sobota, 9 lipca 2011

Rozdzial nowy, kateringowy

Nie pisałam Wam dotychczas, że polska knajpa, w której kuchni szefowałam zamknęła swoją działalność. Nadzieja, że ponownie zostanie otwarta po zdobyciu certyfikatów między innymi na instalację elektryczną istniała jeszcze w maju. Niestety, koszty wszystkiego, co znajdowało się na liście przekazanej przez Council przewyższyły możliwości finansowe mojego szefa. Tym bardziej, że nie mógł działać i sukcesywnie naprawiać. Musiał najpierw to wszystko zrobić.

Na pewno zawinił on sam, bo należy znać przepisy biorąc się za jakąkolwiek działalność. Miejsce publiczne, jakim jest restauracja musi mieć aktualne atesty na elektrykę, instalację gazową, sprawne alarmy przeciwpożarowe i nie zastawione starymi kanapami wyjście ewakuacyjne. Jednakże szef zatrudnił prawnika, z pochodzenia Polaka, by ten mu na początkowej drodze pomógł oraz spisał umowę z wynajmującym lokal Hindusem. Prawnik sporządził umowę wyłącznie na korzyść Hindusa, który nie musiał partycypować w żadnych kosztach, nawet tych dotyczących przeciekającego dachu w kuchni i nie zadbał o odbiór lokalu w stanie umożliwiającym natychmiastowy użytek.

Jest lepiej. Umowa została podpisana na pięć lat bez możliwości jej zerwania, a to już w ogóle jest dla mnie jakiś kosmos. Każda umowa, nawet na czas nieokreślony posiada klauzulę z powiedzmy trzymiesięcznym okresem wypowiedzenia. Ta nie ma. Można by pomyśleć, że chroniła mojego szefa przed wynajmującym, by ten po roku nie powiedział won, a knajpa funkcjonowałaby wyśmienicie. Bzdura. Wynajmujący chce swój czynsz, to wszystko. Wnioski z tej całej historii zostawię dla siebie, ale nie są one pochlebne ani dla Hindusa, ani prawnika.

W każdym razie moja praca w knajpie nie została bez echa. Kiedy przejęłam kuchnię, menu było okropne. Znaczy w karcie dań wszystko czytało się apetycznie, ale w praktyce to była kaszana.
- Kapuśniak z pieczarkami, groszkiem na słodko kwaśno. (?)
- Żurek na słodko kwaśno. (?)
- Zupa jarzynowa z przewagą groszku, a reszta jarzyn to rozgotowane flaki.
- Bigos ze świeżej kapusty z baraniną. (?)
- Gołąbki w sosie baskijskim. Sos świetny, ale ludzie pytali o tradycyjny pomidorowy.
- Flaki wołowe śmierdzące wniebogłosy na słodko i całą chmarą marchewki!
- Gulasz do placków po węgiersku. On był hitem. Pyszny. Dostałam przepis.

Zachowaliśmy menu prawie w całości, tylko kucharz się zmienił i zaczęły się pochwały. Stali goście kazali wywlekać mnie z kuchni, by gratulować. Pracowałam wtedy z Ewką -kierownicą, która też miała niemały wkład w ten sukces. Przede wszystkim wysprzątała oblepioną brudem i tłuszczem kuchnię na cacy oraz pilnie stosowała się do moich przepisów. Poza razem, kiedy se, ot, bo tak jej wpadło do głowy, dosypała koperku do farszu na pierogi LEGNICKIE. Była jatka, hehehe.

I teraz, moi kochani, dostałam zlecenie na katering weselny, na 40 osób. Tylko dlatego, że potrawy były godne polecenia i zleceniodawczyni szukała mnie po całym mieście. Mówiła, ze wykonała mnóstwo telefonów, aby w końcu dostać mój numer od osób zupełnie jej nieznanych. Jak to się mówi, nic nie dzieje się po nic oraz każde doświadczenie w życiu ma swój sens. Tym bardziej tak myślę, bo mój szef wysłał mnie na szkolenie z higieny i bezpieczeństwa żywności. Papier, wystawiony na trzy lata jest u mnie w domu, na moje nazwisko i żadna służba nie zabroni mi gotować publicznie.

Fajnie, bo lubię tłuc garami, a zwłaszcza, gdy ma to kto jeść. Za forsę już w ogóle...

5 komentarzy:

  1. Bo umowę to trza umić podpisać nie?!

    Też lubię tłuc garami, jak jest dla kogo. Jakby jeszcze za to zapłacili to już wogóle byłabym zadowolona :) Póki co w domu płacić nie chcą ino żądają :p

    OdpowiedzUsuń
  2. W domu to sie nazywa je***y wolontariat:P:))))

    OdpowiedzUsuń
  3. W DE wszystkie umowy takie są. To był nasz największy problem przeprowadzkowy. Na szczęście wszystko załatwilismy polubownie. Znaleźliśmy następcę (chociaż właściciel nie musiał go przyjąć). Zabezpieczają się jak mogą. Tyle, że poza prawami właściciel ma tez obowiązki i się tego przestrzega. Przewaznie :-)
    Szeh

    OdpowiedzUsuń
  4. Sze, jak to wszystkie? Moj byly facet, Niemiec wynajmowal dwa lokale gastronomiczne z klauzula o wypowiedzeniu. Potem sprzedal wszystko bez problemow. Moja szefowa na moich oczach wypowiadala umowe najmu lokalu. Upieram sie, ze kazda umowa powinna byc przez obie strony rozumiana, a nie, bo takie sa zasady i tak w danym panstwie jest.

    OdpowiedzUsuń
  5. Ty, żebyś wiedziała, że j****y wolontariat ;)

    OdpowiedzUsuń