wtorek, 1 lutego 2011

Ja pierdole

Pukanie do drzwi wyrwało mnie z drzemki. „Aha, Andrzej” - pomyślałam. Wczoraj zapomniał zabrać plecak. Kurwa, jak można zapomnieć wziąć plecak? Nie wyobrażam sobie, bym zostawiła gdzieś torebkę! Enyłej...
Otworzyłam drzwi i nie patrząc kto za nimi stoi, bo tak puka tylko Andrzej, podreptałam do kuchni, by nastawić wodę na kawę.
- Przyniosłem Misi gołąbka – usłyszałam za plecami. A wczoraj mówił, że kupił gołąbki w słoiku i ponieważ wyobrażam sobie ile tych gołąbków może tam być, nieco się skrzywiłam, że też chce mu się dzielić, a i po co, do cholery?
- Ale po co, do cholery? - rzuciłam przed siebie.
- A, pobawi się. - odpowiedział. Z wytrzeszczem oczu odwróciłam się i opadła mi szczęka. Andrzej trzymał w rękach młodego gołębia. „No patrz, co za debil. Ile on ma w ogóle lat? Zabawkę dziecku znalazł!” Żyłeczki wystąpiły mi na czółko.
- Hej, ty masz, kurwa, ale dopiero nierówno pod podłogą! Dziecku ptaka, do zabawy??? I tu jest kot! Zgadnij, ile, kurwa, to stworzenie pożyje? Co ja jestem, fabryka horrorów, do jasnej szmaty? Weź mi to stąd!
Andrzej się zgarbił, jak to on w chwilach, kiedy chce rzec, że on tylko chciał dobrze...
- No, ja chciałem dobrze. Pomyślałem...
- Tam pomyślałeś. Właśnie wcale nie pomyślałeś. - przewróciłam oczami i znacząco pokręciłam głową.
Andrzej westchnął głęboko, pogłaskał struchlałego ze zgrozy gołębia, zrobił niepewny ruch w przód, w tył i znów w przód oraz rzekł, że w takim razie ulokuje go na trawie w ogrodzie.
- Halo, halo, tu baza, tu baza, wzywam rozsądek! - ryknęłam. - Koty, panie, koty!
- To do parku, nie?
- No raczej!
- Bzzzz, brrrrzzzz, grrrprrrr...
- Co?!
- Nic, tak sobie trzeszczę. - odpowiedział jeszcze bardziej zgarbiony.
- Ja wiem, że chciałeś dobrze, ale idź mi już stąd.
Taki fajny gest, nie? Się Miśka pobawi... Komentarz nasuwa mi się jeden i tylko ten... Ja pierdolę!