środa, 23 lutego 2011

Pyszna pasztetowa

- Paskudny dzień, nie wiem, jak to wytrzymam, a jest dopiero piąta! - Żaliła się Hanka od progu w siódmym dniu diety. Dniu bez kolacji.
- Idź spać o siódmej! - krzyknęłam z kuchni. Dotarła do mnie powłócząc nogami.
- Na chuj ja się w ogóle na to decydowałam. - zaśmiała się.
- Żeby tu było mniej, nie pamiętasz? - wskazałam palcem jej brzuch.
- Ach! - machnęła ręką, jakby chciała powiedzieć, że jej to lotto. - Wiesz co? Dzisiaj otworzyłam lodówkę, patrzę, a tam pasztetowa. Józek sobie kupił. Przytknęłam ją do nosa, rany, jak pachniała... - zawiesiła głos i przymknęła powieki. - Sama w życiu bym sobie nie kupiła, bo ja, kurwa, nie lubię pasztetowej, rozumiesz? Zatopiłam w niej zęby, tak tylko troszeczkę. - pokazała palcami, jak mało. - Z milimetr został mi w pysku i nie dałam rady tego wypluć. Jaka pyszna ta pasztetowa. - spojrzała w sufit wzrokiem pełnym uwielbienia i złożyła dłonie, jak do modlitwy. - A później Ola ugotowała chili con carne i nie wyjdę od ciebie, póki nie wpierdolą wszystkiego!

Przeżyłyśmy. W najbliższą sobotę meta. A w niedzielę umówiłyśmy się na karkówkę z grilla i jakąkolwiek zieleninę, byle nie sałatę, którą już rzygamy.

Na zdjęcia ogrodu musita jeszcze poczekać. Aura nie pozwoliła nam dopieścić wszystkiego na sesję fotograficzną.