środa, 13 lipca 2011

Zara wakacje

W przyszłą środę jest koniec roku szkolnego. Ufff, wzdychają dzieci, oraz po trochę matki, bo koniec z odrabianiem lekcji i gimnastykowaniem się, jak bezboleśnie dla ich nerwów nauczyć gnoja tabliczki mnożenia. Ja na ten przykład wielokrotnie przewracałam oczami ocierając się niemalże o zeza rozbieżnego.

Angielska biblioteka publiczna zorganizowała na czas wakacji super akcję. Za każde dwie wypożyczone książki tygodniowo dziecko otrzymuje naklejki i bonusy, a na koniec, który jest przewidziany na wrzesień nagrody specjalne dla pilnych czytaczy.

Przefajna akcja! Pamiętam taką w mojej podstawówce, ale podczas roku szkolnego. Uczeń, który wypożyczył dużo książek, dostawał jedną na apelu końcowym, jako bonus za czytanie.

Miśka jest tym zauroczona, wypożyczyła wczoraj trzy książeczki pod moim nadzorem, bo sięgała po te najgrubsze, buehehe. Ja przy okazji wzięłam dla siebie coś dla nastolatków, gdyż wcześniej wypożyczałam w głównej filii jedynie powieści po polsku.

Pamiętam słowa Daisy sprzed dwóch lat: „Weź sobie w miarę łatwą książkę po angielsku, czytaj i tłumacz czego nie zrozumiesz.” Teraz, po gramatycznej edukacji jestem na to gotowa.

Ponadto w przyszły wtorek Family Learning organizuje party. To dla dziatwy wielkie wydarzenie, dla matek ponadplanowe gotowanie, bo każda ma przynieść coś. W moim przypadku cosiem ma być polska sałatka jarzynowa.
- Ale sałatkę już znacie. Chciałam pokazać wam tym razem coś innego polskiego. - nadęłam się.
Myślałam o fasolce po bretońsku, z wędzonym boczkiem i, no wiecie, z gustem podejść do tej fasoli. Jednak sałatka, po ostatnim jej serwowaniu stała się hitem w szkolnych murach. Czyli dodatkowo zrobię fasolkę. Niech posmakują, jak z byle, za przeproszeniem, gówna można spłodzić coś naprawdę smacznego.

Z kocich wydarzeń. Olly łazi po ogrodzie i wraca do domu. Kładzie się na sofie w jadalni i śpi. Nie muszę nadzorować każdego jego kroku. Nie muszę pilnować, by drzwi do ogrodu bezwzględnie były zamknięte. Muszę natomiast kontrolować wychowywanie młodego przez starego, bo Olly na tę chwilę chyba by poleciał za Dudą w ogień. A jak Olly umie wdzięcznie dostawać wpierdol od Dudka, oraz się o to prosić. Normalnie fascynujący koci świat!

6 komentarzy:

  1. Athina, jak Ty pięknie potrafisz sprawić mi przyjemność środku chujowego dnia.

    OdpowiedzUsuń
  2. tak, fasolka po bretońsku to jest to:))))tylko ja Ci współczuję gotowania;D
    A Olly wdzięcznie wrzeszczy gdy Duda go wychowuje!:))))))))

    p.s. fajnie, że Miśka czyta:))))))

    OdpowiedzUsuń
  3. Daisy ma całkowita rację, ja tez tak uczyłam się włoskiego z tym, że zaczynałam od lektur syna:)) Jemu nie chciało się czytać a ja pochłaniałam książki o indianach i innych przygodach podróżników (takie lektury są w ostatniej klasie podstawówki we włoszech). Bardzo mi pomogło tez czytanie kolorowych czasopism dla pań:)) Co do dań polskich to we włoszech furorę zrobiły klopsiki w sosie pieczarkowym:)))

    OdpowiedzUsuń
  4. Izabello, takie komentarze uwielbiam czytac:D:)

    ade, ale nie slyszalas jak niebezpiecznie prycha, buehehehhe! Faasole kupie juz ugotowana w puszce, tylko omaste zrobie po naszemu. Dosc bede miala roboty przy salatce przecie;)))

    kiciaszara, no ja w sumie tak samo zaczynam. A klopsiki w pieczarkach... Niezla mysl:) Kiedys im upichce;)

    OdpowiedzUsuń
  5. Athi, nie kupuj w puszce! Toż jak kupisz świeżą, to namoczysz na noc i rano możesz już gotować. Ta z puszki jest niedobra!

    OdpowiedzUsuń