niedziela, 4 września 2011

Athina dała radę

Powiedzenie „zjebana jak koń po westernie” nabrało dla mnie głębokiego sensu. To były bardzo trudne dwa dni, ale jestem z siebie dumna.
Ktoś w komentarzach pytał o menu.

Na obiad był rosół, na drugie ziemniaki, surówka z kapusty kiszonej, schabowe z karkówki, z cycka indyczego, kotlety mielone, udka drobiowe i gulasz wieprzowo- indyczy.

Potem sałatka jarzynowa, sałatka po żydowsku, śledzie w oleju, galareta wieprzowa z golonek, bigos, półmiski z wędlinami (ale to już młodzi kupili, ja tylko pokroiłam) i półmiski z pomidorami, ogórkami i papryką.

Na kolację flaczki wołowe ( kupuję żołądki baranie, które w zupie smakują tak samo, jak wołowe tylko nie są aż tak gąbczaste, jak wołowe, a mimo to, nikt się nie orientuje, co je i cena jest o trzy czwarte niższa), barszcz i krokiety.

Ciasta były najlepsze, bo ja nie umiem piec! Wuzetka upieczona z Doktorem Oetkerem, sernik na zimno również z doktorem i Stefania (herbatniki, kakao, wiórki kokosowe, mleko, kasza manna).

Doprawdy powiadam Wam, że bardzo się napracowałam. Śmiem twierdzić, że jeszcze nigdy nie przeszłam takiej orki w ciągu dwóch dni. Owszem, siedziało się w radiu po 16 godzin, ale na dupie, nie nogach.

Cudem trafiła mi się Ewelina, koleżanka, którą poleciłam młodym, by zamówili u niej tort, bo baba wyprawia autentyczne cuda. Przyniosła go w piątek, usiadła ze mną i jakoś udało mi się ją namówić, by przyszła w sobotę na zasadzie – co będziesz w domu siedzieć, dzieci się tu wyszaleją, zarobisz i będzie wesoło. Więc przyszła zaraz po pracy, tuż przed obiadem i była mi prawa ręką. Wiele pomogła.

Kelner zaś przyszedł na imprezę, nie do pracy. Już gdy znosił kieliszki z niedopitym szampanem po powitalnym toaście i wypił duszkiem dwa, zaświeciła mi się lampka. Pomyślałam jednak, że też może mieć stres. To nie jest łatwa praca z przyklejonym bananem na misce. Jednak pan wydębił od młodego flaszkę i nawet nie wiem, kiedy ją obalił! Oczywiście upominałam go, że powinien teraz i teraz przejść się między stolikami, pozbierać brudne talerze i postawic czyste, kiedy goście tańczą, ale wykonywał polecenia i było dobrze. Stres się zaczął, gdy zupełnie olał stoliki i jął obtańcowywać panie. Na stołach leżały brudne, zwinięte w kluki serwetki, puste kartony, flaszki. Wtedy trafił mnie szlag. Mam doświadczenie w każdej dziedzinie imprezy, byłam nawet didżejem w dyskotece, a kelnerstwem trudniłam się długo w Niemczech. Wzięłam pana na ostre słowo. Później na bardzo ostre, aż go odesłałam do domu zapłaciwszy tyle, na ile się umawialiśmy. Faceci jednak maja problem z kobietami szefowymi, a ten dodatkowo prawie mógłby być moim ojcem. Najśmieszniejsze w tym wszystkim jest to, że chłop w Polsce miał swoje lokale. Nie, nie jeden lokal, ale lokale. To już wiem, dlaczego ich nie ma i siedzi w Anglii.

Na pewno w przyszłości nie zgodzę się na sprzątanie sali po imprezie. Albo krzyknę taką cenę, że młodym bardziej się będzie opłacało wziąć kogoś dodatkowo. Gdyż ja tez będę musiała zapewnić sobie wsparcie. To jest niewyobrażalna orka obsłużyć imprezę, posprzątać kuchnię (stosy garów) i jeszcze salę.

Wpadłam do domu prawie o szóstej (Ewelina wzięła Miśkę do siebie na noc, wczesniej umówiona byłam z Vlastą, że ją weźmie), zdarłam z siebie wszystkie szmaty, rzuciłam się na łóżko i... nie mogłam zasnąć. Pomogła kąpiel. Powiedzenie „nie czuję nóg” nie ma w ogóle sensu. Ja moje czułam wręcz przesadnie! Oraz przez dwa dni nie miałam nic w pysku, oprócz kosztowania potraw podczas ich przyprawiania.

Oto kilka zdjęć. Nie miałam czasu na tak zwane pierdoły, nie?

Młodzi.

Oczepiny.

Ewelina smaży krokiety i tańczy Makarenę.


Po raz kolejny w życiu przekonałam się, że człowiek jest w stanie podjąć się ogromnych zadań. Trzeba się tylko ich nie bać i wierzyć w siebie!

21 komentarzy:

  1. No, dałaś radę i to najważniejsze :)

    Że nogi ma się głęboko w głowie, bo dupa to dopiero w połowie drogi, przy takiej orce to ja wiem aż za dobrze. Też mi się kelnerowało a i w kuchni zapieprzało ;)

    Kelner bez komentarza, bo i co tu komentować.

    To do następnego weselicha, za które to będę trzymała kciuki ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. wiedziałam że dasz radę, brawo :)
    z tą Eweliną to normalnie cud, pamiętam te debaty KOGO. super. jesteś w czepku urodzona jak nic :)

    OdpowiedzUsuń
  3. WOW!!!
    szacun i duma i takie tam:-*

    naprawdę jestem pod wrażeniem!

    OdpowiedzUsuń
  4. po prostu padłam z podziwu dla Ciebie - ja bym nie dała rady - jesteś HARDCOREM

    OdpowiedzUsuń
  5. mielone?! gulasz?! flaki ?! na weselne stoły???

    OdpowiedzUsuń
  6. Anonimowy, menu ustalalam z mlodymi? A co powinno pojsc na weselne stoly? Homary i krewetki?


    dzieki dziewczyny za cieple slowa:) athina

    OdpowiedzUsuń
  7. czapki z głów ! :)

    (dla mnie to co zrobiłaś brzmi jak zdobycie czomolungmy! :)))

    OdpowiedzUsuń
  8. Spt:))) I tak sie czulam w niedziele. Cala polamana:)

    OdpowiedzUsuń
  9. Jesteś wielka, szacun kobieto!
    A panu kelneru warto by do dupy nakopać. Kiedyś się natnie.

    OdpowiedzUsuń
  10. Zmęczyłam się przy samym czytaniu.
    Jesteś wielka!
    Ech, przypomniało mi się nocne szykowanie cateringów, z kumpelami, u koleżanki w kuchni knajpianej.
    Niezły zapierdol i niezła zabawa.
    Bardzo żałuję, że mi zdrowie nie pozwala dalej się w to bawić.
    Straszna frajdę i satysfakcję potrafi dać to zajęcie.

    OdpowiedzUsuń
  11. Dobry mielony nie jest zly.
    Tamten anonim to nie ja, oczywista.

    AA

    OdpowiedzUsuń
  12. Ruda, masz racje, niezla zabawa i pewnie w nastepne imprezy obstawie sie bardziej ze wsparciem:)))))


    AA, wiem, to nie Twoj styl;)

    OdpowiedzUsuń
  13. Malgoska, a panu kelneru to zauwazylam dopiero, kocham Cie babo:)))))))

    OdpowiedzUsuń
  14. Ja się też nie czepiam kotletow i flakow. Zjadlabym naawet chętnie.
    Lorenza, Baronowa na Wlochsciach

    OdpowiedzUsuń
  15. Czyli juz mozna na Wlochci, jak co? Juz tam som miejsca i nawet legnickie da sie pogniesc, tak?:))))

    OdpowiedzUsuń
  16. Ja tam jezcze nie mieszkam, ale JAGBY co, to one są. Wiec można!

    OdpowiedzUsuń
  17. eEEEE, to sie nie liczy, jak nie mieszkasz. Pffff. Gosc lubi byc kolo gospodarza, bo hotel to inna bajka:P

    OdpowiedzUsuń
  18. Jak ja Cię rozumiem!
    :-)
    Szeh

    OdpowiedzUsuń
  19. Gratuluję udanego poczatku kariery :)) A mówią, że pierwsze śliwki robaczywki:)) A swoją drogą nieustannie Cię podziwiam, za uparte dąrzenie do znalezienia swojego miejsca na ziemi:) Nie raz o Tobie myślę, bo wiem jak ciężko jest jednak na emigracji, szczególnie samotnej matce:) Szacun:)))

    OdpowiedzUsuń