wtorek, 27 września 2011

Krótki film o obciachu

Ma wszystko, wstęp, rozwinięcie i zakończenie. Słowem Ds, umarłam... :D

sobota, 24 września 2011

Pożar na dzielni

Donośne walenie gdzieś na ulicy wyrwało mnie minionej nocy ze snu. Jakiż to musiał być huk, skoro usłyszałam go w pokoju od podwórka, a do tego poszłam spać jakieś dwie godziny wcześniej. Znaczy byłam w fazie odporności na wszelki hałas.

Nigdy nie zapomnę tego uczucia strachu, że może to u mnie na dole. Zaświeciłam światło, była 1.30, koty siedziały na schodach z oczami większymi od kół rowerowych i jakże było widać, iż odetchnęły z ulgą widząc mnie na nogach. Aż dreszcze przeszły mi po plecach na myśl, co takie stworzenie może sobie myśleć, skoro ja byłam cała zdrętwiała, jakby mnie piorun popieścił.

Uchyliłam żaluzje, by nie obudzić Miśki, a nawiasem byłam pełna podziwu dla niej, że przy uchylonym oknie spała w najlepsze. Chłopcy ze straży pożarnej właśnie świecili latarkami w dom pełen dymu na przeciwko, ciągnęli węże i gestykulowali do siebie. Sąsiedzi prawie w komplecie stawili się na ulicy, by się gapić. Cała ich masa z całej ulicy, a najwięcej pod moimi oknami. Strach omiótł wszystkich jeszcze większy, gdy chwile wcześniej na tyłach płonącego domu wywaliło szyby. Tego dowiedziałam się potem, wyszedłszy na fajkę (!) w celu orientacyjnym.

Miśka obudziła się, gdy bezszelestnie dyndałam przy oknie. Oj, długo ją hałasy ściągały z dalekiej krainy. Bała się, acz była podniecona faktem, że coś się dzieje. Zawisła w oknie jak małpa.

Tuż przed drugą kobieta biegła ulicą, a sąsiedzi szturchali się, że oto ona. Wszystko działo się tak szybko, że nie było czasu na refleksje, czy jest bezmyślna, czy należy jej współczuć, ale jak dobiegła do miejsca zdarzenia i kompletnie w szoku powiedziała, że to jej dom oraz spojrzała na tłum tym błagalnym wzrokiem o pomoc, ścisnęło mnie w gardle. Nikt się nie ruszył, choćby po to, by poklepać ją po plecach, kurwa, przytulić. Skinęła ręką do najbliższej sąsiadki, tez Angielki, ta podeszła, coś zaczęła jej tłumaczyć razem ze strażakiem. Kobieta kucnęła, skryła twarz w dłoniach i jęła szlochać.

Nagle zdałam sobie sprawę z tego, że borykam się ze szczanymi problemami. W sumie prawie ich nie mam. Nie wiem, jak dałabym sobie radę stanąwszy oko w oko z takim nieszczęściem. To była moja pierwsza myśl, gdy zobaczyłam tę kobietę – środek nocy, chata spalona, co ona teraz zrobi?

Rano dzielna pani policjantka dalej pełniła straż przed wyważonymi drzwiami. Była tam do południa, kiedy przyjechali panowie monterzy z nowymi. Odwiedziła mnie jeszcze przed zakończeniem służby, by zapytać, czy nie słyszałam czegoś szczególnego, a ja do niej, że szczególne było dla mnie pojawienie się straży pożarnej w środku nocy i to wszystko, co słyszałam.

Gdy policja oddaliła się z miejsca wypadku, a monterzy robili swoje, kobieta wyszła ze swoją sąsiadką, czarnoskórym facetem i piwem na ulicę w szampańskim wręcz humorze. Po nieszczęściu nie było śladu. Rozumiem, może mieć ubezpieczenie i szkody zostaną naprawione bez specjalnego uszczerbku na budżecie, ale we mnie przynajmniej tkwiłby smutek i żal, a jak chciałabym się napić, to na pewno nie na oczach tych wszystkich gapiów, którzy jeszcze minionej nocy mieli dylemat, czy ją potępiać, czy jej współczuć.

Przyczyna pożaru nie jest mi znana.

wtorek, 20 września 2011

Na etapie całuj swoje pięty...

... Miśka zaczęła szkołę od tabliczki mnożenia, ja na lekcjach mam powtórki gramatyki oraz nauczyciel nęka mnie, że muszę wiedzieć. Trwam od czasu jakiegoś na diecie Dukana, daję codzinnie korepetycje siostrzenicy na skypie. Nie mam czasu na bloga.
Odezwę się, albo zamknę te piaskownicę.
Pozdrawiam Was serdecznie:)

piątek, 16 września 2011

Tatuś? Zdecydowanie na polityka...

Ta moja siostra, gdy już się rozgada, to, o, proszę, o tej godzinie siadam do napisania notki w obawie, że jutro, bez emocji nie będzie ta sama.

Tatuś mają kolegę, Tadzia. Malutki Tadzio, co wszystko wie, a do tego bezczelny nad wyraz oraz mniemanie ma o sobie wręcz wkurwiająco wysokie.

Tatuś przyprowadzili i wstawili z Tadziem samochód do siostry garażu, bo coś tam w baku cieknie i trzeba na kanał. Oni będą naprawiać. Szwagier w delegacji, zostawił narzędzia na środku kanału i po jego obu stronach, bo składa jakiś tam zajebisty rower, a oni mu po tych narzędziach kołami... Nic to.

Zaznaczyć należy, bo to bardzo ważne, że garaż jest wbudowany w dom. To taki kwadratowy klocek.

Jęli wymontowywać bak i za diabła nie mogli. Gdzieś jakaś śruba trzymała zawzięcie, a oni nie byli w stanie jej znaleźć. W końcu Tadzio wpadł na pomysł, że szlifierką, ale takiej nie mieli, więc poszli i wrócili za dwa dni. Oczywiście bez szlifierki, ale na bańce i oni znów będą dłubac i myśleć.

Myśląc znaleźli miejsce wycieku benzyny, no to co? Trzeba zespawać. Poszli szukać spawarki, nie było ich dobę.

Gdy wrócili ze spawarką pożyczoną od kolegi z warsztatu, szwagier przyjechał na weekend do domu. Najpierw się wkurwił, że tatuś nawet nogą nie skopali narzędzi pod ścianę, potem, że mu zajebisty rower przygnietli zderzakiem, a jak zobaczył spawarkę do baku z benzyną w jego domu, gdzie na górze są jego dzieci, to trafił go szlag.

Spokojnie ale powiedział do tatusia, zupełnie przy tym ignorując dyrygenta Tadzia:
- Tato, w baku jest benzyna, a spawanie to iskra.
- Ale nie ma benzyny, wyciekła. - wtrącił się Tadzio, na co szwagier zareagował szybkim marszem w jego stronę, żeby mu pierdolnąć. Szwagier nie znosi tego faceta tak samo, jak ja.

Tatuś wytrzeźwieli w sekundzie, powstrzymali zięcia i zapytali, czy by mu nie pomógł wymontować bak. Chłopak zrobił to dość szybko, bo zasada jest prosta – sposobem, a nie siłą. Udowodnił, iż paliwo ciągle tam jest, a i wyjaśnił co się dzieje z iskrą gdy bak jest pełny, a co, gdy znajduje się w nim powietrze po czym Tadzio oddalił się w celu zakupienia flaszki i nie wrócił.

Tatuś byli tak zawstydzeni całym zajściem, że mało się odzywali, ale nie mogli przecież nic nie powiedzieć, prawda?

- To jest łeb pierdolony, krasnal, wnuczki bym wysadził w powietrze.
- Tato, ale to jest logiczne, to ty tego nie wiedziałeś? - szwagier chciał delikatnie dac mu do zrozumienia, że sam jest bezmyślny.
- A co ja mechanik samochodowy jestem? To on mi mówił, że tak mamy zrobić!

Tak, tak, tatuś ZDECYDOWANIE na polityka, bo jak co, to na doradców!

poniedziałek, 12 września 2011

Tanie linie lotnicze

Wlazłam ja Wam przed chwilą, by sprawdzić ile zapłacę za przelot do Polski w grudniu Ryanairowi. Byłam zdecydowana kupić bilety teraz, trzy miesiące wcześniej, żeby było taniej.

DWA TYSIĄCE DWIEŚCIE Z HAKIEM PLN.

Tanie linie, tak? Polityka, która zakłada, że Polacy koniecznie chcą być w Polsce na święta, jest coraz bardziej brutalna.

Inni latają za 35 zeta gdzieś z Niemiec, Austrii do Polski (no, może nie na święta, ale zawsze, tymczasem z Wysp jest to niemożliwe!).

Nic to, chyba pojedziemy busem, albo wcale. Niech ja to przemyślę. Na razie jestem mocno wkurwiona, bo uważam, że trzy miesiące wcześniej - 300 funtów na nas obie,to maksymalna suma, jaką powinni żądać.

Chaiyya...

Rozmawiałam z przedziwną o nowych filmach. "Co nas kręci, co nas podnieca" okazuje się w końcowej fazie oklepaną amerykańską historią, a tyle się ten Allen napracował, by mnie zawieść. Zchrzanił koniec strasznie.
Co Was kręciło i podniecało?
Podczas dysputy o filmach oraz muzyce przypomniały mi sie dwie ścieżki. Nic na to nie poradze, że nie umiem zapomnieć.
Pierwsza...
Druga - gdzie Vincent tańczy http://youtu.be/tyzLHFkdv6E
warto sobie przekleic.

1. Inside man
2. Ocean's twelve
:P

sobota, 10 września 2011

Urodziny

Najzabawniejsza sytuacja. |Dziecko wydmuchuje płuca, by obezwładnić osiem świeczek myśląc o marzeniu, nad nim paparazzi, a świeczki błyskają zimnym ogniem i zapalają się znów! Z odsieczą przychodzi matka aparat rzuciwszy gdzieś w kąt, charczy płucem niczym Smok Wawelski z czkawką, a tu ogień tym bardziej! Aż odezwały się czujniki anty pożarowe...

Trzeba było świeczki potraktować jebem do zlewu... To spełni się to marzenie, czy nie? Bo świeczki dały ciała na całej linii...

Miśka tak podekscytowana, że właśnie położyła sie spać z gorączką... Moja biedna mała nie wie, ile ją jeszcze imprez w życiu czeka...:))))

piątek, 9 września 2011

Że nie pamięta

Zaczęło się niewinnie. Pani była pod wrażeniem, że z pamięci podaję ostatni adres, ten przedostatni i ten przed przedostatnim oraz... Tu zagwizdała... numer ubezbieczenia.
Mrugnęła do mnie wręcz zaczepnie. Odwróciła karte formularza, uśmiechnęła się zdawkowo i zapytała o numer komórki.
A ja do niej, że nie pamiętam...Kurwa...

Mam różową sypialnię

Będąc dzieckiem nie miałam swojego pokoju, dzieliłam go z siostrą. Do tego wcale nie przypominał on dziecięcego. Stały w nim dwie wersalki, stół i sześć krzeseł oraz brązowe, wysokie meble na wysoki połysk.

Mama nie pozwalała nam nawet wieszać plakatów na ścianach, więc pokój był nudny. W ogóle w tamtych czasach mało kto miał kolorowy pokój, ale moje koleżanki chociaż obwieszały swoje ulubionymi wokalistami, zespołami. Cóż, nasz się tylko nazywało naszym, bo przy tym stole odbywały się wszelkie rodzinne imprezy.

U progu czterdziestki będę miała różowy pokój z księżniczkami Barbie...

Postanowiłam zamienić się z Miśką sypialniami. W sumie trochę źle zrobiłam, że nie oddałam jej tego większego od razu po przeprowadzce. Przecież ja tam tylko chodzę spać, a dziecku przybywa zabawek i doszło do tego, że nie ma się gdzie rozłożyć z puzzlami. Gnieździ się tam niemiłosiernie.

- Co mi dasz na urodziny? - zagaiła mnie kilka dni temu.
- Mój pokój. - rzekłam z bananem na misce.
- Który? - nie docierało do niej, że to prawda, a zaraz potem jęła skakać i klaskać z radości.

Układ jest lepszy w przypadku przyjazdu gości, bo pod oknem wstawię jej rozkładaną sofę dwójkę, albo jednoosobowy fotel i wtedy będę spała u niej, a salon będzie wolny w każdej chwili. Biedna ds nawet nie pooglądała sobie angielskiej telewizji, bo gdy tylko zaległam, zaraz cięłam komara, na siedząco. Nie, nie, dół powinien być wolny i swobodny dla gości.

Teraz wyobraźcie sobie, że poznaję zajebistego faceta (u progu czterdziestki), jest miło oraz sympatycznie, decydujemy się na pójście do mnie i wprowadzam go do mojej różowej sypialni z Barbie...
- No co? - rzekłabym – miałam chujowe dzieciństwo.:-)

środa, 7 września 2011

Kto się leni, ten zyskuje...

- Ty wiesz, co te kurwy zrobiły? -Vlasta nie mogła ukryć zdenerwowania. - Nie jest tak, jak w liście, że wstępne płacisz 72 funty i potem po 72 co drugi miesiąc, tylko wstępne 80 i miesięcznie do grudnia po 70! - wydyszała.

Chodzi o szkołę angielskiego. Już w tamtym semestrze zostaliśmy uprzedzeni, że będzie ona płatna. Żadne Tax Credit i Housing Benefit nie pomogą, poza płatnym bezrobotnym.

- No to ja nie mam po co tam iść! - wyjęczałam. Jednak gdy odłożyłam słuchawkę pomyślałam, że muszę dać radę. Najwyżej okroję inne wydatki, ale szkołę skończyć chcę. Postanowiłam też, że na wstępie wygarnę im te nieludzkie zmiany.

Gdy wygarniałam, robiąc to na biednego misia, Mark spokojnie zapytał mnie, czy mam Housing Benefit. Mam. No to nie płacisz za szkołę. W te dyrdy rzuciłam się do domu po dokumenty świadczące o przyznaniu benefitu. Ciągle jeszcze nie wierzyłam, że to może być prawda. W liście, który otrzymałam napisane było jak byk, że płacą wszyscy, oprócz tych wcześniej wspomnianych. Wszystkim, którzy się zgłosili, natychmiast te listy zabierano, a ja zapomniałam go zabrać.

Przyniosłam papiery, zapisano mnie na level 1, wyrobiono kartę studenta i to wszystko. Poszłam jeszcze do nauczyciela, Petera, który od teraz będzie uczył mój level, wpisałam się do konkretnej grupy i pochwaliłam mu się, że nie muszę płacić. Zastanowiła mnie jego mina na wieść o tym. Zero entuzjazmu toteż zaświeciła mi się lampka. „Czy ty aby nie maczasz w tym palców, by zapłaciło jak najwięcej ludzi?”

Poleciałam do Vlasty sprzedać jej informację. Ona i Paweł byli bardziej wściekli ode mnie, bo do szkoły chodzą oboje, a pracuje tylko on.
- Przyszłam cię wkurwić – rzekłam w progu. - Nie muszę płacić za szkołę i ty też nie musisz, bo masz Housing Benefit. - stanęłam przed nią z wypiętym cycem.
- Ako to? - wywaliła swoje brązowe oczyska.
- Chujako, pizdako, nie płacimy!
Vlaście też zaświeciła się lampka. Gdy była tam rano, Peter obsługiwał wszystkich zgłaszających się i każdemu zabierał kartki, gdzie należało wpisywać wszelkie posiadane dofinansowania. Ja się tylko domyślam, że może być tak, iż im więcej ludzi zapłaci, tym nauczyciele więcej będą mieli, a od górnie jest, że housing benefit nie płaci. Z tym, że te informację chciano zataić. Zwłaszcza Peter, który obecnie pnie się po szczeblach kariery.

W każdym razie Vlasta złapała stosowne papiery, poleciała do szkoły raz jeszcze i zwrócili jej pieniądze. Mąż zapłaci, bo benefit jest na nią, ale to zawsze o połowę mniej, nie?

- Zadzwoniłam do Moniki, bo ona zapłaciła całą sumę, a tez ma housing. - wyćwierkała rozentuzjazmowana Vlasta po powrocie ze szkoły. - Wszystkim bym powiedziała, gdybym miała ich telefony. Wiesz ile rano było tam ludzi? Całe rodziny i każdy płacił!
- Kochana, całego świata nie naprawisz. Śmieszne w ich postępowaniu jest to, że zachowują się tak, jakby nie mieli świadomości, iż ludzie ze sobą rozmawiają i prawda tak, czy inaczej wyjdzie na jaw. - powiedzialam.

Nie chciało mi się tam iść rano, miałam jeszcze warzywa do gotowania, duszenia po weselu. Szkoda, żeby się zmarnowały. W tym zamieszaniu, jakie panowało w szkole, kolejkach, braku czasu ze strony nauczycieli pewnie bym się tylko wkurwiła na wieść o zmianach w płatnościach, zapłaciła i tyle. A tak... Mam więcej kasy na Miśki urodzinową imprezę w sobotę;)

niedziela, 4 września 2011

Athina dała radę

Powiedzenie „zjebana jak koń po westernie” nabrało dla mnie głębokiego sensu. To były bardzo trudne dwa dni, ale jestem z siebie dumna.
Ktoś w komentarzach pytał o menu.

Na obiad był rosół, na drugie ziemniaki, surówka z kapusty kiszonej, schabowe z karkówki, z cycka indyczego, kotlety mielone, udka drobiowe i gulasz wieprzowo- indyczy.

Potem sałatka jarzynowa, sałatka po żydowsku, śledzie w oleju, galareta wieprzowa z golonek, bigos, półmiski z wędlinami (ale to już młodzi kupili, ja tylko pokroiłam) i półmiski z pomidorami, ogórkami i papryką.

Na kolację flaczki wołowe ( kupuję żołądki baranie, które w zupie smakują tak samo, jak wołowe tylko nie są aż tak gąbczaste, jak wołowe, a mimo to, nikt się nie orientuje, co je i cena jest o trzy czwarte niższa), barszcz i krokiety.

Ciasta były najlepsze, bo ja nie umiem piec! Wuzetka upieczona z Doktorem Oetkerem, sernik na zimno również z doktorem i Stefania (herbatniki, kakao, wiórki kokosowe, mleko, kasza manna).

Doprawdy powiadam Wam, że bardzo się napracowałam. Śmiem twierdzić, że jeszcze nigdy nie przeszłam takiej orki w ciągu dwóch dni. Owszem, siedziało się w radiu po 16 godzin, ale na dupie, nie nogach.

Cudem trafiła mi się Ewelina, koleżanka, którą poleciłam młodym, by zamówili u niej tort, bo baba wyprawia autentyczne cuda. Przyniosła go w piątek, usiadła ze mną i jakoś udało mi się ją namówić, by przyszła w sobotę na zasadzie – co będziesz w domu siedzieć, dzieci się tu wyszaleją, zarobisz i będzie wesoło. Więc przyszła zaraz po pracy, tuż przed obiadem i była mi prawa ręką. Wiele pomogła.

Kelner zaś przyszedł na imprezę, nie do pracy. Już gdy znosił kieliszki z niedopitym szampanem po powitalnym toaście i wypił duszkiem dwa, zaświeciła mi się lampka. Pomyślałam jednak, że też może mieć stres. To nie jest łatwa praca z przyklejonym bananem na misce. Jednak pan wydębił od młodego flaszkę i nawet nie wiem, kiedy ją obalił! Oczywiście upominałam go, że powinien teraz i teraz przejść się między stolikami, pozbierać brudne talerze i postawic czyste, kiedy goście tańczą, ale wykonywał polecenia i było dobrze. Stres się zaczął, gdy zupełnie olał stoliki i jął obtańcowywać panie. Na stołach leżały brudne, zwinięte w kluki serwetki, puste kartony, flaszki. Wtedy trafił mnie szlag. Mam doświadczenie w każdej dziedzinie imprezy, byłam nawet didżejem w dyskotece, a kelnerstwem trudniłam się długo w Niemczech. Wzięłam pana na ostre słowo. Później na bardzo ostre, aż go odesłałam do domu zapłaciwszy tyle, na ile się umawialiśmy. Faceci jednak maja problem z kobietami szefowymi, a ten dodatkowo prawie mógłby być moim ojcem. Najśmieszniejsze w tym wszystkim jest to, że chłop w Polsce miał swoje lokale. Nie, nie jeden lokal, ale lokale. To już wiem, dlaczego ich nie ma i siedzi w Anglii.

Na pewno w przyszłości nie zgodzę się na sprzątanie sali po imprezie. Albo krzyknę taką cenę, że młodym bardziej się będzie opłacało wziąć kogoś dodatkowo. Gdyż ja tez będę musiała zapewnić sobie wsparcie. To jest niewyobrażalna orka obsłużyć imprezę, posprzątać kuchnię (stosy garów) i jeszcze salę.

Wpadłam do domu prawie o szóstej (Ewelina wzięła Miśkę do siebie na noc, wczesniej umówiona byłam z Vlastą, że ją weźmie), zdarłam z siebie wszystkie szmaty, rzuciłam się na łóżko i... nie mogłam zasnąć. Pomogła kąpiel. Powiedzenie „nie czuję nóg” nie ma w ogóle sensu. Ja moje czułam wręcz przesadnie! Oraz przez dwa dni nie miałam nic w pysku, oprócz kosztowania potraw podczas ich przyprawiania.

Oto kilka zdjęć. Nie miałam czasu na tak zwane pierdoły, nie?

Młodzi.

Oczepiny.

Ewelina smaży krokiety i tańczy Makarenę.


Po raz kolejny w życiu przekonałam się, że człowiek jest w stanie podjąć się ogromnych zadań. Trzeba się tylko ich nie bać i wierzyć w siebie!

czwartek, 1 września 2011

Athina trzaska garami

Pojutrze wielkie polskie wesele, a od jutra rana wielkie gotowanie. Zakupy przyprawiły mnie o zawrót głowy. Te cholerne siaty! Zostały w sumie drobiazgi do nabycia, a ja ślęczę nad kartkami, zakreślam, dodaję, odejmuję.

Samochód nasz oddałam do znajomego warsztatu, więc drepczę, ale nie o to biega. Pan samochodowy doktor poradził sprzedanie Forda, bo jest jeszcze w cenie, a mi i Miśce po co limuzyna 2.0 litry? No i trzeba w niego sporo włożyć, bo poszły oba resory (myślałam, że tylko jeden), przegląd techniczny dodatkowo, podatek drogowy, wszystko naraz. Jest relatywnie nowy, ale ok, włożę w niego tę kasę, pojeżdżę rok i oddam za grosze? Pomijając fakt, że ubezpieczenie za dwa litry jest spore. Zupełnie mi się to nie kalkuluje. Nie jestem Cyganką, której dzieci nie mają co na siebie włożyć, ale ważne, że dobra fura stoi przed domem.

Samochód kupili nam tatuś i byłyśmy szczęśliwe. Ale nie zamierzam zostać bez, mam na oku jeden (kurwa, jak to się wszystko szybko dzieje), Astrę combi od mojej panny młodej. Ręka rękę myje, hihihi. Automatik.
- Ale ja lubię sobie pomieszać skrzynią. - powiedziałam do pana młodego.
- Ja też, ale tu, na tych rondach zobaczysz, jaka to wygoda. - odpowiedział.
Pan samochodowy doktor dodał, że będę kochała automatik. No chuj, jak hameryka, to hameryka.

Wracając do tłuczenia garami, nie mogę nie przytoczyć czegoś z bloga Baronowej Lorenzy. Blog ów zwie się nienawidze-gotować.blog pl., a autorka dała mi klucz do archiwum. Trudno się oderwać, bo nie o samo gotowanie tam chodzi....

„Mówiła mi pani Cesia, że w stanie wojennym stała w kolejce po jakiś artykuł podstawowy z kobitką, która opowiadała o książce kucharskiej, z której namiętnie korzystała. Książka została wydana za okupacji, a przepisy były mniej więcej takie: zamiast jajka bierzemy..., zamiast gnata bierzemy, zamiast mąki używamy, zamiast cukru..., zamiast garnka... To była książka na cholernie trudne czasy.”

Jak ja bym chciała tę książkę dostać w swoje łapy! Gdyby mi się udało zamiast karkówki, zamiast bigosu, zamiast jebanych krokietów...

Dzisiaj trochę krzątałam się po kuchni, a Miśka szalała między dekorowanymi stołami i krzesłami. Te balony ściągano, by zastąpić je właściwymi, a moja córka chciała wszystkie stare brać do domu. Nie wiem, po kim ona to ma, że jej się wszystko przyda.


Trzymajcie za mnie kciuki, bo to moja inauguracyjna impreza. Duzo od niej zalezy.