środa, 15 grudnia 2010

Gdzie dwie kucharki tam cztery cycki

Znów pracuję w kuchni. Jebana gastronomia. Tym razem jestem ale szefem, hihihi. Dwa razy w tygodniu mam dyżur, a kilka razy wpadam tylko podczas, gdy Miśka jest w szkole, by ugotować to, co się kończy. Resztę dyżurów bierze Ewka. Nikt nie robi mi problemów, jeśli muszę zabrać ze sobą Miśkę. No jest zajebiście. Bardzo domowa atmosfera, szef normalny, bo grzeczny i kulturalny.

Trzy tygodnie temu, w niedzielę zadzwoniła do mnie sąsiadka, że na gwałt potrzebny jest kucharz. Ewka właśnie robiła dziary, a nazajutrz miała iść do roboty w fabryce, która robi bukiety kwiatów dla supermarketów. Słyszałam o tej pracy bardzo złe rzeczy. Jeśli danego dnia jest duże zamówienie, ludzie pracują nawet po dwanaście godzin, a następnego po dwóch mogą być odesłani do domów. Co rano przed fabrykę wychodzi brygadzista, czy manager i wybiera sobie ileś tam pracowników, a reszta won. Jak na targu żywym towarem. Przeszłam przez taki system w innej fabryce, więc wiem, co się czuje. To jest cholernie upokarzające, ale co zrobić, jeśli się chce pracować? Przez ten nieludzki system godzinowy nigdy nie brałam pod uwagę pracy przy kwiatach. Ewka na to poszła, ważne dla niej było zatrudnienie. Zresztą nie ma żadnych zobowiązań oprócz klientów na dziary. Jak pisałam wcześniej, zainteresowanie jest bardzo duże, ale większość z tych ludzi wybiera wzory i chce się dziarać na wiosnę. Proste, zima to paskudny okres pracowy, a jak się nie zarabia...

Enyłej, sąsiadka wysłała po mnie szefa, żebym zapoznała się z menu, kuchnią i jutro bym zaczęła. Ja panika w oczach, no bo, kurwancka, Ewka na kwiaty, ja od 12.00 do 21.00, a co z Miśką? Tymczasem coś mi mówiło, że trzeba łapać tę okazję. Z pomocą przyszedł mi Andrzej, że odbierze dziecko – spoko.

Następnego dnia Ewka z płaczem wróciła do domu przed ósmą rano. Managerka z agencji nawet nie zabrała jej z miejsca, gdzie się umówiły, bo tamtędy przejeżdża i sama zaproponowała, że ją podrzuci. Było mi jej cholernie żal. Nawet nikt nie pozwolił jej się wykazać, a już ją olali. Szukając w Polsce zatrudnienia przeszła przez piekło, bo było, że za stara, albo delikatniej, za wysokie kwalifikacje – ta, jasne. A to jest baba szatan, jeśli chodzi o robotę. Pracowałam z nią w Polsce, więc wiem. Stąd te łzy i ten zajebisty ból.

Nigdy nie rozczulam się nad rozklejonym człowiekiem – ty moja biedna, sredna, bo to dopiero rozpierdala, a ja nie umiem gładzić po główce.
Wzięłam się pod boki i mówię, że bardzo się cieszę i że to tak musiało być.
- Ewka, ja nie mogę pracować przez siedem dni w tygodniu, ale ty przez pięć najmniej potrzebujesz, nie? - pokiwała głową i wciągnęła gila. - No to kobieto mamy zajebiście. Kuchnia nasza, co?
Teraz przynajmniej ma zagwarantowaną pracę przez pięć dni w tygodniu. Moi stali czytelnicy wiedzą przez co przeszłam rok temu, pracując po jeden, dwa, w porywach trzy dni w tygodniu.

***
- Trzy razy flaki, ale gość prosi bardzo, bardzo, bardzo gorące! - Kelnerka przewróciła oczami.
- Tu się nie podaje ciepłych zup – szczeknęłam mieszając w bigosie. Zupę trzeba sobie przecież dmuchać na łyżce. Ewka jest tego samego zdania, więc również przewróciła oczami.
- Zara doleję mu lawy z wulkanu – prychnęła, a my wszyscy padliśmy na podłogę.

Tyle u nas. Nie będę Wam jeszcze składać życzeń świątecznych, bo wracam do częstszego pisania. Było mnie ostatnio mao, ale dlatego, że zmieniałam menu knajpy i ciągle mieszałam w garach. Narka:)