piątek, 19 listopada 2010

te koty wkurwiaja

Dzięki ostatnim intensywnym opadom deszczu odkryłam, że mam dziurawy dach. Woda lała się z niebezpiecznego miejsca, włącznika światła podwieszonego do sufitu w łazience. Oraz z futryny drzwi do niej prowadzących.
Akcja była błyskawiczna – prąd, dziecko i za dwa dni dekarze w domu. Okazało się, że nie ma co łatać, trzeba wszystko wymienić.
Panowie zjawili się w słoneczny poranek i jęli montować rusztowanie... A mój biedny kot wpierdolił się w szok. OBCY NA NAS NAPADLI! Po czym „bohatersko” schował się w mojej sypialni pod suszarką do bielizny. Podczas lanczu panów wyniosłam go na rękach do ogrodu, żeby chociaż szczochem rzucił, ale zaliczył tak zwany czajniczek i jak strzała puścił się pod suszarkę.
Późnym popołudniem już go chyba jajca ostro gniotły, bo dyndał przy klapce i nasłuchiwał. Aż zrobiło się cicho, kot wyleciał i prawie było słychać – siurrrr, prrryt i ojakfajnie!
Za to następnego dnia „OBCY” go zaskoczyli, gdy był na obchodzie. A Duda to kot, który nie łazikuje po okolicy kij wie gdzie i nie znika z domu na dłużej niż pół godziny. Ciągle mnie to fascynuje, bo w poprzedniej chacie znikał nawet na ponad dobę. Tutaj obejdzie płoty, porozgląda się, czy jakiś uzbrojony - ten tego – nie czai się i nie dybie, a resztę życia spędza w domu. Kot indywidualista – myśliciel – leser. Z drugiej strony wcale mu się nie dziwię, ma tu grono babów, które samym swoim jestestwem bawią go do rozpuku. A jeszcze można im bezkarnie pazurami po łapach pojeździć, bo się pchają wiecznie i ciumkają.
- Ewka, nie ruszaj ręką, zaraz puści. Dudunio, nie gryź!
- To szatan jeden!
Kota „rzondzi”, sztwasz twa rasztwa.
Ale o czym ja chciałam? A, o OBCYCH.
Latali po rusztowaniu i walili w dach tak, że w łazience popękał sufit. Jak to u mnie, jedno się naprawi, drugie spierdoli.
Załamując ręce pomyślałam o kocie, jak on sobie z tym radzi. Tam, pod suszarką. Niebyłogo. Japierdolę, oblatałam cały dom. No nie ma. Znaczy wejść nie może. Wybiegłam do ogrodu i na wstępie dostałam odłamkiem dachówki w centrum czachy. Nie bolało. Na końcu płotu z dziury wystawały białe wąsy i pistacjowe oczy.
Punio, mój miciuniu kochany, syneczku, chodź. - lazłam w błocie. Zapomniałam dodać, że padało. No dobra, rzęsiście mżyło, ale było brzydko i no kurwa na deszczu, wilki jakieś. Wystawił twarz, złapałam obrożę, jeb go w górę i na ręce oraz skokami, po rozkopanej ziemi pod sianie trawy do domu dziada. Ten zobaczył pana na drabinie, wbił mi zadnie pazury w brzuch, przednie w nadgarstek, a jak się już wczepił w me ciało, to jeszcze jął wierzgać. Dzizaskurwajapierdolę! Przypierdolić w skrzynkę na listy, to jest naprawdę pryszczydełko. Doniosłam go do progu kuchni za jedną łapę. Reszta kota wierzgała. Puściłam, spierdolił na górę i chuj mnie interesowało gdzie, opatrywałam rany. Brzuch miałam rozpruty, nadgarstek boleśnie podziurawiony.
Położyłam się w salonie opatrując rany. Przyszedł, mimo strachu, bo obcy jeszcze nie poszli. Z miną – ty, ale dałaś popis, jak Indiana Dżons. Wiesz, fajnie... Sapnął sobie i poszedł spać.

To tyle, a co u Was?;)(To przenosnia, ale gdyby ktos bardzo chcial sie podzielic nowinami, to zapraszam na poczte;))
Bo u mnie ponadto...


i straszny film. Gdy prezes paczy...

Haha;>