wtorek, 30 sierpnia 2011

Tatuś i ich stringi

Siostra doniesła, że tatuś ze trzy razy umawiali się ze swoją dentystką na naniesienie małych poprawek w szczęce i trzy razy odwoływali oraz przekładali terminy. Ciężkie buty mieli, bo byli w fazie rozcieńczania krwi.

Po szlajankach doszli do siebie, odsztafirowali się w odprasowane na kanty polo i bojówki do kolan, gdyż upały nawiedziły Legnicę nieziemskie i poszli do doktorki. Ona zaś była na niego już tak wkurwiona za te blokady w kolejce, że na dzień dobry wykrzyknęła – a jak pan przychodzi do mnie ubrany?!

Moim zdaniem mogła go opierdolić za wszystko inne, albo za rzeczywisty powód wkurwa, ale za ubiór? Tatuś tez przez chwilę pozostali w konsternacji, a potem wykrzyknęli:
- A co, w stringach miałem przyjść?!

poniedziałek, 29 sierpnia 2011

Likier pomarańczowy na pożegnanie

Wiecie jak się robi likier pomarańczowy? Przepis jest bardzo prosty.
Wysyła się Ds do sklepu po wódkę i sok pomarańczowy. Ds wraca z butelką syropu pomarańczowego, bełta drinki jak z sokiem i mamy pyszny likier. Prawda, że prościej by się nie dało?

Pojechali... Właśnie wróciłyśmy z Miśką z lotniska. Dziecko bardzo płakało.
- Nie płacz, jeszcze się przecież spotkamy. - tłumaczyłam zza kierownicy.
- Aaaa, aaa, aale, wieeesz, jak ttoo jesst, jaak człoowiek kogoś poluuuubi. - biedna się zanosiła.

Muszę przyznać, że Miśka świetnie się spisała jako ta starsza siostra. Tomek nazywa ją Wula (Jula) i też cholernie się z nią zżył.

Czy ja wcześniej nie wspominałam, że kocham Internet? Poznałam świetną babę, przy której czułam się swobodnie i naprawdę dobrze. Żadnego łażenia na paluszkach przy gościach, grania, naginania się. Normalnie jak w domu.

Żeby ten Paryż był trochę bliżej. Tak czy siak wiem, że nie znikniemy sobie z „oczu”.
Dzięki Ds za naprawdę miłe chwile.

wtorek, 23 sierpnia 2011

U Daisy

Najpierw chciałabym podziękować Daisy, Dochtorowi i Morycowi za wspaniałą gościnę. Było cudnie, acz niestety krótko. Chociaż w sumie to chyba lepiej odjechać zanim się gospodarzom dziurami od nosa nie wyłazi, nie?

Nie będę opisywała, jak było. Pokażę Wam.














Cała rodzina Daisy jest przeurocza i jestem szczęśliwa, że poznałam ich w realu:)

czwartek, 18 sierpnia 2011

Kiełbasa...

Siadamy z ds do późnego śniadania po dziatwie, jak matki Polki.
Ds patrzy na mnie i wzdycha:
- O rany, chleb z kiełbasą od rana!
- O, rany! Jogurt z płatkami od rana. - odpowiadam i rechoczemy.

Dżem nie tknięty, miód też, o rogalikach nikt nie wspomniał. Pffff, ale mi chrancuzy...

Jutro jedziemy do Daisy. Ojapierdolę, jak się ciesze!

środa, 17 sierpnia 2011

"Będzie Józek, będzie wózek"

Tak mawiał teść mojej kuzynki, gdy chodziła w ciąży.
A dla Józki dwa wózki? - pogwizdywała ona szyderczo chociaż marzyła o chłopcu.

Pożyczyłyśmy wózek od Vlasty mimo, iż ds twierdziła, że od dawna nie używają. Wiadomo, wożą się autem. Skąd ja to znam, ale droga do centrum daleka, a nasz samochód ma niesprawny resor i naprawa odbędzie się dopiero pod koniec miesiąca.

Gdy wyprowadzono wózek na ulicę, Tomek od razu wiedział, co ma robić. Było hop i już. Miśce żal dupę ścisnął i przez całą drogę marudziła, jakie chodzenie jest głupie, jak ją bolą nogi i ile by oddała, by być na miejscu Tomka. Nie wspomnę, że wczoraj przelatała cały dzień na obcasach i nawet nie pisnęła, dziś tenisówki były za ciężkie. Ona niestrudzenie potrafi kwękać, gdy czegoś chce.. A ja wtedy mam ochotę z czystej przekory upierać się, że nie. Gdybym ale powiedziała jej, że oto idziemy do centrum po wypasioną zabawkę, szła by boso po szkle. Inna sprawa, to mój brak konsekwencji. Ds załatwiała to swoim stoickim spokojem, że Tomek teraz też powinien trochę pochodzić, czym zrzucała mi kamień z serca i ścierała pianę z pyska.

I tak trzylatek z ośmiolatką na przemian dzielili się wózkiem!

Kiedy weszliśmy do katedry, bąknęłam pod nosem, że ci wszyscy ludzie zaraz zaczną się modlić o zdrowie Miśki, no bo sorry... Widzieliście kiedyś, jak wygląda taka wielka krowa w spacerówce? Co najmniej przykro! A ds na to:
- To przecież nie zaszkodzi. - słodkie.

Tomek jest cudnym i bardzo ufnym dzieckiem. „Kala”, co znaczy przytulić się, wypowiada uroczo wyciągając rączki. Pomijam fakt, że chytrze chce, by go ponieść, ale tym, że chce się przytulić kupuje mnie zawsze.

Szczęka opadła mi wczoraj (już przedwczoraj) osiemset razy, gdy ds go wykąpała, położyła do łóżka, wycałowała, zgasiła światło, zamknęła drzwi i zeszła na dół.
- I on teraz będzie spał? - wywaliłam gały.
- Powinien...
I spał. Ile ja bym dała za to, gdy Miśka miała trzy lata. Tak jest, rozmemłałam swoje dziecko, a dowodem jest dzisiejsza akcja z wózkiem. Wstyd mi było.

Dudek gości przyjął bardzo spokojnie, tylko troche się wczoraj wycofując. Olly ofukanął Tomka na wejściu, jak każdego nowego, a dziś już luzika. Ds bardzo się jeszcze godzine temu śmiała, że Duda, stary grat bawi się z nią sznureczkiem.

- Przyszedł z dzielni pełen energii, pewnie nie poruchał. - podsumowałam, czym wywołałam u ds głośny chichot.

A wózek stoi w jadalni i Olly się w nim mości, oraz Tomek do koszyka schował Dudy miche.:))))

Jutro basen, dworzec i kupowanie biletów do Daisy na piątek.:)

niedziela, 14 sierpnia 2011

Lot odwołany, ds na walizkach, a ja patrzę na Hiszpankę...ę

„Lot odwołany, nie jedź na lotnisko” napisała dziś ds o 15.45 czasu angielskiego. Miśka natychmiast zalała się łzami, a ja siadłam w ogrodzie z jedną myślą – czy w ogóle przylecą?

- Ja wiedziałam, że to tak będzie – buczało dziecko.
- Co wiedziałaś? - zapytałam.
- Że odwołają lot, głupie samoloty! - medium jakieś, czy co?
- Spokojnie, jeszcze nic nie wiemy...

Ds poinformowała mnie, że odwołano z przyczyn technicznych. I chwała im za to. Gorzej, jakby się te przyczyny podczas lotu odezwały. Najważniejsze, że jutro będą. Będą, będą, będą.... już nic nie ma prawa się wydarzyć.

I tak to GUPIE samoloty brutalnie ograbiły nas z jednej nocy, gdzie Polaków rozmowy słychać po świt. No prawie by tak było, gdyby nie dzieci, ale zawsze ograbiły!

Poza tym Miśka nie mogła się doczekać, by pochwalić się swoimi nowymi butami. Uwierzcie mi, że wczoraj wieczorem umyła je i poszła z nimi spać!

Oryginalne hiszpańskie buty flamenco. Kupione na miejskim bazarze za 2 funty, a jak nowe.
Zajebiste, nie? Wiem, że jedna osoba spośród tu zaglądających piśnie z zachwytu...


Ile bym dała za takie buty, będąc dzieckiem. Miśkę już w sumie mało może zadziwić, a jednak poszła z nimi spać.
Jutro będzie się lansować na lotnisku.
A teraz podziwia...

wtorek, 9 sierpnia 2011

Power baba

Rozpierducha w Manczester... (od Ines z FB)

Obraziłam się na Ekino. Na ostatnim sezonie Frasiera od 16 odcinka ciągle mam błąd w połączeniu. Sprawdzałam na innych serialach, to samo. Czyli albo borykają się z jakimś problemem, albo zmuszają natrętnych oglądaczy za friko do opłacenia konta premium. Cudem udało mi się, po wielokrotnych staraniach obejrzeć ostatni odcinek.

Genialny sitcom, kocham ich zawoalowany, inteligentny dowcip, a ten sytuacyjny często zmuszał mnie do powtarzania scen.

Z Frasierem robiłam milion krokietów, bigos, porcjowałam mięsa na wesele. Prasowałam i chadzałam do łóżka. Jak przyszedł czas prania wykładzin, to się Ekino na mnie wypięło było, o!

W poszukiwaniu innego źródła, dzięki któremu mogłabym uzupełnić zaległe odcinki trafiłam na megawypas.pl i choć nie znalazłam swojego sitcomu, to teraz słucham se radia. Sentymentalnie włączyłam RMF, które karmiło mnie przez lat kilka. Stara muza, brak charyzmy, brak dobrych programów, ale mimo to spędziłam z tym radiem cały miniony poniedziałek... Ale do wykładzin wróćmy.

Kiedy zima chyliła się ku końcowi, wypożyczyłyśmy z Hanką na spółkę maszynę czyszczącą. Dostaje się ją na dobę, więc ja objechałam swoje włości po południu, Hanka następnego ranka. Problem w tym, że maszyna zmoczyła nam te wykładziny, a nie odessała ani grama brudnej wody. Brodziłyśmy w bagnie kurwując i chujując, ale, co śmieszne, dalej piorąc. W maszynie był nawet zbiornik na rzeczone błoto... Suchy. Oddałyśmy gówno z mocnym postanowieniem, że od NICH już w życiu nie weźmiemy.

Całe szczęście, że to był okres grzewczy, inaczej schło by to wszystko na pewno dłużej niż cztery dni. Gdyby roztocza świeciły jak robaczki świętojańskie, z pewnością nasze domy byłyby wtedy widoczne z kosmosu jak mur chiński.

Każda gospodyni wie, co stało się później. Plamy wyszły i wykładziny wyglądały jeszcze gorzej. Hanka ma takie w sprytne desenie i nie widać tak mocno, ja załamałam ręce. Jakiś czas później wyprałam salon – szczotką i na kolanach. Wczoraj tą szczotką zawojowałam całą górę domu, schody i jadalnię. Na salon zabrakło mi sił, a znów trzeba prać... Tymczasem muszę odpocząć. Boli mnie każdy kawałek ciała, a barki tak, jakbym miała postępujący reumatyzm.

Wróćmy jeszcze na chwile do radia. Trąbiono przez cały dzień, że jest kumulacja, 40 tysięcy zeta. Wystarczy wysłać sms o treści nazwy miasta, w którym się obecnie znajdujemy. Stare to i wiadomo, że po odebraniu telefonu należy „wyśpiewać” - RMF najlepsza muzyka. Natychmiast przypomniało mi się, jak latałam z moją siostrą po rynku w Legnicy w poszukiwaniu wielkich i słodkich truskawek, jakie nabyłyśmy tydzień wcześniej. Nagle zadzwonił jej telefon w torebce. Stanęła najeżona i jedną ręką odepchnęła mnie odruchowo, wszystkim dookoła wrzasnęła CICHO, drugą wygrzebała telefon i wyryczała – RMFNAJLEPSZAMUZYKA!, a po drugiej stronie odezwała się zdziwiona mama – Co, już się nachlałaś?!

Na koniec powiem, że nic się w mojej ojczyźnie nie zmieniło biorąc pod uwagę natręctwo lecznicze na każdym kroku. Ciągle 90 procent reklam to leki. Dosłownie na wszystko. Na pajączki na nogach, na menopauzę, na pamięć i koncentrację, by nie zapomnieć ubrać majtek, na pocenie się... Na każdym kroku reklamy huczą jacy jesteśmy starzy i chorzy, kurwa! Ja się nie dziwię starym hipochondrykom, te reklamy lasują mózgi, przygnębiają i sieją samo zło. A później nie dziwota, że zdrowe konie w Anglii pyszczą, że na ból gardła dostali paracetamol, bo powinni od razu antybiotyk, środek osłonowy oraz wizytę u specjalisty na wymaz, czy nie ma gronkowca...

Jeśli zamieszki w Anglii dotrą do Derby, proszę o lek na przepoczwarzenie się w super babę, która na jednym wdechu ustawia brać pod murem, a na wydechu gasi ogień. Jeszcze w łapie by mi się przydał power, ale nie powiem po co;)

Lek może się nazywać power baba. Taka slodka kumulacja wszystkich tych lekow w wiekszosci i tak dla kobiet.

czwartek, 4 sierpnia 2011

Masala

Na konto wielkiego weselnego gotowania nabyłam równie wielką zamrażarkę. Nie wiem, jak ja mogłam przez rok żyć bez niej. Cóż, nachodziłam się codziennie po sklepach i tyle. A ile przepłaciłam...

Wraz z zakupem zamrażarki otworzyły się przede mną możliwości zamawiania większych ilości mięsa z fabryk, warzywa mi nie więdną, promocje ramadanowe aż się proszą, by zgromadzić w domu szerszą gamę ryb. Dzizas, jak ja uwielbiam ryby i owoce morza! No i nareszcie piję Frape z lodem, a pan ze sklepu mięsnego nie przewraca oczami, bo nie kupuję czterech wątróbek drobiowych. To dla kota – musiałam zawsze dodawać, gdyż miałam wrażenie, iż jestem upierdliwym klientem.

Ponieważ mam teraz tego mięsa w pizdu, głównie indyka, koty cieszą się najbardziej. Dudek odróżnia nawet kiedy na desce kroję coś, a kiedy mięso, on to po prostu słyszy i przednimi łapkami szoruje po drzwiczkach od mebli natrętnie się o mnie ocierając. Olly bardzo warczy nad swoją porcją, broniąc jej chyba przed Dudkiem, bo ja przecież nie dybię na jego żarcie... Kocury tak się wczoraj nażarły, że dziś tylko po kęsie, dosłownie i ciągle śpią.

Ja natomiast postanowiłam wypróbować słynne egzotyczne Masala. Odmian tej Masali jest od ciula pana. Masala do kurczaka, mięsa (wiem, że to brzmi dziwnie, bo kurczak, to też mięso, ale nawet na odwrocie jest w przepisach tylko słowo mięso, więc może chodzi o baraninę na przykład), ryb, ryżu, i jeszcze wiele, wiele innych. Masala jest gotową kompozycją przypraw, w przepisach zaleca się dodanie na przykład świeżego imbiru, czosnku i papryki chili.
Zrobiłam gulasz na ostro i nażreć się nie mogę, tak mi smakuje oraz jest tylko mój, bo reszta rodziny tego nie lubi, hyhyhy.

Wcześniej próbowałam sama komponować przyprawy, żeby było po hindusku, Masala pokazała mi, że z nią jest profesjonalniej i przede wszystkim taniej. 100 gram kosztuje 69 pensów i według przepisu wystarcza na jakieś 4 kilo mięsa.

- Ty, weź mi przediluj tę Masalę! - krzyknęła siostra na skypie. Anovi jej zawtórowała. To ja może od razu zapytam. Komuś Masalę?

poniedziałek, 1 sierpnia 2011

Pamiętacie kultowe ciasto PRL-u - blok czekoladowy?

Moja ciocia robiła taki, że smak pamiętam do dzisiaj. Mama chciała go jakiś czas temu odtworzyć, ale pomyliła przepisy z salcesonem w butelce. To zdecydowanie nie to.

Tajemnica smaku tkwi w niebieskim mleku w proszku. Nie wiem, czy jest ono jeszcze w sprzedaży. Taka niebieska plastikowa torebka i na niej napis mleko w proszku, w sumie nic więcej, jak dobrze sięgam pamięcią. Może być też każde inne pod warunkiem, że będzie pełne i miałkie.

Składniki:
1 szklanka cukru (lub mniej, zależy jak kto lubi)
250 r masła
½ szklanki wody
3-4 łyżki kakao
400 g niebieskiego mleka
wafle lub herbatniki
rodzynki, orzechy

Przygotowanie:

Masło rozpuścić w garnuszku, dodać cukier, wodę, kakao, wymieszać i ostudzić. Powinno być co najmniej letnie. Do dużego garnka wsypać mleko, pokruszone herbatniki, rodzynki, orzechy. Dodać masę maślaną i dokładnie wymieszać. Wszystko potem można wylać na blaszkę wyłożoną folią aluminiową albo waflami, którymi można ją też przykryć. Następnie odstawić do schłodzenia.

Trudno mi opisać, jak bardzo zajadaliśmy się tym w dzieciństwie. Normalnie rarytas w porównaniu z wyrobem czekoladopodobnym... na bazie margaryny. To było paskudztwo wrednie przyklejające się do podniebienia. Tłuste i bez smaku, fuj.

Salceson tez jest fajny. Przepis znajdziecie w Google wpisując – ciasto salceson w butelce.

Następnym, godnym uwagi przepisem jest Stefania, która też sięga pamięcią PRL-u.

Moja babcia piekła na wszystkie święta makowiec, jabłecznik i sernik. Makowca nie lubię do dziś, a rolada makowa mogłaby dla mnie nie istnieć wcale. Jabłecznik średnio, za to sernik tak, ale te skórki z pomarańczy mogła sobie babcia darować.

Ciocia zaś robiła nam ciasta bez okazji, o, na weekend na przykład. Takie właśnie PRL-owskie tanie wynalazki i one były najpyszniejsze. Uwielbiałam oblizywać łyżki i miski. Jako najstarsza wiedziałam, kiedy ustawić się w kolejce.

Obleciałam dziś wszystkie polskie sklepy na Dzielni w poszukiwaniu niebieskiego mleka. Nie ma. Jutro rano zajrzę do miłej Polki w centrum i zamówię. Muszę zrobić blok czekoladowy. Tak mnie napadło, że aż mi się przyśnił.

Macie jeszcze jakieś przepisy z tamtych lat, które uwielbiacie, a zostały zapomniane?