sobota, 24 września 2011

Pożar na dzielni

Donośne walenie gdzieś na ulicy wyrwało mnie minionej nocy ze snu. Jakiż to musiał być huk, skoro usłyszałam go w pokoju od podwórka, a do tego poszłam spać jakieś dwie godziny wcześniej. Znaczy byłam w fazie odporności na wszelki hałas.

Nigdy nie zapomnę tego uczucia strachu, że może to u mnie na dole. Zaświeciłam światło, była 1.30, koty siedziały na schodach z oczami większymi od kół rowerowych i jakże było widać, iż odetchnęły z ulgą widząc mnie na nogach. Aż dreszcze przeszły mi po plecach na myśl, co takie stworzenie może sobie myśleć, skoro ja byłam cała zdrętwiała, jakby mnie piorun popieścił.

Uchyliłam żaluzje, by nie obudzić Miśki, a nawiasem byłam pełna podziwu dla niej, że przy uchylonym oknie spała w najlepsze. Chłopcy ze straży pożarnej właśnie świecili latarkami w dom pełen dymu na przeciwko, ciągnęli węże i gestykulowali do siebie. Sąsiedzi prawie w komplecie stawili się na ulicy, by się gapić. Cała ich masa z całej ulicy, a najwięcej pod moimi oknami. Strach omiótł wszystkich jeszcze większy, gdy chwile wcześniej na tyłach płonącego domu wywaliło szyby. Tego dowiedziałam się potem, wyszedłszy na fajkę (!) w celu orientacyjnym.

Miśka obudziła się, gdy bezszelestnie dyndałam przy oknie. Oj, długo ją hałasy ściągały z dalekiej krainy. Bała się, acz była podniecona faktem, że coś się dzieje. Zawisła w oknie jak małpa.

Tuż przed drugą kobieta biegła ulicą, a sąsiedzi szturchali się, że oto ona. Wszystko działo się tak szybko, że nie było czasu na refleksje, czy jest bezmyślna, czy należy jej współczuć, ale jak dobiegła do miejsca zdarzenia i kompletnie w szoku powiedziała, że to jej dom oraz spojrzała na tłum tym błagalnym wzrokiem o pomoc, ścisnęło mnie w gardle. Nikt się nie ruszył, choćby po to, by poklepać ją po plecach, kurwa, przytulić. Skinęła ręką do najbliższej sąsiadki, tez Angielki, ta podeszła, coś zaczęła jej tłumaczyć razem ze strażakiem. Kobieta kucnęła, skryła twarz w dłoniach i jęła szlochać.

Nagle zdałam sobie sprawę z tego, że borykam się ze szczanymi problemami. W sumie prawie ich nie mam. Nie wiem, jak dałabym sobie radę stanąwszy oko w oko z takim nieszczęściem. To była moja pierwsza myśl, gdy zobaczyłam tę kobietę – środek nocy, chata spalona, co ona teraz zrobi?

Rano dzielna pani policjantka dalej pełniła straż przed wyważonymi drzwiami. Była tam do południa, kiedy przyjechali panowie monterzy z nowymi. Odwiedziła mnie jeszcze przed zakończeniem służby, by zapytać, czy nie słyszałam czegoś szczególnego, a ja do niej, że szczególne było dla mnie pojawienie się straży pożarnej w środku nocy i to wszystko, co słyszałam.

Gdy policja oddaliła się z miejsca wypadku, a monterzy robili swoje, kobieta wyszła ze swoją sąsiadką, czarnoskórym facetem i piwem na ulicę w szampańskim wręcz humorze. Po nieszczęściu nie było śladu. Rozumiem, może mieć ubezpieczenie i szkody zostaną naprawione bez specjalnego uszczerbku na budżecie, ale we mnie przynajmniej tkwiłby smutek i żal, a jak chciałabym się napić, to na pewno nie na oczach tych wszystkich gapiów, którzy jeszcze minionej nocy mieli dylemat, czy ją potępiać, czy jej współczuć.

Przyczyna pożaru nie jest mi znana.

8 komentarzy:

  1. Takie rzeczy we właściwym miejscu ustawiają nam pion ja jakiś czas.

    OdpowiedzUsuń
  2. Może była szczęsliwa, że nie musi płacić za straż pożarną

    OdpowiedzUsuń
  3. Beata, kto jak kto, ale Ty mi z takimi banalami?

    OdpowiedzUsuń
  4. koszmar. nawet nie chcę sobie tego wyobrażać. jakbym tam była, to chyba bym w panice uciekła :)

    OdpowiedzUsuń
  5. A wiesz ze niekiedy sie pali to czego wogule nie ma , lub nigdy nie istnialo???

    OdpowiedzUsuń
  6. Badz szczesliwa ze tak sie skonczolo...

    OdpowiedzUsuń
  7. niektórzy tak odreagowują...cóż.
    ;(

    OdpowiedzUsuń