środa, 22 września 2010

Den Haag

Siedmiu chłopa, w tym trzech kibiców piłki nożnej, zgadało się na jakiejś imprezie, że pojadą do Holandii. Miał być akurat mecz wyjazdowy Ajaxu Amsterdam w Rotterdamie. Tak się, proszę ja was nakręcili, a stary Andrzej z nimi, że jadą i nie ma bata, że nie.
- Byś pojechała, bo trzeba drugie auto kręcić. My ci opłacimy prom i benzynę, a spać możesz u mojego syna w Hadze. - gorliwie namawiał mnie Andrzej.
Powiem szczerze, że gdyby zaproponowali mi wyjazd do Rotterdamu lub Amsterdamu, to bym olała. Nie chciałoby mi się. Ale Haga... Mam do niej sentyment z wiadomych powodów, a nigdy tam nie byłam. Dziecko przez całe lato pobąkiwało o morzu. (Paryż ciągle wisi w powietrzu i niezmiennie powtarzam, że tak, pojedziemy. NA MOJE SZCZĘŚCIE skończyły się pytania typu – a ile razy się wyśpię.) No i od ponad roku nie ruszałam tyłka z Anglii.

Nie uśmiechałoby mi się spędzanie czasu w towarzystwie rozhukanych młodzików. Spanie w tym samym hotelu, imprezy, ja, kierowca na zawołanie. O nie.

Uzgodniliśmy, że dowożę Pako pod hotel w Rotterdamie, Andrzej jedzie ze mną dalej do Hagi, do jego syna, a potem do nich wraca. Jak? Chuj mnie to tak naprawdę obchodziło. „Mamuśka rządzi”, mawiali młodzi.
Mamuśką zostałam po tym, jak K. na stacji benzynowej w Derby powiedział:
- Dobra, to spotkamy się w Dover, bo ja będę zapierdalał. - a w porcie byli hen za mną. Niepozorna mamuśka okazała się rajdowcem. I żeby nie było. Miałam moje dziecko na pokładzie oraz raz w życiu zgarnęłam mandat za parkowanie. Zresztą w Anglii.

W Hadze czekały na nas cztery uśmiechnięte gęby. Jedna przypadła mi szczególnie do gustu. Ina, synowa Andrzeja. Wiecie, jak to jest usiąść z kimś i zacząć rozmowę od środka? Żadnych wstępów, smoltoków. Tak, jak byśmy znały się od lat. Dzieci natychmiast przeszły do bawialni, zero barier, chowania się za mamę. To mnie powaliło. Jest coś takiego i w ludziach i ich domach, że się wchodzi i czuje jak u siebie. Tam było jeszcze lepiej.
Ina jest Ukrainką, dobrą duszą o baaardzo mocnym charakterze. Chemia zadziałała. Tak, że normalnie za nia tęsknię. Świetnie mówi po polsku, ceni i szanuje Polaków, ale nie znosi alkoholu. Dlatego Andrzej szybko się ulotnił do kompanów ciągnąc za sobą syna.

W niedzielę wpisałyśmy kilka adresów w nawigację, pojechałam z dzieckiem na rekonesans, a Ina gotowała barszcz ukraiński i gołąbki.

Wiecie, że na patelni smaży się cebulę, boczek i buraki i dopiero dodaje to do rosołu, w którym jest liść laurowy? (Mówię o liściu, bo niektóre regiony Polski gotuja rosół z liściem, ja nie.) Zakwasza, potem dodaje czosnku, przecieru pomidorowego oraz gęstej śmietany.

Nienawidzę tego barszczu. Wstrętny. Tak ohydny, że w piątek ugotuję. Ale psssyt, syf.

Gołąbki, kryste! Gotowane w maśle, śmietanie i przecierze pomidorowym. W pysku się rozpływały. Troche za tłuste jak dla mnie, ale odkryłam walory masła w kuchni.

W poniedziałek stado nie mogło zebrac się do kupy. W akcji zaginął S. Chłopcy wysłali mi trzy smsy. Nie ma. Szukamy. Jest. Faceci rzeczywiście są powściągliwi... Anyway, przez giganta spóźniliśmy się na prom. Żeby to dwie godziny... Dużo lepiej.
Mamuśka, przepraszamy. Masz tu sto euro, dopłać jakby co. - K. wcisnął mi forsę w łapę.
Trzeba było dopłacić za spóźnienie. Oni 89 euro, ja nic. Hihihi, nic. Nie wiem dlaczego, może dlatego, że na stwierdzenie pani w okienku, iż jestem tu lejt, odpowiedzialam – maj czaild łos sik.

Anglia przywitała nas gęstymi mgłami. Nikt nie zapierdalał, choć zwłoki chłopaków krzyczały – do domu!

Ja byłam wypoczęta. Miśka rozwalona na poduszce, przykryta kocykiem (fotelik wrzucałam do bagażnika, gdy układała się do snu). Dopiero koło Derby zaczęłam widzieć jakieś refleksy świetlne, fatamorgana – zająca na masce, hehe.

Mam kilka wspomnień. Może kilkanaście. Ech, a może i kilkadziesiąt, ale jeden opublikuję...

Pokój dziecięcy. Milena i Miśka się bawią. My podsłuchujemy.
Miśka: Ja będę księżniczką a ty macochą.
Cisza. Milena pewnie się skrzywiła, bo za chwilę:
Miśka: Dobra, to ty będziesz księżniczką... już MI TU SPRZĄTAĆ!!!
Znów sekundy ciszy i:
Milena: Dobra, to ja będę macochą, co?

Obiecały sobie, że jeszcze się spotkają. My z Iną obiecałyśmy sobie to samo:)

6 komentarzy:

  1. O matko, to miałaś wesoło :)
    Znam to uczucie, zdarzyło mi się kilka razy w życiu :) I życzę Wam kolejnych, jeszcze bardziej udanych spotkań z Iną i jej córką :D

    OdpowiedzUsuń
  2. dziewczynki słodkie:) a do barszczu przecieru nigdy nie dawałam, musze spróbować:)

    OdpowiedzUsuń
  3. Hi hi, ze nie rozpoznalam na poprzednich zdjeciach, tlumok ze mnie - przeciez to pierwsze to dom zdrojowy w Scheveningen :)
    ciesze sie ze sie podobalo :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Moja Ukraina lutuje rozgnieciony ząbek czosnku wprost do talerza!Łychę smietany też.O reszcie wiedzieliście. O rrrrany :-)

    OdpowiedzUsuń
  5. na grzyby to tylko w polsce- piknik kawa z termosu i wodka krol grzybobrania i kto zostal w lesie

    OdpowiedzUsuń
  6. czesc athina jestem juz zanetowany w tej......anglii buziaki dla corki

    OdpowiedzUsuń