czwartek, 17 lutego 2011

Słów kilka

Tadam! W końcu zapisałam się do szkoły i od dzisiaj jestem studentem Entry Level 3 w Derby College, a od 2 marca będę się pilnie uczyła języka angielskiego, ha!

Ale to jeszcze nic. Od poniedziałku jedziemy z Ewką i Hanką (sąsiadką) z dietą kopenhaską.
Wczoraj na obiad miałyśmy: gotowany szpinak 100 g, 1 świeży owoc, 1 pomidor.
- Ty, ale nie jest napisane, jaki to ma być owoc, cynie? - zapytała Ewka.
- Dwa lata temu jadłam jabłka. - odpowiedziałam mechanicznie, nie patrząc na jej szelmowską minę.
- Owoc, to owoc i jeden. Może być ananas? - zamrugała.
- Albo melon? - dołożyła Hanka.
- A czereśnię to nie łaska? - zapytałam przekornie.
- Jedną?! - krzyknęły chórem. – Chyba cię oko boli. - Hanka zakończyła dyskusję. Zostałyśmy przy jabłkach. W grupie jakoś raźniej się odchudza i śmiechu jest codziennie co niemiara, zwłaszcza przy omawianiu menu.

Ale to też nic. Mój samochód sam się przepoczważył na model z automatyczną skrzynią biegów. Normalnie jadę i...
- Ewka, dwójka! - ta jeb i mam dwójkę.
A wszystko zaczęło się od zaciągania przez nią ręcznego tuż po zaparkowaniu. Ja zawsze zostawiam na biegu, poza wzniesieniami rzecz jasna.
- No sama mi ręka leci. - broniła się, gdy znacząco wzdychałam.
W ogóle pękałam z niej na początku. W strasznym szoku jeździła na miejscu pasażera ciągle zaciskając powieki i depcząc niewidzialny pedał hamulca.
- Ciągle mam wrażenie, że zaraz w coś przypierdolimy. - usprawiedliwiała się. Też przez to przeszłam i wiem, jak czuje się kierowca siedzący na swoim miejscu bez steru.

Niedawno jechałyśmy autostradą, gdy nagle zaświecił się „księgowy”.
- Tu zaraz powinna być stacja, muszę dolać paliwa. - rzekłam pod nosem, zobaczyłam zjazd i nie zwalniając zmieniłam pas. Ewka popatrzyła na mnie raz, drugi i nagle całkiem bez emocji powiedziała...
- Zwolnij, bo nie zdążysz zatankować.

A na deser tekst Miśki, z którego lałam strasznie. Odwoziłam jej szkolną koleżankę do domu i strzygłam uszami, co panienki tam paplają. Miśka dumnie zakomunikowała Emily, że polski jest dla niej za trudny. Na co koleżanka przekornie odparła, że wcale nie.
- Ach tak? Dobrze, to powiedz szczyny.
Czyli już nie ma chrząszcza brzmiącego w trzcinie, są szczyny!

W następnej notce pokażę Wam mój odmieniony ogród. Harujemy z Ewką jak woły, by lato wokół domu było kolorowe.

I tak to. Idę spać, bo głodna jestem jak jasna cholera.