poniedziałek, 11 lipca 2011

Takie oto łapy!

Najlepszy na świecie krupnik jest ten, ugotowany na drobiowych łapkach. Przynajmniej w moim domu. Dziecię me w Polsce w podskokach klaskało rączkami, gdy wyławiałam z zupy łapki na duży talerz i zasiadałyśmy z taką ucztą przed telewizorem. Cmokałyśmy przy tym niemiłosiernie i naprawdę szkoda nam było dzielić się tym z psem i kotem.

Polskie łapki są czyste, białe, pozbawione skóry, poza odciskami do wycięcia w wewnętrznych ich stronach oraz pazurkami. Mięsiste, bo kij wie jak hodowane są te kurczaki. W Polsce. W Anglii nie dostanie się łapek w supermarkecie czy sklepie mięsnym, bo one oraz wszelkie kości po wycięciu udek i piersi przerabiane są na karmę dla zwierząt, w tym także dla kurczaków. Wiecie, że kurczak w fabryce od momentu wyklucia się do uboju potrzebuje tylko 4 tygodni?

Nieraz wyciskał mi łzy z oczu smród wydobywający się z położonej nieopodal kurskiej fabryki stodoły przerabiającej odpady...

Oczom mym nie mogłam dać wiary, gdy zobaczyłam łapki w hinduskim supermarkecie. W wielkiej zamrażarce, w jedno kilowych workach. Mimo iż miałam inne plany na ten obiad, od razu zmieniłam je na krupnik. Zapłaciłam za łapy jakieś szczane pensy, dokupiłam resztę produktów i w te dyrdy poleciałam do domu.

Wysypałam je do wody, po godzinie wróciłam i się lekko podłamałam. Z każdej sztuki trzeba było ściągnąć skórę od A do ZET. A to, moi kochani sprawa nie jest łatwa, wszak łapka na przodzie ma coś w rodzaju łuski i ściąga się to do autentycznych zakwasów śródręcza. Im więcej obierałam, tym więcej moim zdaniem leżało jeszcze w zlewie. Łapy się mnożyły i rosły do rozmiarów syzyfowych prac! A ja, jak każda pierdolnięta Polka, mówiłam sobie, już tyle zrobiłam, to dokończę! Bo tu nie szkoda tych szczanych pensów, lecz dotychczasowej pracy i zaplanowanej uczty. Takiej, jak w Polsce.

Gdy dziecko wróciło ze szkoły byłam w połowie obierania, a gdybym kupiła skrzydełka, krupnik już by był letni. Zjadło pizzę ze sklepowej zamrażarki, a ja wróciłam do pojedynku z łapkami... Czułam już tylko wielki bunt, a na pysk cisnęły mi się słynne polskie kurwy. Ostatnie, wyjątkowo brudne egzemplarze cisnęłam z wielka ulgą do śmieci.

Niespodzianka czekała mnie później, kiedy do późnego wieczora gotowałam łapy, a one nie chciały być miękkie. Nawet skórka na nich nie pękała na znak, że oto dochodzą. Wyjęłam trzy dla Miśki.
- Mamo, twarde, niedobre. - wykrzywiła usta.

Pojęłam, że kupiłam łapy z kur, które Hindusi sprzedają po 2 funty za sztukę na rosół. Twarde sztuki, a mięso z nich oddaje się psom i kotom, bo człowiek nie jest w stanie tego pogryźć.

I takie oto łapy, tyle roboty, gotowania, a wszystko na jedno wielkie i siarczyste... Pffffffffff!

4 komentarze:

  1. nie ukrywam że zrobiło mi się słabo...jakoś nie potrafie sobie wyobrazić siebie gotującej te łapki;/.A co dopiero JEDZĄCEJ je.
    Nigdy czegoś takiego nie kupowaliśmy.Może cos tracę,ale wolę nie spawdzać;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja sie tak oduczałam kupowac "świeże" ryby. Za piatym razem dałam sobie siana, Ty jesteś lepsza. Łapiesz w mig! :-)
    Szeh

    OdpowiedzUsuń
  3. No nie chce mnie tu blogspot, motyla noga!

    OdpowiedzUsuń
  4. Tuv, nie kazdy je lubi, fakt:) My uwielbiamy, az do zaklejania mordy:)Mojej kuzynki facet kiedys zrobil galarete na lapkach, ale NIE WIEDZIAL, ze trzeba odcinac pazury, hehehe. jadl sam:)

    Sze, zalapalam, bo na niektorych jeszcze bylo po kilka brazowych pior i lapy nie byly az tak miesiste. Generalnie, to one mi obrzydzily lapki w ogole. Ryby i owoce morza kupuje u Pakistanczykow z zamrazarki, sprawdzone, sa spoko. Za to Hindus ma wiekszy wybor, ale niektore az sa pomarszczone od tego lezenia i lezenia w zamrazarce.;)

    Anonimowy, a ktos Ty? Zuzi?

    OdpowiedzUsuń