poniedziałek, 4 października 2010

Szkolne obiady

Jednym z wielu marzeń Miśki było móc jeść obiady w szkole. Przyznam szczerze, że niechętnie o tym myślałam. Głównie przez obawę, czy angielskie jedzenie będzie jej smakowało i czy w związku z tym w ogóle coś w tej szkole będzie jadła. Ale uległam na próbę.

Dumna była jak paw. Bo to takie samodzielne, bierze się tacę, idzie do lady, pani kładzie na tacę talerz i herbatę, szuka się wolnego miejsca. Jak dorosły człowiek. No i to zawsze inaczej niż w domu.

Dzień pierwszy.
Zaraz po cyklicznym, jak było w szkole? Padło, co było na obiad?
- Wszystko pyszne! Nic nie zostawiłam na talerzu – wystawiła dłoń do przybicia piątki.
- Ale co konkretnie? - przybiłam.
- Ten... Bekon, marchewka gotowana, ziemniaki i ciepła herbatka. Bekon był najpyszniejszy, lepszy niż w Polsce. - co fakt, to fakt. Potrafią go tak fajnie przysmażyć, że jest chrupiący.

Dzień drugi.
- Groszek, kukurydza i taki ser na ciepło, który mi nie smakował i wyglądał jak kotlet. - Camembert , faktycznie nie lubi.
- To dzisiaj nie pojadłaś, co? - zapytałam troskliwie.
- Ale jeszcze było ciastko. Zjadłam całe! - dziecko broniło szkolnej kuchni.

Dzień trzeci.
- Frytki i fasola z takim sosem – ach, dlaczego nie byłam zaskoczona? W sumie na to danie czekałam, hihihi.
- Ale ty ostatnio nie lubisz fasoli – ni z gruchy, ni z pietruchy wybiera nawet z barszczu.
- Oj mamuś, bo ty gotujesz taką dużą i czerwoną, ona ma twardą skórę. - upomniała mnie.
- Białą też gotuję. - broniłam się.
- Taaaak, z kiełbasą. W Anglii nie je się fasoli z kiełbasą...
- Je się... - nie dała mi dokończyć zdania...
- Ale osobno, a nie tak razem! - zakręciła ręką, jakby mieszała w garnku.
Wobec tego cierpliwie czekam, kiedy dostanie angielską kiełbasę. Moim zdaniem jest wstrętna.

Nie jestem zadowolona. Obiady w polskim przedszkolu były, w porównaniu z tutejszymi, królewskie! Zupa, drugie danie zawsze z sałatką. Mięso, ryba lub pierogi, spaghetti. Codziennie czytałam jadłospis, który mi imponował i byłam pewna, że Miśka zje chociaż zupę i sałatki. Ale ona bardzo chce jeść w szkole. Cóż, niech je, w domu i tak zawsze ma polski obiad. Może pewnego dnia zatęskni za kanapkami mamy. Albo mama w końcu stanie okoniem przeciw pasieniu dziecka czymś, co z racjonalnym żywieniem nie ma nic wspólnego.
Na razie trwa próba i Miśka jest tego świadoma. Najśmieszniejsze jest to, że czeka na pizzę, bo kilka razy widziała taki obiad.

Spotkanie z Serafiną. Jak zwykle morze łez, ale jestem nieugięta.

14 komentarzy:

  1. a możesz na wszelki wypadek dawac kanapki też? ja tak robię, jesli obiad niezjadliwy to w ruch ida kanapki, a czasami zjedzone i to i to, a czasami ani to ani to:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Beata, nie za bardzo. dzieciaki maja jedna przerwe na lunch. To nie tak, jak w Polsce, ze co lekcja. Oczywiscie szkola w swoim zakresie codziennie daje dzieciakom szklanke mleka i owoce. Nie umiera z glodu, ale tak wlasnie, zeby sobie mogla dogryzc, to nie.

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja nie wiem kto te jadłospisy w angielskich szkołach układa, ale to wszystko z mrożonek i gotowców jest. Obrzydliwe.

    To samo w kantynie u Dochtora w szpitalu. Wszystko pływa w tłuszczu i śmierdzi starym olejem. Wolałabym kanapkę z margaryną niz te specjały.

    Dobrze, że nie ustępujesz z Serafiną. Jak będzie chciała - sama wróci.

    OdpowiedzUsuń
  4. Serce mi się kroi kiedy patrzę na tę Jej buzię w podkówkę, na kotach to ja się nie znam - Miski mi szkoda:(

    OdpowiedzUsuń
  5. Daisy, ja odnosze wrazenie, ze tutaj w ogole nie dzieli sie jadlospisu na potrzeby pokoleniowe. Zero przykladania wagi do wartosci i potrzeb, a do wygody. Najwyzsza wartoscia jest marchewka. Dzis mieli lasanie groszek i marchewke.ALE DZIECKO JEST CIAGLE SZCZESLIWE.
    Mialam kantyne w fabryce i o dziwo nie smierdzialo oraz nie plywalo, ale, co bylo dla mnie katorga, zero smaku! No zero smaku. Anglicy nie znaja przypraw, aromatow. Chyba tylko Nigella i ten jeden Anglik, ktorego imienia nigdy nie pamietam, ale to na wizji. W zyciu je sie trociny.

    OdpowiedzUsuń
  6. Too-tiki, ja tej buzce ustepowalam iles razy w zyciu... I ustepuje ciagle, bo podkowka. (ta pie*** podkowka), ale niestety, nie tym razem. :))))

    OdpowiedzUsuń
  7. Bea, tak1 A jaja pozyczam od Dudka:)

    OdpowiedzUsuń
  8. Athi, pożyczasz, pożyczasz, ale do czasu... aż go wykastrujesz;)))
    Miśka rzeczywiście na dnie rozpaczy... ale też bym nie ustąpiła. Chyba;)

    OdpowiedzUsuń
  9. z tym angliczańskim jedzeniem to jakiś kosmos, ale spoko Athi, samo Jej przejdzie i zawoła o polski obiadek oraz mamine kanapusie, gwarantuję własną głową:D
    Moja Pierworodna też tak wyła o obiadki w świetlicy i po dwóch miesiącach z nieszczęsliwąminą sama z płaczem przyszła w nocy do mnie - bo mamuniu ugotuj mi kaszankę z cebulką, bo ja jutro nie będę już jadła w tej śmierdzacej śmieciarni!
    Pommo, ze na bank polskie stołówki różnią się od angliczańskich, ta jednak była na ówczas wyjątkiem - kierowniczka została wywalona na zbity ryj po kilkunastu monitach w kuratorium.
    Derekcja miała w dupie.

    OdpowiedzUsuń
  10. Ja chyba musze tam zadzwonic i powiedziec dziecku jak sie kota bierze do domu ....

    OdpowiedzUsuń
  11. Ja też kiedyś chciałam koniecznie jeść w szkole. Matka się cieszyła, bo strasznym niejadkiem byłam. Szybko mi przeszło :-)
    A z kotem - trzeba twardo. Trudno.

    OdpowiedzUsuń
  12. do etapu szkoły jeszcze nie doszłam, ale dziecko moje w żłobku je takie cuda, których w domu nie tknie (np. pomidor czy ogórek) - tylko dla towarzystwa, ale żeby nie było różowo - to szkockie przedszkole i czipsy oraz pizza są już w menu dwulatków:(
    W sumie to jak napisałaś o obiadach Miśki to przypomniało mi się "Moje wielkie, tłuste, greckie wesele" - może bardziej chodzi, żeby usiąść do obiadu z koleżankami niż o samo jedzenie?

    OdpowiedzUsuń
  13. Kasik, jestem raczej pewna, ze w mojej sytuacji bys nie ustapila. O Dudka mi najbardziej chodzi. lepiej miec jednego kota, niz stracic oba;)

    ade, obiadki polskie wciaz ma. Mysle, ze wlasnie chodzi o te samodzielnosc i ciekawosc jedzenia innego niz w domu.:))

    Zuzi, nie madraluj sie:))))

    Sze, ja bym sie ucieszyla, gdyby jej przeszlo, ale na razie nic tego nie zapowiada:)

    miss, to fakt, ze w grupie dzieci mniej grymasza i jedza to, co w domu jest be. Ostatnio nie umiala mi wytlumaczyc co jadla, cos bialego i zaparla sie, ze nie wie, ze nie chce jej sie opisywac. A na pytanie, jakie ziemniaki, frytki, gotowane? odpara z fochem - przeciez nie surowe! machnelam reka.:)

    OdpowiedzUsuń