, który został w domu, coraz bardziej narasta frustracja i poczucie krzywdy. Obowiązków domowych jest przecież coraz więcej, możliwości konsultowania z „drugą połówką” codziennych spraw – coraz mniej. Powoduje to nadwątlenie więzi małżeńskich i rodzinnych. Spotkania po wielomiesięcznej nieobecności przyjmują charakter „świątecznego spotkania”, a przyjeżdżający często czuje się wyalienowany z życia rodziny.

Eurosieroty
Negatywne skutki emigracji zarobkowej najdotkliwiej godzą w dzieci. W każdym przypadku, gdy jeden z rodziców opuszcza rodzinę, one czują się porzucone. Nie rozumieją dążenia dorosłych do poprawy sytuacji materialnej rodziny. Bez względu na to, który
z rodziców wyjedzie, matka – opiekunka, czy ojciec – autorytet, dziecko interpretuje to jednoznacznie jako stratę kogoś ukochanego. Burzy się jego dotychczasowy świat i często zamyka się w sobie. Pośredni wpływ na taki stan rzeczy ma rodzic pozostający w domu . Początkowa euforia spowodowana wizjami realizacji planów na przyszłość, np. spłata dużego kredytu, budowa domu czy remont mieszkania sprzyja kontaktom z dzieckiem. Rodzic chętnie tłumaczy dlaczego tak się stało i jakie to będzie dobre dla rodziny, oraz jakie to będzie dobre dla niego samego, bo rodziców będzie stać na kupienie mu tego, o czym wcześniej tylko marzył. Niestety, ta euforia u dzieci mija na długo wcześniej, niż u dorosłych. One znacznie szybciej odczuwają brak jednego z rodziców, niż partner. A atmosfery związanej
z tęsknotą, podejrzeniami co do lojalności małżonka pozostającego za granicą nie da się ukryć przed dzieckiem. Rodzic, zajęty własnymi niepokojami i ogromem obowiązków domowych przestaje kontrolować stan emocjonalny potomka, to zaś odbija się na nim
w dwójnasób. Zaczyna gorzej się uczyć, wpada w konflikty z rówieśnikami, nie słucha starszych, bo czuje, że na jego problemy nie ma już miejsca.
Statystyki mówią, że w przypadku, kiedy ojciec wyjeżdża, a matka zostaje w domu, u dzieci rzadziej pojawiają się symptomy psychosomatyczne. Najgorszą z sytuacji jest ta, kiedy wyjeżdżają oboje rodzice, zostawiając potomstwo pod opieką dziadków lub starszego rodzeństwa.
Rodzice Mateusza i Marcina wyjechali w 2001 roku do Wielkiej Brytanii, pozostawiając synów pod opieką dziadków. Powodem wyjazdu była chęć podreperowania domowego budżetu. Początkowo rodzice starali się jakoś rekompensować synom rozłąkę. Dzwonili, pisali listy i wysyłali paczki. Jednak z czasem prezenty zaczęły pojawiać się coraz rzadziej, a i rozmowy telefoniczne straciły dawną emocjonalność. Okazało się, że rodzice nie są już razem. Znaleźli sobie nowych partnerów i ani myślą o powrocie do kraju. Dziadkowie, widząc ich nieodpowiedzialność, podjęli się wychowywania chłopców. W chwili obecnej bracia są w okresie dorastania. Buntują się przeciwko otaczającej rzeczywistości, stali się opryskliwi i wulgarni. Obaj nie mogą wybaczyć rodzicom zawodu, jaki im sprawili.
Opisany przypadek nie jest wyjątkowy. Wyjeżdżający młodzi ludzie, którzy praktycznie jeszcze niczego szczególnego nie dorobili się w swoim życiu, zderzają się w jednej chwili
z tak zwanym dobrobytem zachodu.

Zarobki jednego z nich nagle stają się parokrotnie wyższe niż w kraju i pozwalają na zakup dobrych kosmetyków, odzieży, kolacje w restauracji.
Niebagatelne znaczenie ma także nowe środowisko; kultura, obyczaje, które imponują, bo są z wielkiego świata. I nie istotne jest, czy to wszystko jest pozytywne. Jest inne, owiane dobrobytem.
Pogoń za pieniądzem, chęć brania czynnego udziału w takim życiu
zabiera czas na refleksje o tęsknocie za domem, dziećmi, bo one zaczynają mieć podrzędne znaczenie, lub nie ma ich już wcale.
Przecież dzieciom niczego nie brakuje, mają dziadków, mają na zabawki, są lepiej ubrane, nie chodzą głodne. Łożenie na dzieci pozostawione w kraju zaczyna być bardzo wygodne. Rodzice przestają brać udział w życiu emocjonalnym dziecka, a podczas rozmów telefonicznych z nim dowiadują się tylko, że tęskni i kiedy przyjadą. Zdawkowe – na święta – i – kochamy strasznie – nie satysfakcjonuje pociechę.. Do tego jeszcze babcia tak długo rozmawia z mamą o sprawach zupełnie nieistotnych dla dziecka. Ono pragnie bliskości rodzica, dotyku. Najlepszym przykładem na to są sytuacje, kiedy maluch upadnie i rozbije kolano. Choćby stała koło niego ukochana babcia, wesoły dziadek, mądry tato, dziecko biegnie w ramiona matki.
To smutne, że rodzice zapominają o tym wszystkim decydując się na wspólną emigrację bez swojej pociechy. A wiadomym jest, że we wszystkich krajach Unii Europejskiej instytucja żłobka, przedszkola lub szkoły istnieje.
Natalia, samotnie wychowująca dwuletnią córkę zdecydowała się na wyjazd do Francji. Zaprosiła ją przyjaciółka, która obiecała pomoc przy dziecku, bo sama ma rocznego synka. Dziadkowie gorąco namawiali Natalię, by zostawiła córkę pod ich opieką do czasu, aż się urządzi. Odmówiła. Mimo, iż jej córka była w takim wieku, że rozstanie z matką na kilkanaście tygodni nie odbiłoby się na dziecku traumatycznie. Jednak więź emocjonalna oraz odpowiedzialność za los potomka nie pozwoliły matce na taki krok.
Według psychologa społecznego Henryka Pietrzaka, podobne zjawisko – zwane „sieroctwem dewizowym” występowało w latach 70. i 80., gdy masowo wyjeżdżano, głównie za ocean do pracy. Obecnie zjawisko nasila się, a pozostawione przez rodziców dzieci nazywane są „Eurosierotami”. I fakt, że zmieniły się warunki ekonomiczne, troska o byt materialny, tempo życia oraz zmieniający się model rodziny z patriarchalnej, gdzie dominował mężczyzna, w stronę kobiety, wykształconej, też pracującej zawodowo powodują, że rodzice w Polsce coraz mniej mają czasu na wypełnianie funkcji wychowawczych w stosunku do swoich dzieci. Jednak zjawisko „Eurosierot” jest alarmujące i sprzeczne z wszelkimi kanonami rodzinnymi.

Psychologowie i socjologowie informują, że związki na odległość przynoszą znacznie więcej strat niż korzyści. W czasach, kiedy dostatek materialny ma tak ogromne znaczenie w życiu nawet przeciętnej polskiej rodziny, zapomniano o jej podstawowych wartościach. Tymi wartościami jest obecność matki i ojca w życiu dzieci. Codzienne, wspólne zmaganie się z przeciwnościami losu w pełnej rodzinie daje potomkom większą możliwość interpretacji świata oraz bogatsze przygotowanie do dorosłego życia, niż w rodzinach, gdzie od tego problemu nieświadomie ucieka się poprzez pracę na zachodzie.
Negatywnym i zarazem smutnym, biorąc pod uwagę statystyki skutkiem emigracji zarobkowej jest rozpadanie się małżeństw. Odległość między małżonkami nie sprzyja załagodzeniu nawet najbłahszego konfliktu partnerskiego. Konflikty te najczęściej powstają od strony partnera pozostającego w domu. Podwojona ilość obowiązków, buntujące się dziecko, tęsknota, brak cielesnego kontaktu często wręcz powodują stany depresji.

Natomiast druga strona, ta, która wyjechała i która zdążyła już zaaklimatyzować się w beztroskim świecie, świecie pracy i jedynie czasu po niej, przestaje rozumieć te, według niej, wieczne narzekania małżonka. Przestaje mieć ochotę na ich słuchanie, bo nowe życie, znajomi, kultura wchłonęły ja do głębi.
Biorąc pod uwagę normalną, zdrową rodzinę, to są anomalia. Ale czy za jakiś czas, kiedy statystyki pokażą, iż anomalnie żyje ponad połowa społeczeństwa, nie stanie się to standardowym modelem polskiej rodziny? Jak z błędami językowymi, że im więcej osób je popełnia, stają się dopuszczalne? Miejmy nadzieję, że nie, bo tutaj chodzi o istnienie ludzkie, o nasze następne pokolenia. I model zdrowej rodziny.

Dziękuję losowi, że taką mnie stworzył, która dzieciaka bierze na dobre i złe ze sobą...;)

poniedziałek, 10 października 2011

"Gdyby Mikołaja nie było, to by mi nie przynosił prezentów!"

Oburzona Miśka powiedziała dzisiaj do mnie, że jej kolega w szkole twierdzi, iż Mikołaja nie ma i jego zdaniem to tata albo wujek się przebierają.
- Takie bzdury mi opowiada. Gdyby go nie było, to by mi nie przynosił prezentów. - fuknęła. - A pani też to powiedziała. - dodała.
- Co, że nie ma Mikołaja? - zapytałam.
- No!

Masz babo placek, a tak bym chciała, by wierzyła jak najdłużej. Przed świętami w związku z prezentami od Mikołaja można ją tak cudownie szantażować, hihihi. Pokój sprząta bez gadania i takie tam inne sprawki, bo Mikołaj patrzy, nieprawdaż. Czuję w kościach, że to ostatni taki rok...

Dziecko już wstępnie napisało list do Santa Claus z prośbą o Hello Kitty. Marzy o takiej ze specjalnego sklepu, gdzie się ta zabawka „rodzi” i gdzie można nabyć dla niej ubrania oraz inne akcesoria.

Cóż, na to pożegnanie wiary w niego Mikołaj będzie musiał się dobrze spisać. Będzie Kitty ze szmatkami.

Wczoraj szwagier wziął Miśkę do centrum. A, jeszcze nie wspominałam, że gościmy męża mojej siostry, który wykłada w angielskich domach kafelki po polsku, znaczy dobrze. Z utęsknieniem też czekam na siostrę. Ma wpaść w odwiedziny, jako ta pierwsza z najbliższych.

Anyway, dałam Miśce 5 fuli na tę wyprawę, na loda, smroda i takie tam. Ale ona wymyśliła sobie w swojej główce, że kupi zabawkę, o czym nikt nie wiedział, gdy wychodziła. Kiedy weszli do galerii, mała spryciara natychmiast zaciągnęła lekko skołowanego orientacyjnie szwagra do sklepu ze wspomnianymi pluszakami. Jakiż to był zawód, że ją na nic tam nie stać! No, na buty, albo jakiś inny ciuszek owszem, ale po kija jej same buty, nie? Próbowała naciągnąć wujka, bezskutecznie, toteż wróciła do domu smutna, a na mój widok jęła ryczeć.

- Bo dałaś mi za mało pieniędzy, nic sobie nie mogłam kupić. Potem kupiłam loda i mi spadł! - opadła na kanapę z wielkim fochem nie ściągnąwszy nawet plecaka.
- Matka, co ona sobie miała kupić za te 5 funtów, waciki? - śmiał się szwagier.

Tymczasem dzisiaj dziecko poprosiło o los zdrapkę w sklepie i wygrało 5 funtów. Lucky girl:-)

Nie pamiętam kiedy i w jakich okolicznościach przestałam wierzyć w Mikołaja, a Wy?

Dodaję za to to...

niedziela, 9 października 2011

Panie... tu piekarnia!

Bohaterem dnia był neapolitański chleb nadziewany - Tortano, który znalazłam dzięki Beacie (Zastępczość) na blogu Pistacio:)

Byłam przekonana, że jeśli chodzi o wypieki, jestem w lesie i w paprociach, przykryta gęstą warstwą torfu oraz kleszczy. A tu... Ta dam!

czwartek, 6 października 2011

Ciocia Daisy u kotów i diety ciąg dalszy

Ciocia Daisy nareszcie ruszyła swoją osobę i odwiedziła koty, które przyjęły ją dość entuzjastycznie, jak na koty oczywiście, a zwłaszcza dziada Duda. Nawet dawał się jej głaskać po całych plecach, a nie jeno po głowie. Pluszowy Olly kupił ją swoimi miodowymi oczami, mruczeniem i czerpaniem rozkoszy z każdego dotyku. Jego nawet po brzuchu można smyrać.
No i ciocia Daisy zadzwoniła do PDSA, poszczekała trochę swoim oszałamiającym brytyjskim, czym zawsze przyprawia mnie o zachwyt i wywalczyła termin kastracji obu moich kotów w jednym dniu – 4 listopada. Bo terminy są odległe, kolejki proszę Państwa.

Upragnionego przeze mnie przyjazdu Daisy nie mogłyśmy oblać, bo od poniedziałku jadę na Augmentin 625 mg, ale i tak nocne Polaków rozmowy się odbyły, a gęby nam się nie zamykały i bez wody rozmownej.

Dlaczego biorę antybiotyk? A takie tam. Dudek mi odgryzł pół nogi i się wdała ostra infekcja. A tak poważnie. Dałam synkowi jeść i potem niechcący stanęłam mu na ogon, to się wkurwił i mamusię upierdolił. Rana się szybko zagoiła, ale mój biedny organizm nie dał sobie rady z bakteriami, jakie mi Dudek zapuścił w głąb mięśnia. Kot jadowity! Doktory spojrzały na gnijącą ranę, bo wylazło na zewnątrz i przypuściły atak na bakterie z zewnątrz oraz od wewnątrz. Chodzę na zabiegi co drugi dzień, rekonwalescencja przebiega wspaniale i przestaję być „kulawicą”.

Dietę dr Dukana zażegnałam i od razu przeszłam na rozdzielną dr Haya, którą stosowałam wiele lat temu przez wiele lat, znam ją, chudnę na niej, tylko mobilizacji było mi trzeba.
Nie polecam diety Dukana ludziom, którzy pragną pozbyć się sporej nadwagi i otyłości. Zakwasza organizm proteinami. Zabrania spożywania owoców przez jej pierwszą i drugą fazę, przy czym druga faza trwa u niektórych nawet przez rok, bo mają sporo do zrzucenia. Trzecia faza zezwala na jedną filiżankę owoców dziennie. Kurde, ja, która owoce lubię, owszem, ale nie, żebym się nimi opychała doszłam do wniosku, że to nie tędy droga i że – uwaga – mi tych owoców autentycznie brak każdego dnia. A dostarczanie organizmowi węglowodanów jest przecież niezbędne do jego poprawnego funkcjonowania.

Dieta rozdzielna dzieli się na trzy grupy produktów – białka – węglowodany – neutralne. Podczas posiłków nie wolno łączyć grupy białkowej z węglowodanową, ale obie grupy można kombinować z neutralną. W to wchodzą także płyny, które pijemy. Niełączenie węglowodanów z białkami nie obciąża wątroby i trzustki, a po posiłkach nie czuje się ociężałości w żołądku.

I TERAZ UWAGA.

Jeśli zdecydujecie się na jakąkolwiek dietę, sprawdźcie, które produkty są wskazane, a które szkodzą Waszej grupie krwi. To jest cholernie ważne dla Waszego zdrowia.

Nie sztuką jest schudnąć szybko. Sztuką zaś jest pozostać zdrowym. Toteż ja będę chudła dłużej niż z Dukanem, ale za to nie będę kwaśna.