czwartek, 2 grudnia 2010

Pizza, pół świni i Ewka z religią

Jedna z kurdyjskich knajp w Derby ma tak zajebistą pizzę, jak u Pandelisa w Pierusie.
Taki sobie niepozornie wyglądający bar, a żarcie naprawdę super.
Zaparkowałam przed wejściem i poszłam zamówić jedną średnią na wynos. Wyszłam zaraz na ulicę na fajkę, a Ewka do mnie ze śmiechem:
- Patrz, nawet ma po polsku napisane „najleprze smaki” hihihi.
- O kurwa, faktycznie. - rechocząc gapiłyśmy się na szybę wystawową.
Za chwilę wyszedł do nas z metra cięty Kurd. Szef lokalu.
- Ojezu, Arab... - Ewka zacytowała słowa z ostatnio oglądanego przez nas filmu „In side man”.
- Zamknij się - syknęłam tłumiąc śmiech.
- Wszystko w porządku? - zapytał z metra cięty Arab, tfu, Kurd.
- Tu jest błąd – przylepiłam palec do litery „r” - powinno być „s” - łypnęłam na niego siląc się na powagę.
- To pisała jego żona, zna perfekt polski, ha, ha, ha! - Wskazał na wchodzącego właśnie do knajpy faceta.
- On kłamie! - odszczeknął się wchodzący do knajpy facet.
Weszliśmy za nim. Szef usiadł przy stoliku, ja położyłam pieniądze na barze, Ewka stała przy wejściu. Obsługujący mnie Kurd zapytał o co było kaman tam na ulicy. Wyjaśniłam, że mają błąd w pisowni. Temu też uśmiechnęła się gęba i on będzie wychodził zobaczyć. W tym momencie szef szczeknął coś w deseń:
- Szakala kyrrynsyntra! - i Kurd cofnął się za ladę ze słowami – szarap.
Ja z Ewką omal się nie położyłyśmy ze śmiechu. Przez całą drogę do domu naśladowałyśmy ichni język i szczałyśmy w gacie.
Zdaję sobie sprawę z tego, że polski dla nich jest równie egzotyczny, ale dla mnie ichni bardziej.

Następnego dnia zaparkowałam na osiemsetnej ulicy od centrum z pewnością, że tutaj mogę. Przecież wcześniej kilka razy tam parkowałam i nic. To jest jedna z ulic prowadzących do dużego parku. Dostałam mandat. - Co jest, kurwa? - wyjęłam zza wycieraczki starannie owinięty folią długi na pół metra świstek. Bluzgając na czym świat stoi już chciałam wsiadać do auta, gdy zaczepił mnie młody Pakistańczyk.
- Poczekaj chwilkę, zaraz ci coś dam. - oddalił się za winkiel do warsztatu samochodowego. Ja w tym czasie dojrzałam tabliczkę z informacją, iż parking tylko dla mieszkańców.
Przyniósł mi kartonik, zdrapał kratkę z odpowiednim dniem, miesiącem i rokiem, podpisał i poradził, żebym pokazała to w mandatowni, że tego dnia byłam klientem warsztatu.
- Jakąś czekoladę mu podrzucimy, co? - zapytała Ewka.
- Albo pół świni. - zarechotałam.
- Ty wredna antyreligijna pindo! - zganiła mnie. - Popatrz jacy oni są ludzcy, Polak by się z ciebie śmiał, że zaparkowałaś na jego posesji i dostałaś mandat. Wstydź się.
Nie wstydzę się bo ludzie byliby równiejsi i lepsi, gdyby nie ta jebana religia...