poniedziałek, 29 sierpnia 2011

Likier pomarańczowy na pożegnanie

Wiecie jak się robi likier pomarańczowy? Przepis jest bardzo prosty.
Wysyła się Ds do sklepu po wódkę i sok pomarańczowy. Ds wraca z butelką syropu pomarańczowego, bełta drinki jak z sokiem i mamy pyszny likier. Prawda, że prościej by się nie dało?

Pojechali... Właśnie wróciłyśmy z Miśką z lotniska. Dziecko bardzo płakało.
- Nie płacz, jeszcze się przecież spotkamy. - tłumaczyłam zza kierownicy.
- Aaaa, aaa, aale, wieeesz, jak ttoo jesst, jaak człoowiek kogoś poluuuubi. - biedna się zanosiła.

Muszę przyznać, że Miśka świetnie się spisała jako ta starsza siostra. Tomek nazywa ją Wula (Jula) i też cholernie się z nią zżył.

Czy ja wcześniej nie wspominałam, że kocham Internet? Poznałam świetną babę, przy której czułam się swobodnie i naprawdę dobrze. Żadnego łażenia na paluszkach przy gościach, grania, naginania się. Normalnie jak w domu.

Żeby ten Paryż był trochę bliżej. Tak czy siak wiem, że nie znikniemy sobie z „oczu”.
Dzięki Ds za naprawdę miłe chwile.

8 komentarzy:

  1. No!
    Paryż to wcale tak daleko nie jest, nie marudź :P





    A Miska ma boskie buty na zdjęciu :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Świetny przepis, świetny! Całkiem jak cygańska zupa na gwoździu :)))
    Cieszę się, że tak się dobrze ze sobą czułyście. Ta Europa to jednak duża wioska ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Ech, Anovi, żeby to chociaz bylo tak, jak do Daisy. Ale masz racje, nie marudze.;)

    Małgośka, prosty jak drut. Tylko glowny skladnik odjechal:)))))) Bylo naprawde fajnie, wiejsko, sielsko:)

    OdpowiedzUsuń
  4. Dobrze tak... Wlasnie tak, jak byc powinno... :-)

    OdpowiedzUsuń
  5. żebyż ten Paryż albo inna Warszawa...:) likier, ech, marzenie...

    OdpowiedzUsuń
  6. nie, nie, to ja dziękuję!!!! będzie powtórka, zobaczysz.
    Tomek wczoraj w taksówce domagał się Wuli :)

    OdpowiedzUsuń