środa, 23 lutego 2011

Pyszna pasztetowa

- Paskudny dzień, nie wiem, jak to wytrzymam, a jest dopiero piąta! - Żaliła się Hanka od progu w siódmym dniu diety. Dniu bez kolacji.
- Idź spać o siódmej! - krzyknęłam z kuchni. Dotarła do mnie powłócząc nogami.
- Na chuj ja się w ogóle na to decydowałam. - zaśmiała się.
- Żeby tu było mniej, nie pamiętasz? - wskazałam palcem jej brzuch.
- Ach! - machnęła ręką, jakby chciała powiedzieć, że jej to lotto. - Wiesz co? Dzisiaj otworzyłam lodówkę, patrzę, a tam pasztetowa. Józek sobie kupił. Przytknęłam ją do nosa, rany, jak pachniała... - zawiesiła głos i przymknęła powieki. - Sama w życiu bym sobie nie kupiła, bo ja, kurwa, nie lubię pasztetowej, rozumiesz? Zatopiłam w niej zęby, tak tylko troszeczkę. - pokazała palcami, jak mało. - Z milimetr został mi w pysku i nie dałam rady tego wypluć. Jaka pyszna ta pasztetowa. - spojrzała w sufit wzrokiem pełnym uwielbienia i złożyła dłonie, jak do modlitwy. - A później Ola ugotowała chili con carne i nie wyjdę od ciebie, póki nie wpierdolą wszystkiego!

Przeżyłyśmy. W najbliższą sobotę meta. A w niedzielę umówiłyśmy się na karkówkę z grilla i jakąkolwiek zieleninę, byle nie sałatę, którą już rzygamy.

Na zdjęcia ogrodu musita jeszcze poczekać. Aura nie pozwoliła nam dopieścić wszystkiego na sesję fotograficzną.

czwartek, 17 lutego 2011

Słów kilka

Tadam! W końcu zapisałam się do szkoły i od dzisiaj jestem studentem Entry Level 3 w Derby College, a od 2 marca będę się pilnie uczyła języka angielskiego, ha!

Ale to jeszcze nic. Od poniedziałku jedziemy z Ewką i Hanką (sąsiadką) z dietą kopenhaską.
Wczoraj na obiad miałyśmy: gotowany szpinak 100 g, 1 świeży owoc, 1 pomidor.
- Ty, ale nie jest napisane, jaki to ma być owoc, cynie? - zapytała Ewka.
- Dwa lata temu jadłam jabłka. - odpowiedziałam mechanicznie, nie patrząc na jej szelmowską minę.
- Owoc, to owoc i jeden. Może być ananas? - zamrugała.
- Albo melon? - dołożyła Hanka.
- A czereśnię to nie łaska? - zapytałam przekornie.
- Jedną?! - krzyknęły chórem. – Chyba cię oko boli. - Hanka zakończyła dyskusję. Zostałyśmy przy jabłkach. W grupie jakoś raźniej się odchudza i śmiechu jest codziennie co niemiara, zwłaszcza przy omawianiu menu.

Ale to też nic. Mój samochód sam się przepoczważył na model z automatyczną skrzynią biegów. Normalnie jadę i...
- Ewka, dwójka! - ta jeb i mam dwójkę.
A wszystko zaczęło się od zaciągania przez nią ręcznego tuż po zaparkowaniu. Ja zawsze zostawiam na biegu, poza wzniesieniami rzecz jasna.
- No sama mi ręka leci. - broniła się, gdy znacząco wzdychałam.
W ogóle pękałam z niej na początku. W strasznym szoku jeździła na miejscu pasażera ciągle zaciskając powieki i depcząc niewidzialny pedał hamulca.
- Ciągle mam wrażenie, że zaraz w coś przypierdolimy. - usprawiedliwiała się. Też przez to przeszłam i wiem, jak czuje się kierowca siedzący na swoim miejscu bez steru.

Niedawno jechałyśmy autostradą, gdy nagle zaświecił się „księgowy”.
- Tu zaraz powinna być stacja, muszę dolać paliwa. - rzekłam pod nosem, zobaczyłam zjazd i nie zwalniając zmieniłam pas. Ewka popatrzyła na mnie raz, drugi i nagle całkiem bez emocji powiedziała...
- Zwolnij, bo nie zdążysz zatankować.

A na deser tekst Miśki, z którego lałam strasznie. Odwoziłam jej szkolną koleżankę do domu i strzygłam uszami, co panienki tam paplają. Miśka dumnie zakomunikowała Emily, że polski jest dla niej za trudny. Na co koleżanka przekornie odparła, że wcale nie.
- Ach tak? Dobrze, to powiedz szczyny.
Czyli już nie ma chrząszcza brzmiącego w trzcinie, są szczyny!

W następnej notce pokażę Wam mój odmieniony ogród. Harujemy z Ewką jak woły, by lato wokół domu było kolorowe.

I tak to. Idę spać, bo głodna jestem jak jasna cholera.

wtorek, 1 lutego 2011

Ja pierdole

Pukanie do drzwi wyrwało mnie z drzemki. „Aha, Andrzej” - pomyślałam. Wczoraj zapomniał zabrać plecak. Kurwa, jak można zapomnieć wziąć plecak? Nie wyobrażam sobie, bym zostawiła gdzieś torebkę! Enyłej...
Otworzyłam drzwi i nie patrząc kto za nimi stoi, bo tak puka tylko Andrzej, podreptałam do kuchni, by nastawić wodę na kawę.
- Przyniosłem Misi gołąbka – usłyszałam za plecami. A wczoraj mówił, że kupił gołąbki w słoiku i ponieważ wyobrażam sobie ile tych gołąbków może tam być, nieco się skrzywiłam, że też chce mu się dzielić, a i po co, do cholery?
- Ale po co, do cholery? - rzuciłam przed siebie.
- A, pobawi się. - odpowiedział. Z wytrzeszczem oczu odwróciłam się i opadła mi szczęka. Andrzej trzymał w rękach młodego gołębia. „No patrz, co za debil. Ile on ma w ogóle lat? Zabawkę dziecku znalazł!” Żyłeczki wystąpiły mi na czółko.
- Hej, ty masz, kurwa, ale dopiero nierówno pod podłogą! Dziecku ptaka, do zabawy??? I tu jest kot! Zgadnij, ile, kurwa, to stworzenie pożyje? Co ja jestem, fabryka horrorów, do jasnej szmaty? Weź mi to stąd!
Andrzej się zgarbił, jak to on w chwilach, kiedy chce rzec, że on tylko chciał dobrze...
- No, ja chciałem dobrze. Pomyślałem...
- Tam pomyślałeś. Właśnie wcale nie pomyślałeś. - przewróciłam oczami i znacząco pokręciłam głową.
Andrzej westchnął głęboko, pogłaskał struchlałego ze zgrozy gołębia, zrobił niepewny ruch w przód, w tył i znów w przód oraz rzekł, że w takim razie ulokuje go na trawie w ogrodzie.
- Halo, halo, tu baza, tu baza, wzywam rozsądek! - ryknęłam. - Koty, panie, koty!
- To do parku, nie?
- No raczej!
- Bzzzz, brrrrzzzz, grrrprrrr...
- Co?!
- Nic, tak sobie trzeszczę. - odpowiedział jeszcze bardziej zgarbiony.
- Ja wiem, że chciałeś dobrze, ale idź mi już stąd.
Taki fajny gest, nie? Się Miśka pobawi... Komentarz nasuwa mi się jeden i tylko ten... Ja pierdolę!