sobota, 30 października 2010

Mój dół i moje bary

Mam pięknego doła. Funkcjonuję na zasadzie, że muszę. Przede mną wielka sprawa. Chcemy z kierownicą otworzyć tutaj pewien interes, a ja dostaję dreszczy, że jak nie wyjdzie, to się chyba pochlastam. Pojutrze odbieram kierownicę z lotniska i zacznie się latanie. Boję się, że coś spierdolę. Że coś pójdzie nie tak, a ja zawsze na żywioł i na zasadzie, że musi się udać.
Wyłączyłam komentarze, bo widzę, że sobie z nimi nie daję rady. Sorki Bea:).
Nic więcej nie umiem napisac, bo mam pustke we lbie i autentyczny strach. Jaja jajami, ale czy moje bary są na tyle szerokie i mocne? Kurwa, trzymajcie kciuki.

piątek, 29 października 2010

Ile ja mam Wam do opowiedzenia. Juz nawet samo zycie Artura z cyrkiem Pinder trzeslo moja szczeka. Masa rzeczy, naprawde. A jak chcialam to jakos pozbierac, to jeb, kierownica przyjezdza... Slowo, ze nie umiem sie pozbierac.
Ale tak se moim zadedykuje....

Ja bardzo prosze uwaznie posluchac rapera;)

piątek, 22 października 2010

Legnickie i leniwe

Produkuje pierogi LEGNICKIE. Duzo pierogow LEGNICKICH. Oni lubia je jesc. Ja nie lubie. Robic tez, ale robie. Dla nich.

Jedza, sa pyszne. Opowiadam anegdote Wojtka Manna, jak jadl legnickie w Legnicy, a nie ruskie. Legnica plus Ruscy rownalo sie koktail molotowa.

- Hahahaha! - Artur reaguje na anegdote i za chwile dodaje, ze fakt... w Legnicy nigdy nie bylo ruskich pierogow. Zawsze nazywaly sie LEGNICKIE.

- A wiesz jak wygladala Legnica z lotu ptaka? - zapytal nabijajac na widelec kolejnego LEGNICKIEGO.
- Jak?
- Jak patelnia z pierogami. Po lewej ruskie, po prawej leniwe...

wtorek, 19 października 2010

Do Szkoplandii

- Jejku, zobaczę Miśkę! - awcholere pisnęła do słuchawki.
- Jejku, zobaczę Artura! - pisnęłam i ja, po czym wybuchnęłyśmy śmiechem.
- Miśka, ciocia mówi, że będziesz tam miała dwóch kolegów w twoim wieku.
- E, ale oni mają chłopanckie zabawki... Znaczy chłopczyskie. - fuknęła. - A ja prawie nic nie mogę wziąć, bo to WAŻY! - byłyśmy świeżo po segregowaniu rzeczy na wyjazd.
Położyłam na kupkę kredki, kolorowankę, zeszyt z ćwiczeniami, blok i książeczkę do czytania. Miśka dołożyła cztery kucyki pony, te największe, domek dla pet shopów wraz z inwentarzem (!), a gdy wracałam z torbą właśnie układała pudełka z puzzlami.
- Zwariowałaś?! Gdzie chcesz to wszystko upchnąć? - torba wypadła mi z rąk. Znaczy torebeczka podręczna. - Dziecko, my jedziemy tylko na tydzień i nie możemy wziąć tego wszystkiego, bo będzie za dużo ważyło.
Ciężko było. Kucyki będą za nią płakały, pet shopy będą płakały, puzzle też, a na końcu okazało się, że i domek będzie płakał.

Dudek zostaje u siebie z Andrzejem.
- Andrzej, ale masz spać na kanapie, bo jak będziesz spał w moim, albo mamy łóżku, to ci Dudek najszczy do ucha! - ostrzegła Miśka.
- Buahahaha, dlaczego do ucha? - roześmiał się.
- No bo jak położysz głowę na mojej albo mamy poduszce, to zobaczysz, bo to są wszystkie poduszki Dudusia.

Brechtaliśmy z tego ucha do końca dnia. My tak o tym szczaniu, a Duda to taka porządna kota. Wywołujemy tego wilka, wywołujemy...

Jutro rano wyruszamy do Szkoplandii. Auf wiedersehen.;)

czwartek, 14 października 2010

Jak psu? Wypchaj się!

Robię sobie kanapkę z kiełbasą żywiecką. Trochę mocuję się z zerwaniem z niej skórki. Kurwa, klejem ją przyklejają, czy co? Kroje trzy plasterki na kromkę i czwarty dla kota hipnotyzującego każdy mój ruch. Rzucam mu plaster obok miski. Wącha, patrzy na mnie, znów wącha i siada ignorując kiełbasę. Biorę kanapkę, podnoszę koci plaster i udaję się do salonu. Siadam na sofie, kot siada koło mnie. Za chwilę bezczelnie wciska mordkę między moje usta, a kanapkę. Udaję, że odrywam kawałek kiełbasy z kanapki, a urywam z tego podniesionego plastra. Majstruję przy tym tak, że sama się z siebie w duchu śmieję. Podaję mu, jest pyszne. Tak, zdecydowanie ja mam lepszą kiełbasę na kanapce od tej, którą rzuciłam mu tam koło michy, jak psu...
Update:
O, o, o! Tutaj widać piastuna:)

poniedziałek, 11 października 2010

Krejzi Majki

Sobotnie grzybobranie było o kant dupy rozbić. Prawie nic nie przyniosłyśmy do domu. Kilka zajączków, w tym cztery robaczywe do kości.
- I liście robią mnie w bambuko. - powiedziała Miśka po kolejnym sprincie na próżno.
- Musimy dać im urosnąć, za często tu przychodzimy. - odparłam smętnie.

W drodze powrotnej zdziwiło mnie nagłe zdenerwowanie dziecka. Ciekawie oglądała się za siebie, wybiegała przede mnie, przystawała, to znów chowała się za mnie. Z tyłu słyszałam dźwięk kółek i jakieś pomruki. Głupio było się oglądać, więc przystanęłam udając, że szukam czegoś w torebce. Miśka hyc za mnie. W tym momencie facet, pchający wózek sklepowy wypchany po brzegi pełnymi reklamówkami, bynajmniej nie zakupów starał się zjechać z krawężnika na jezdnię. Nagle wózek przechylił się niebezpiecznie. Tak, że pisnęłam w duchu – o, zaraz się wypierdoli! Ale nie, wyrównał go, zjechał, jednak kółka za cholerę nie chciały się wyrównać. Komu trafił się taki wózek w supermarkecie, ten wie, jak to może wkurwić. Zwłaszcza, gdy jest załadowany po brzegi. Pragniemy skręcić w prawo balansując między półkami, a radośnie dyskutującymi klientami, tymczasem kółka zatną się w lewo i kaplica. Cofamy, zataczamy półkole, by te cholerne kółka złapały tor, sapiemy, pocimy się, a one dalej w lewo. Puszczamy uchwyt, by w akcie skrajnego wkurwa wyprostować je ręcznie, a wózek na dodatek nam odjeżdża. No masakra.

Dlatego roześmiałam się w głos, gdy obserwowałam tego mężczyznę. Było mi obojętne, że mogę za to oberwać zjebkę. Nie byłam w stanie się powstrzymać.
- Krejzi Majki, krejzi dżipsi – roześmiał się i on.
Podeszłam i kilkoma kopniakami ustawiłam mu kółka.
Dzięki. No, to w drogę. - pchnął wózek po jezdni.

Nikt na niego nie trąbił, każdy kierowca cierpliwie czekał, aż Majki na skrzyżowaniu znów nakieruje kółka na odpowiedni tor, a zanim to nastąpiło zatoczył półkole na niemal całe skrzyżowanie. Stojąc daleko za nim słyszałam jego wściekłe bluzgi – chyba słowackie.

Ech – pomyślałam – w innym kraju dostałbyś wpierdol z ośmiuset klaksonów, krejzi Majki.

piątek, 8 października 2010

Skarżyć, kablować

- Proszę zostać na słówko – rzekła do mnie wychowawczyni i zajęła się przekazywaniem rodzicom ich pociech. Miśka spuściła głowę i obie czekałyśmy w milczeniu.
- Proszę porozmawiać z córką, by nie brała udziału w bójkach z chłopcami i na przerwach bawiła się z dziewczynkami. - pani L. przybrała srogą minę po czym zwróciła się do Miśki – Rozumiesz? I to nie jest śmieszne, nie jestem szczęśliwa.

Zapewniłam, że pogadam z dzieckiem oraz szybko się oddaliłam. Domyślałam się nawet o co może chodzić. Niedawno pisałam o tym, że jeden chłopiec kopnął Miśkę w szyję. Potem skarżyła się na niego jeszcze kilka razy, iż jej dokucza. Prosiłam, by unikała jego towarzystwa.

Sama podjęła temat.
- To niesprawiedliwe, on mnie popychał tyle razy i nic, a jak ja go raz, to poszedł naskarżyć i teraz wszystko na mnie. - łzy napłynęły jej do oczu.

Moja dotychczasowa nauka – nie donoś, nie kabluj – poszła się paść. Ojciec wychowywał mnie właśnie tak, żebym sama dawała sobie radę w stadzie, bo donosicieli nikt nie lubi. Pamiętam, że po szkole załatwialiśmy nasze porachunki w pobliskiej bramie i czasem przychodziło się do domu z podartym fartuchem albo guzem, ale na pytania matki, co się stało niezmiennie odpowiadało się bajkę o upadku. Jeżeli rodzi się konflikt, nie ma jednego winnego, zazwyczaj obie strony biorą w nim udział. Może dlatego nigdy nic nie mówiłam w domu, bo sama nie byłam święta. Oczywiście nie mówię o prześladowaniu słabszego, to inna bajka.

Anglia, to kraj donosicieli, a w szkołach, zakładach pracy ostro tępi się bójki. Jeżeli ja nie umiem się już przestawić, muszę zadbać o to, by Miśka się do tej kultury przystosowała.

- Dlatego, kochanie przegrałaś, bo nie naskarżyłaś pierwsza. Nie wolno się bić, jeżeli ten chłopiec jeszcze raz cię zaczepi obiecaj mi, że pójdziesz do pani. - to jest jedyny sposób, by uniknąć bury.
Mi, starej babie trudno sobie wyobrazić sytuację, kiedy ktoś daje mi w mordę, a ja rozglądam się za kimś, komu mogłabym o tym donieść. Walę w pysk tak samo. „A co, ty siły nie masz? Jeść nie dostajesz?” mawiał tato.

Jasne, że to nie jest wyjście pozwolić dzieciakom wyłącznie załatwiać porachunki między sobą, ale rozumiem tę niesprawiedliwość, która nie dawała Miśce spokoju. Oboje powinni odpowiedzieć.

- Pani jest od wymierzania kary. Ty nie możesz tego robić, bo nawet gdy on cie kopnie, popchnie kilka razy, ty go raz, a on naskarży, cała wina spadnie na ciebie. - żegnaj dzielnico, żegnajcie twarde zasady, dzięki którym rodzice nie wyskakiwali między sobą na solo.

Następnego dnia poczekałam po szkole na matkę tego chłopca. Ależ to Miśka go ciągle zaczepia. Kopniaka w szyje dostała, bo też go zaczepiała. On sam od siebie nigdy! Dzieciak w miejscu ustać nie mógł, tak go nosiło oraz bezczelnie pokazał Miśce wała na moich oczach, ale on, zdaniem matki, nigdy by nie zaczął. Nie było z kim gadać, bo kobieta szła w zaparte. Machnęłam ręką na tę bezsensowną dyskusję i przepychanki, że moja córka... Pochyliłam się nad obojgiem i rzekłam surowo:
- Ty zostaw ją w spokoju, a ty jego skoro nie umiecie się razem bawić.

Zastanawiam się dlaczego w kraju, gdzie tak wielką wagę przykłada się do tępienia agresji od najmłodszych lat, jest jej tyle dookoła. Jedno za to się Anglikom udało, zaszczepić w sobie donosicielstwo. Prześcigają się w pisaniu listów na sąsiadów o najmniejszą pierdołę.
„...Doszło do tego, że boję się iść w nocy odlać, a kot śpi w jednym pomieszczeniu, żeby nie tupał, bo zaraz z dołu słyszę łup, łup...” Przeczytałam kiedyś na forum Moja Wyspa. Albo:
„... W końcu landlord przestał reagować na jej listy, kiedy napisała, że w naszym ogrodzie są wiewiórki, które hałasują...”

- Mamusiu, on kłamie, że to ja pierwsza go zaczepiam. - Miśce znów zaszkliły się oczy.
- To już nieistotne, czy kłamie. Następnym razem wiesz co masz robić, prawda? - przytuliłam spuszczoną główkę.
- Tak, wiem, nakablować na niego.
- Nie nakablować, tylko powiedzieć pani, że cię zaczepia. To znaczy poskarżyć się komuś.
- A kablować, to co to jest?
- Jeśli na przykład kolega ściąga, a ty mówisz o tym pani.
- Ale nie wolno ściągać i na mnie też kablowali.
- Czy ciebie boli, że ktoś sobie ściąga? Nie, więc się nie wtrącaj, bo to z tobą nie ma nic wspólnego.
- A jak ściąga ode mnie? - Uch, jak pięknie mnie podeszła.
- Zasłoń kartkę, jeśli ci to tak przeszkadza, ale nie donoś. A w ogóle, co było na obiad? - Jestem pewna, że temat jeszcze wiele razy pojawi się w naszym domu. Tego dnia miałam go już serdecznie dość.

poniedziałek, 4 października 2010

Szkolne obiady

Jednym z wielu marzeń Miśki było móc jeść obiady w szkole. Przyznam szczerze, że niechętnie o tym myślałam. Głównie przez obawę, czy angielskie jedzenie będzie jej smakowało i czy w związku z tym w ogóle coś w tej szkole będzie jadła. Ale uległam na próbę.

Dumna była jak paw. Bo to takie samodzielne, bierze się tacę, idzie do lady, pani kładzie na tacę talerz i herbatę, szuka się wolnego miejsca. Jak dorosły człowiek. No i to zawsze inaczej niż w domu.

Dzień pierwszy.
Zaraz po cyklicznym, jak było w szkole? Padło, co było na obiad?
- Wszystko pyszne! Nic nie zostawiłam na talerzu – wystawiła dłoń do przybicia piątki.
- Ale co konkretnie? - przybiłam.
- Ten... Bekon, marchewka gotowana, ziemniaki i ciepła herbatka. Bekon był najpyszniejszy, lepszy niż w Polsce. - co fakt, to fakt. Potrafią go tak fajnie przysmażyć, że jest chrupiący.

Dzień drugi.
- Groszek, kukurydza i taki ser na ciepło, który mi nie smakował i wyglądał jak kotlet. - Camembert , faktycznie nie lubi.
- To dzisiaj nie pojadłaś, co? - zapytałam troskliwie.
- Ale jeszcze było ciastko. Zjadłam całe! - dziecko broniło szkolnej kuchni.

Dzień trzeci.
- Frytki i fasola z takim sosem – ach, dlaczego nie byłam zaskoczona? W sumie na to danie czekałam, hihihi.
- Ale ty ostatnio nie lubisz fasoli – ni z gruchy, ni z pietruchy wybiera nawet z barszczu.
- Oj mamuś, bo ty gotujesz taką dużą i czerwoną, ona ma twardą skórę. - upomniała mnie.
- Białą też gotuję. - broniłam się.
- Taaaak, z kiełbasą. W Anglii nie je się fasoli z kiełbasą...
- Je się... - nie dała mi dokończyć zdania...
- Ale osobno, a nie tak razem! - zakręciła ręką, jakby mieszała w garnku.
Wobec tego cierpliwie czekam, kiedy dostanie angielską kiełbasę. Moim zdaniem jest wstrętna.

Nie jestem zadowolona. Obiady w polskim przedszkolu były, w porównaniu z tutejszymi, królewskie! Zupa, drugie danie zawsze z sałatką. Mięso, ryba lub pierogi, spaghetti. Codziennie czytałam jadłospis, który mi imponował i byłam pewna, że Miśka zje chociaż zupę i sałatki. Ale ona bardzo chce jeść w szkole. Cóż, niech je, w domu i tak zawsze ma polski obiad. Może pewnego dnia zatęskni za kanapkami mamy. Albo mama w końcu stanie okoniem przeciw pasieniu dziecka czymś, co z racjonalnym żywieniem nie ma nic wspólnego.
Na razie trwa próba i Miśka jest tego świadoma. Najśmieszniejsze jest to, że czeka na pizzę, bo kilka razy widziała taki obiad.

Spotkanie z Serafiną. Jak zwykle morze łez, ale jestem nieugięta.