środa, 29 września 2010

Grzybobranie

Najbardziej w Anglii brakowało mi wyjazdów na grzybobranie. Uwielbiam je, a zwłaszcza powroty z pełnym wiadrem. Wypady z mamą były szczególnie przyjemne, mnóstwo żartów, a i kanapki mama zrobiła, ciepłą herbatę w termosie miała. Miśka świetnie rozróżnia już grzyby jadalne. Dała się zarazić moją pasją. Śpiewałyśmy zawsze piosenkę Reni Jusis – „Kiedyś cie znajdę, znajdę cię... Jestem coraz bliżej, wiem...” Piosenka grzybiarzy, hihihi. Właśnie za grzyby najbardziej lubię jesień.

Anglicy są zdania, że to, co rośnie w lesie, jest dla zwierzyny, bo człowiek może sobie to kupić. Czyli jest oficjalny zakaz zbierania. Rozmawiałam z Polakami na ten temat. Niewielu jeździ do lasów, bo i w naszych okolicach nie ma specjalnie gdzie. Pamiętam, że we Włoszech należało uiścić opłatę w urzędzie miasta przed wyjazdem na grzybobranie.

Myślałam, że w Niemczech wybierzemy się z przyjaciółmi. Nie mam wielkich potrzeb. Chciałabym trochę ususzyć i tęsknię za sałatką grzybową. Pisałam o niej niedawno.

Oczom nie wierzyłam, kiedy w minioną niedzielę Miśka wyskoczyła zza górki w parku z okrzykiem – mamusiu, grzyb!- a w ręce uniesionej w górę trzymała najprawdziwszego podgrzybka!
W jeszcze większym szoku byłam, gdy odkryłyśmy kolonię zajączków. Uzbierałyśmy jedną czwartą reklamówki. Natychmiast kupiłam paprykę i wyszły mi dwa słoiczki sałatki.

Dziś poszłam sama. Takie zbieranie, to ja lubię. Krótka trawa, żadnych chaszczy (boję się kleszczy), a w niektórych miejscach grzyb koło grzyba. Zrobiłam sobie godzinną przechadzkę i oto efekt.

Za miską dumnie stoją efekty niedzielnego zbioru.

Pogodę mamy dżdżystą, ale jest ciepło. Czyli w sobotę rano maszerujemy do parku na grzyby. Jak to dziwnie brzmi, prawda? Do parku na grzyby.
W związku z tym nasuwa mi się myśl:
Macocha Anglia pyta – czego ci dziecko jeszcze do szczęścia brakuje?
Grzybów.
Proszę, masz grzyby w parku, żebyś nie musiała daleko szukać.:)

wtorek, 28 września 2010

Serafina zyje

Wczoraj spotkałyśmy Serafinę. Na Dzielni. Kota naprawdę się ucieszyła i chętnie dała się miziać. Miśka porwała ją na ręce i chodu mamusiu! A ja stanęłam okoniem. Przed domami stali Cyganie i „grali na grzebieniach”. Z jednego domu wybiegły dzieci, a matka trochę niepewnie przywoływała Serafinę – Rufus, czy Rufojs. Obie chyba byłyśmy tak samo właścicielkami tej kotki. Chłopiec podbiegł do Serafiny i zabrał ją do domu. Miśka w ryk ze szlochem, że to jej kot. Ja ją za samochód i dawaj uświadamiać. Serafina już zobaczyła, że jesteśmy, to może sama wróci. Dudkowi nie przyniesiemy jej na rękach, to nie dostaniemy manta.

Ale, ale, ale to móóóóóóóóój koo-oo-oottttt (trzecia faza oo osiagnela sopran godny podziwu). No darła się niemiłosiernie. Może troche przesadzam, bo moje dziecko nigdy nie zrobiło mi obciachu na skalę trzech szybkich za kioskiem.

Niemniej przemówiłam Miśce do rozumu, że lepiej niech ta Serafina sama se przyjdzie, my ją nakarmimy, ale niech to się dzieje bez naszego udziału. Dopiero co Dudek znów zaczął z nami spać i się nami opiekować...

piątek, 24 września 2010

Kocia tęsknota

Przed wyjazdem do Hagi podzieliłam między koty puszkę karmy, a do osobnych misek rozsypałam pudełko suchego żarcia. Nie było bata, żeby nie wystarczyło. Bardziej obawiałam się, co będą wyprawiać, jak mnie nie będzie.
Duduś miał różne fazy, albo olewał Serafinę i już się cieszyłam, że relacje między nimi idą ku lepszemu, albo ni z gruchy ni z pietruchy na nią syczał.
Konsekwentnie gonił ją z mojej sypialni, a ona z dnia na dzień coraz mniej się tym przejmowała. Co rano przychodziła się przywitać, albo wieczorem pożegnać na dobranoc.
Nie miałam wątpliwości, że kota nas polubiła i czuje się tu dobrze. Mimo tego rozpieszczonego i zaborczego LWA.

We wtorek nad ranem wchodziłam do domu pełna obaw. Żyją? Chata stoi? Głodne? Tęskniły? A tu nie było ani jej, ani jego. Michy puste. W jednym pojemniku był gulasz z piątkowego obiadu, też wmłuciły.
Miśka poleciała na górę. Nie ma, mamo! Poszłam do ogrodu, pokiciałam. Dudek wystawił głowę z płotu. - No chodź tu moje słoneczko – kucnęłam. Ojej, jak leciał z zadartą kitą i darł japę niemiłosiernie. Wrzuciłam mu puszkę do miski, a on nie wiedział, czy ma jeść, czy dalej się o mnie ocierać. Zastanowiło mnie dlaczego nie spał w domu? Czyżby nasza nieobecność tak na niego wpłynęła, że nie chciał być tu sam?
Serafina nie wróciła do dzisiaj. Codziennie rozglądam się za nią w cygańskiej dzielnicy, bez rezultatów. Szkoda mi tej kocicy, jest mądra i dobra. Cały czas mam nadzieję, że jednak wróci.

Trochę za wcześnie wyjechałam. Kota była u nas tylko tydzień. Pani nie było, to i ona nie widziała pewnie sensu czekania. Wszak nie przywykła jeszcze do miejsca.

Dudka też mi było okropnie żal, jak wychodził z tego płotu. Jak opuszczony, bezdomny zwierzak.
Za miesiąc jedziemy z Miśką na tydzień do Niemiec. Albo Andrzej, albo Hania będą tu zaglądać codziennie, by dać mu jeść. Boję się o niego, bo to tak długo. Ale przecież nie uwiążę się w domu, bo kot. Zastanawiam się nad hotelem i tu mam pytanie do Kociar. Co będzie lepsze. Pusty dom, ale jego dom, czy oddanie go na tydzień w nowe, nieznane i do klatki przecież? Dudek już nie bardzo umie żyć w zamkniętych pomieszczeniach. On kocha swój ogród, czuje się tam gospodarzem. Do tego mam lekką traumę związaną z hotelem dla zwierząt. Pod koniec 1999 roku oddałam moją Owczarkę Kaukazką – Franię, bo wyjeżdżałam do Hiszpanii. Wróciłam po zwłoki. W noc sylwestrową dostała ataku serca.
Podzielcie się ze mną Waszym doświadczeniem.

Byłam przygotowana, że kot najszczy mi do walizki. Albo chociaż do butów. W sensie, ty stara jędzo, to ja tu na deszczu, wilki jakieś. Ale nie. Za to okazuje mi więcej zainteresowania i czułości niż wcześniej. Śpi ze mną, z czachy daje, prosi o pieszczoty. Jak nie Dudek – pan, władca, odludek.

Biedne te zwierzaki, ale życie przecież musi się toczyć normalnym torem. Wyjazdy są wpisane w to nasze życie. Boję się, co będzie za miesiąc i jak on sobie z tym poradzi...

środa, 22 września 2010

Den Haag

Siedmiu chłopa, w tym trzech kibiców piłki nożnej, zgadało się na jakiejś imprezie, że pojadą do Holandii. Miał być akurat mecz wyjazdowy Ajaxu Amsterdam w Rotterdamie. Tak się, proszę ja was nakręcili, a stary Andrzej z nimi, że jadą i nie ma bata, że nie.
- Byś pojechała, bo trzeba drugie auto kręcić. My ci opłacimy prom i benzynę, a spać możesz u mojego syna w Hadze. - gorliwie namawiał mnie Andrzej.
Powiem szczerze, że gdyby zaproponowali mi wyjazd do Rotterdamu lub Amsterdamu, to bym olała. Nie chciałoby mi się. Ale Haga... Mam do niej sentyment z wiadomych powodów, a nigdy tam nie byłam. Dziecko przez całe lato pobąkiwało o morzu. (Paryż ciągle wisi w powietrzu i niezmiennie powtarzam, że tak, pojedziemy. NA MOJE SZCZĘŚCIE skończyły się pytania typu – a ile razy się wyśpię.) No i od ponad roku nie ruszałam tyłka z Anglii.

Nie uśmiechałoby mi się spędzanie czasu w towarzystwie rozhukanych młodzików. Spanie w tym samym hotelu, imprezy, ja, kierowca na zawołanie. O nie.

Uzgodniliśmy, że dowożę Pako pod hotel w Rotterdamie, Andrzej jedzie ze mną dalej do Hagi, do jego syna, a potem do nich wraca. Jak? Chuj mnie to tak naprawdę obchodziło. „Mamuśka rządzi”, mawiali młodzi.
Mamuśką zostałam po tym, jak K. na stacji benzynowej w Derby powiedział:
- Dobra, to spotkamy się w Dover, bo ja będę zapierdalał. - a w porcie byli hen za mną. Niepozorna mamuśka okazała się rajdowcem. I żeby nie było. Miałam moje dziecko na pokładzie oraz raz w życiu zgarnęłam mandat za parkowanie. Zresztą w Anglii.

W Hadze czekały na nas cztery uśmiechnięte gęby. Jedna przypadła mi szczególnie do gustu. Ina, synowa Andrzeja. Wiecie, jak to jest usiąść z kimś i zacząć rozmowę od środka? Żadnych wstępów, smoltoków. Tak, jak byśmy znały się od lat. Dzieci natychmiast przeszły do bawialni, zero barier, chowania się za mamę. To mnie powaliło. Jest coś takiego i w ludziach i ich domach, że się wchodzi i czuje jak u siebie. Tam było jeszcze lepiej.
Ina jest Ukrainką, dobrą duszą o baaardzo mocnym charakterze. Chemia zadziałała. Tak, że normalnie za nia tęsknię. Świetnie mówi po polsku, ceni i szanuje Polaków, ale nie znosi alkoholu. Dlatego Andrzej szybko się ulotnił do kompanów ciągnąc za sobą syna.

W niedzielę wpisałyśmy kilka adresów w nawigację, pojechałam z dzieckiem na rekonesans, a Ina gotowała barszcz ukraiński i gołąbki.

Wiecie, że na patelni smaży się cebulę, boczek i buraki i dopiero dodaje to do rosołu, w którym jest liść laurowy? (Mówię o liściu, bo niektóre regiony Polski gotuja rosół z liściem, ja nie.) Zakwasza, potem dodaje czosnku, przecieru pomidorowego oraz gęstej śmietany.

Nienawidzę tego barszczu. Wstrętny. Tak ohydny, że w piątek ugotuję. Ale psssyt, syf.

Gołąbki, kryste! Gotowane w maśle, śmietanie i przecierze pomidorowym. W pysku się rozpływały. Troche za tłuste jak dla mnie, ale odkryłam walory masła w kuchni.

W poniedziałek stado nie mogło zebrac się do kupy. W akcji zaginął S. Chłopcy wysłali mi trzy smsy. Nie ma. Szukamy. Jest. Faceci rzeczywiście są powściągliwi... Anyway, przez giganta spóźniliśmy się na prom. Żeby to dwie godziny... Dużo lepiej.
Mamuśka, przepraszamy. Masz tu sto euro, dopłać jakby co. - K. wcisnął mi forsę w łapę.
Trzeba było dopłacić za spóźnienie. Oni 89 euro, ja nic. Hihihi, nic. Nie wiem dlaczego, może dlatego, że na stwierdzenie pani w okienku, iż jestem tu lejt, odpowiedzialam – maj czaild łos sik.

Anglia przywitała nas gęstymi mgłami. Nikt nie zapierdalał, choć zwłoki chłopaków krzyczały – do domu!

Ja byłam wypoczęta. Miśka rozwalona na poduszce, przykryta kocykiem (fotelik wrzucałam do bagażnika, gdy układała się do snu). Dopiero koło Derby zaczęłam widzieć jakieś refleksy świetlne, fatamorgana – zająca na masce, hehe.

Mam kilka wspomnień. Może kilkanaście. Ech, a może i kilkadziesiąt, ale jeden opublikuję...

Pokój dziecięcy. Milena i Miśka się bawią. My podsłuchujemy.
Miśka: Ja będę księżniczką a ty macochą.
Cisza. Milena pewnie się skrzywiła, bo za chwilę:
Miśka: Dobra, to ty będziesz księżniczką... już MI TU SPRZĄTAĆ!!!
Znów sekundy ciszy i:
Milena: Dobra, to ja będę macochą, co?

Obiecały sobie, że jeszcze się spotkają. My z Iną obiecałyśmy sobie to samo:)

wtorek, 21 września 2010

Zgadnijcie gdzie byłyśmy





Jestem zbyt zmeczona, by wszystko opisac, wiec CDN:)

czwartek, 16 września 2010

Bardzo zły dzień

Miśka miała dzisiaj bardzo zły dzień...
Bardzo, bardzo zły dzień, mamuniu, buuuuu – wcierając w rękawy łzy wystawiła stopę do całowania w paluszki. Kto pizgnął czubkami o coś twardego (progi są zabójcze), ten wie, jak to boli.
Zrobiło mi się jej tak żal, że omal sama nie zapłakałam.

Najpierw w szkole podczas przerwy dziecko dostało z buta w szyję od starszego kolegi. O szczegółach dowiedziałam się z kartki informacyjnej. Zdarzenie miało miejsce na boisku o 12.30, przyłożono zimny okład, nie było potrzeby zawiadamiania rodziców.

- Ale on to zrobił niechcący? - zwróciłam się do najsmutniejszej twarzyczki tego sezonu.
- Nie, on się tak zamachnął i specjalnie, mamuś.
- „To mały skurwiel” I co pani na to? - przytuliłam główkę do mymłonu.
- Posadziła go w kącie. - uslyszalam głos przepelniony satysfakcją.

Dotarłszy do domu w progu przywitała nas Serafina. Miśka pogłaskała kotkę, rzuciła w kąt teczkę, przeszłyśmy do jadalni, w której stał LEW.
- O, Dudunio! - dziecko skoczyło w jego stronę, ale LEW zniknął w klapce.
Otworzyłyśmy drzwi do ogrodu i obie podreptałyśmy za panemtegoswiata. Miśka dobiegła do niego cała w skowronkach, a on stanął na tylnych łapach i wbił jej pazury w czoło oraz kark. Zamarłam na sekundę. Jeszcze nie byłam pewna, czy nie w oko. Dopiero, gdy się do mnie odwróciła z rykiem, widziałam, że jednak nie. Lew odskoczył kilka susów w bok i przycupnął w trawie. Dobiegłszy do dziecka zdjęłam klapek ze stopy i rzuciłam nim w jego kierunku. Przysięgam, że chciałam, żeby ten klapek wylądował na jego głowie, ale chybiłam.

Uspokoiłam córkę, która rozszlochała się na dobre, tak wiecie, z zanoszeniem się, bo raz, że głębokie rany, dwa, że szła do swojego kota w naprawdę pokojowych zamiarach.

Mną zaś targał wkurw, ale na spokojnie. Może nie jestem wybitnym znawcą kotów, jednak oswoiłam się z nimi na tyle dobrze, by rozumieć.

Przyszedł. Kazałam Miśce w ogóle nie zwracać na niego uwagi. Ma się czuć obrażona. Ja zaś wzięłam go na ręce i rzekłam, że nie pozwalam mu bić mojego dziecka. Tak, tak, śmiejcie się, ale powiem Wam, że one wszystko kumają.

Do teraz podchodzi, niby, że on nic nie chce, ale tak przycupnie koło mnie, a to wyprostuje przednie łapy o krzesło. Zajrzy do salonu, do dziecka, czy wszystko okej. Ja udaję, że zapomniałam, a ta bestia nie umie...

A potem jeszcze dziecko pierdolnęło tymi malutkimi paluszkami o szafkę. O. Twardą. Wstrętną. Szafkę.

- Okropny ten czwartek, co? - całowałam paluchy.
- Tak, nie lubię tego czwartku, wcale go nie lubię i go nie chcę! - wciągnęła z powrotem jedenastkę wylegającą z nosa.
- Jak jest czwartek po angielsku? - zapytałam automatycznie.
- Thursday, a very bad day!

Oooooo, moje biedactwo:)

* mymłon – Znajoma kiedyś zaproponowała w aucie zmęczonemu koledze, „połóż głowę na mym łonie ”, a on zapytał, co to jest mymłon.

środa, 15 września 2010

Byki do roboty, bo jak nie, to podatek!

Przeczytałam u ade wzmiankę o bykowym projekcie.

Bezdzietni Polacy po 40 roku życia mieliby płacić specjalny podatek od – UWAGA – wygody nieposiadania dzieci.
„Nie może być tak, że w społeczeństwie nagradza się myślących tylko o swojej wygodzie” - powiedział Mirosław Kasprzak z PSL.

Nie rozumiem tej wypowiedzi. Jak to nagradza? Czy bezdzietni mają jakieś ulgi podatkowe? Są obecnie specjalnie pielęgnowani przez państwo? Nie. Czy fakt, że może ktoś nie czuje się na siłach podjęcia odpowiedzialności za inne życie, to jedynie wygoda? Czy Konstytucja nie gwarantuje wolności wyboru?

Wreszcie, czy niewygodą jest posiadanie dzieci? Urodziłam Miśkę, bo było mi za wygodnie. Normalnie wyszlajałam się po Europie za moje pieniądze, od których odprowadzałam składki emerytalne i podatki i było mi tak wygodnie, że se machnęłam dziecko, żeby się w końcu ta pieprzona wygoda skończyła. Po to, kochani ma się dzieci w mniemaniu pana Kasprzaka.

Mamy niż demograficzny? No coś takiego! Niewiarygodne. Zaskoczył nas, no nie? Jak zima zaskakuje drogowców. Ale polskie dzieci się rodzą, a jakże, tyle, że nie w Polsce. Albo rodzice wyjeżdżają z dziećmi ze swojej ojczyzny, żeby godnie żyć. Za chwilę Niemcy otworzą rynek pracy, a tam becikowe oraz opieka socjalna jest na godnym poziomie. I znów ubędzie młodych.

Jakąż to znów karę wymyślono miast zachęty! Jest problem, to jebniemy podatki.

Kiedy szukałam pracy w Polsce załamywałam ręce. Sekretarki szukano po wyższym administracyjnym za grosze na początek. Z wyższym administracyjnym powinno się mieć robotę na stanowisku dyrektora, nie sekretarki. O, przepraszam, teraz to się nazywa asystentka powiedzmy zarządu. Tymczasem korporacja wcale nie musi gwarantować awansu. Zaś ludzie z wykształceniem zawodowym zarabiają takie grosze, że uciekają z kraju do obcych fabryk. Ci z wyższym zreszta też.
Wywiozłam z kraju dwóch podatników, siebie, która mogła łożyć na obecnych emerytów i dziecko, przyszłość ZUS, a takich jak ja jest rocznie, ho, ho.

A teraz weźmy na przykład pana X, który pracuje sobie jako księgowy. Kobiety rzucały go jedna po drugiej, bo nudny i nie chce mieć dzieci. Pan X nie czuje się na siłach. Uważa, że byłby kiepskim ojcem i nie lubi dzieci. Jest mu z nimi nie po drodze. Przepraszam bardzo, czy za racjonalne i ,moim zdaniem, mądre podejście do tematu ma zapłacić podatek od wygody? Czy lepiej niech zmacha dzieciaka jakiejś kobiecie, płaci alimenty, dziecko niech dorasta bez ojca, ale będzie podatnik!

Jeżeli tak, to ja proponuję taki podatek nałożyć na księży. Mamy ich w kraju ho, ho oraz ho!
I co mnie interesuje ich sekciarski celibat? Nałożony zresztą po to, by potomstwo nie dziedziczyło majątku. I podatek dochodowy niech w końcu zaczną płacić.

Może by tak usprawnić system i jego chore dziury, zamiast godzić w wolność obywatela?

wtorek, 14 września 2010

Narodziny i pogrzeby

Nie dość, że mam upragnioną koteczkę, coraz mniej foszastego kocura, to na dodatek zostanę babcią, bo Serafina jest kotna. Tak się urządziłam i składam ręce do losu, żeby były maksymalnie 3 kocięta, a nie na przykład siedem. Mam nadzieję, że nie, bo kotka wygląda na młodą. Jutro idę z Dudkiem do kontroli, to zapiszę i ją u weta.

Dla dwóch kociaków znalazłam domy. Andrzejowi przyda się jakiś towarzysz życia, a chłop to bardzo dobry. Jego siostra, Krysia kilka lat temu pochowała swojego ukochanego kota i tak rozpaczała, że absolutnie nie chciała słyszeć o nowym. Teraz już chce.

Cyrk był z tym pochówkiem kota na kółkach. Kobieta zawinęła go w kocyk i ułożyła w trumnie w pokoju. Potem przez dobę wyła nad jego zwłokami. Jej córka wzięła urlop w pracy z powodu pogrzebu, bo miała kilkadziesiąt mil do pokonania.

Kot ze wszystkimi zabawkami i miską spoczął w ogrodzie, a córka odczytała specjalnie napisane pożegnanie.

Mnie to specjalnie nie dziwi. Sama bardzo długo płakałam po śmierci mojej „córeczki” Frani – owczarka kaukaskiego i zrobiłam jej piękny grób w ogrodzie.

Moja mama odebrała kiedyś telefon od szlochającej przyjaciółki. Ela nie mogła wydusić z siebie słowa. Przerażona matka ryknęła do słuchawki, że co się stało?
- Kro... Kro... Kropka umaaarła, buuuuu – wyszlochała Ela.
Zapakowała psa do torby i przyjechała z osiedla na Dzielnię do mamy. Kupiły ćwiartkę i poszły do parku kopać grób.
Kiedy zasypały Kropkę ostatnią szufelką (do węgla) ziemi, dołączył do nich ojciec z Rychem i kolejną flaszką. Suma summarum zebrała się tam dość spora liczba żałobników, a następnego dnia Ela wzięła urlop na żądanie.

Ja tam bym moim kotom też zrobiła pogrzeb z pompą. Tylko z kim tu pić na stypie? Chyba, że Daisy wzięłaby urlop...:)))

Tymczasem nie ma co myśleć o śmierci, narodziny mi się szykują – pępkowe.:)))

poniedziałek, 13 września 2010

Siódme urodziny


Była impreza, balony, pochowane prezenty. Jeden prezent schował się pod samochód – Serafina Lukrecja. Tę kotkę Miśka wybrała sobie sama w cygańskiej dzielnicy. Błąkała się biedna i szukała żarcia. Później zniknęła i spotkałam ją ponownie w dniu urodzin dziecka.

Dudek spuścił mi za nią manto. Popatrzył na mnie karcąco, gdy wzięłam ją na ręce i wyszedł do ogrodu. Podreptałam za nim, ale w ogóle nie chciał ze mną gadać. Przemawiałam łagodnie, że go kocham najbardziej, że jest mój pierwszy i jedyny. Przystanął i jął głośno oddychać. Nagle ruszył w moją stronę z wygiętym karkiem i rzucił się z zębami na mą wyciągniętą rękę. No co, lanie musi być.

Dom został podzielony sprawiedliwie. Góra jest Dudka, salon Serafiny. Tymczasem micha kocicy już może stać w kuchni. Jeszcze nie ma sielanki, ale jest akceptacja. Kota od początku miała wolną łapę na wyjścia z domu. Wybrała nas i została.

Planowałam zrobić urodziny w plenerze, ale pogoda spłatała nam psikusa, więc kisiliśmy się w domu. Co się jednak odwlecze, to nie uciecze. W niedziele sobie to odbiłyśmy.

Markaeton Park ma sporo atrakcji. Wyszukałam go w Internecie.

Nie zaryzykowałam kąpieli, to już nie te temperatury, a Miśka ma gilowe inklinacje.

„O, koniki!” „To są osły” „To nic, mogę pojechać na tym osiole?”

Trasa mini pociągu wiedzie przez pół parku. Mija się ogromny akwen wodny, gdzie można wypożyczyć łódkę lub rower wodny.

Tutaj dziecko dało czadu. Ryjek zwinęła w trąbkę ze skupienia i tylko raz pojechała pod prąd.

Są też i dzikie tereny.

Bardzo mi się ta wycieczka podobała. Są tu jeszcze dwa parki, które muszę koniecznie odwiedzić.

czwartek, 9 września 2010

O komunii

- Ty będziesz posyłała dziecko do komunii? Bo ksiądz ostatnio mówił, żeby zapisywać... - zagaił św. Andrzej.
- A idź ty z tym polskim kościołem i tym całym księdzem. - prychnęłam. - Będzie mnie prześwietlał, każe karteczki zbierać z coniedzielnej mszy, roraty, sraty, różańce. Widziałam co znajoma miała w tamtym roku. Rok wyjęty z życiorysu. Pójdzie do komunii w angielskim kościele, bez tej zbędnej biurokracji.
Popatrzył na mnie jakoś dziwnie i już otwierał usta, ale go ubiegłam.
- Tylko mi nie mów, że ten sakrament będzie mniej ważny.

Jestem niewierząca, ale wychowana w domu katolików. Niepraktykujących, ale zawsze. I tak jest w sumie od pokoleń. Siostra moja leży krzyżem w kościele i oprócz babci jest to jedyna istota w obu rodach moich rodziców, która nie odwróciła się od KK. Ja jestem jedyną ateistką, ale czy moje dziecko będzie chciało nią być, zadecyduje o tym samo. Tymczasem przekażę jej pałeczkę w postaci tych wszystkich pierdół na wypadek, gdyby kiedyś okazało się, że ona jak najbardziej wierzy i do tego chce mieć ślub kościelny. (Z angielskim księdzem, hehe.) Poza tym, jak to kiedyś ujęła sędzia Sądu Rodzinnego w Legnicy, „Dziecko nie jest pani własnością”, a rodzina Miśki ojca jest wierząca... Wiem, że tak naprawdę nic nie muszę, ale chcę i ona tym bardziej, bo marzy o tej białej sukience oraz mówi o „bozi”. Na poważne podjęcie tego tematu mamy jeszcze czas. Nie chciałabym, aby w szkole wyskoczyła z tekstem – bo moja mama mówi, że boga nie ma... Dzieciaki potrafią być okrutne, po co mają jej dokuczać?

Niestety, nikt mnie nie zmusi, by dyndać w kościele ileś tam razy w tygodniu i po niedzielnej mszy stać w kolejce na zaplecze po podpis pryncypała!
Przy okazji tego tematu przypomniałam sobie o notce z 2008 roku.

... „R” powiedział, że w Zielonej Górze dzieciaki przygotowujące się do komunii świętej mają karty czipowe!
- Normalnie pingwin wpierdala kartę w czytnik i wie czy dzieciak uczestniczył we wszystkich zajęciach związanych z przygotowaniem go do sakramentu.
- Buahahahahaha!
- Kumasz, co może nas czekać? Będą sprzedawać takie karty, powiedzmy za pięć dych, jak w tak taku. Idzie sobie Kowalski do spowiedzi, zaczyna: „ostatni raz byłem u spowiedzi…”, a ksiądz: „moment, karta. pin, baranie, pin i zielony! Co my tu mamy, było trzysta zdrowasiek, sto pięćdziesiąt ojczenasz, zostało trzy złote. Nie masz kasy na nowe grzechy. Doładuj kartę, SYNU!” - kumasz. - Na tacę dajesz, a tam czytnik, pyyk. Ksiądz potem po kolendzie chodzi i ma pełne dane, słuchaj. Na różańcu córka nasza nie była wcale, gorzkie żale opuściła dwa razy i odseteczki, ODSETECZKI!...”

Coś koło tego, tylko bez kart, wygląda to tutaj. Dajcie żyć! W dupach się tym kiecokom poprzewracało. Jedna ze znajomych poszła święcić jaja, a tutejszy ksiądz wytknął jej, że ma biedny koszyk. Dzizaskurwajapierdolę!
Kto wie, czy w przypadku Miśki nie czepiłby się, że chrzczona we włoskim kościele. Niby nie ma takiej opcji, ale czy ktoś może mi to zagwarantować? Przecież to są paranoicy.

środa, 8 września 2010

Wudka

Podczas wczorajszych ćwiczeń pisania ze słuchu wyszło nam kilka kwiatków. Angielskie mnie nie bawią, bo wiadomo. Zresztą, jeśli w słowie – little – zabraknie jednego „t”, to żadna mi atrakcja.

Ćwiczenia dzielimy na dwie nierówne części. Pierwsza, dłuższa z czytaniem i pisaniem tego, co się przeczytało, to angielska. Druga obejmuje pisanie dyktowanych przeze mnie słówek polskich.
Staram się jeszcze nie stosować słów z – ł, ś, ć, ń... - ale kładę obecnie nacisk na często popełniane błędy np. „Farpki” i tu tłumaczę, że nie, bo „Farby”, to będzie „Farbki” i tak dalej...

Wczoraj o czymś mi się zapomniało.

- Ok, jako następne napisz łódka. - rzekłam z kuchni. Zabawa polega na tym, że ja nie patrzę dopóki Miśka nie napisze. Przy czym to moje biedne dziecko jeszcze trochę błądzi w linijkach. Za moich czasów były zeszyty z wytłuszczonymi linijkami na małe litery. Tutaj są jak dla studentów, tylko te duże, ale dorysowujemy.
Zapomniałam o nieszczęsnym „ł” i „ó”, skupiłam się na tym, czy napisze „t” zamiast „d”.

Nie napisała, ale ŁÓDKA wyszło jej WUDKA!

Co się uśmiałam, to moje, ale i dzięki temu już pamięta, jak jest „ł” po polsku.:)

poniedziałek, 6 września 2010

Jak Andrzej płynął budynkiem

- Wypuścili nas z autokaru przed takim wielkim budynkiem, który miał trzy kondygnacje. W tym budynku siedzieliśmy jakieś cztery godziny. Tam było wszystko, restauracje, sklepy, sala kinowa, a na dachu można było palić. Widziałem pusty podpływający prom. To chyba tam wjechał autobus, ten prom potem popłynął z autobusem z drugiej strony tego budynku i my wysiedliśmy i już byliśmy na lądzie. Ty, jak to jest? - zapytał Andrzej.
- Jakiego budynku? Ty na promie siedziałeś! - pisnęłam.
- Ale skąd! Właśnie się dziwiłem, że kiedy my będziemy płynęli! - obruszył się. - ja ci to narysuję – wziął kartkę i długopis, ale mu przerwałam.
- Patrz na mapę – otworzyłam Google. - Zobacz ile masz morza, a najkrótsza droga prowadzi przez tunel. Gdzie tu może stać budynek i na chuja te promy? Nocą płynąłeś, to nie widziałeś, że nie ma lądu. A morze było spokojne, to nie huśtało. I wiesz w ogóle ile byś musiał zapierdalać tym budynkiem, żeby przejść na jego drugi koniec? Prom płynie dwie i pół godziny! - popatrzyłam na niego z politowaniem.

Zamyślił się, a raczej zawstydził.

- No na to wygląda, teraz mi rozjaśniłaś. W życiu bym nie pomyślał, że to prom! Dla mnie to był budynek. - złapał się za głowę.
- A w druga stronę tez się nie zorientowałeś? - zapytałam rozkładając ręce.
- Też nie, noc była. Znów weszliśmy do budynku...

Normalnie nie wiem, co mam powiedzieć! A bije się w klatę, że był trzeźwy jak gwizdek.

czwartek, 2 września 2010

Małosolne

Małosolne zawsze były rodzinnym rarytasem. Nie dało się przejść obok, by nie wsadzic łapy. Matka, zwłaszcza wieczorem grzmiała, że się posramy. A tu im później, tym bardziej się chciało...
Tato był najlepszy w złodziejstwie. Wsadzał całego do gęby, przykładał palec do ust, byśmy cicho siedziały i kiwał głową, że droga wolna.
Tutaj nie ma gruntowych, ale ogorek, to ogórek, nie?
Jutro będzie uczta:)

środa, 1 września 2010

List z wawy

“Hej athinko, przesyłam Ci kilka zdjęć, żebyś nie zapomniała o naszych gębach. Byliśmy z Olem na imprezie. Patrz, co dzieciaki wymalowały. Fajne, wesołe, słoneczne. My też malowaliśmy:)))) Pozdrawiamy.”
“Hej Iwonko, pozdrawiam Was z mrocznej dzielni. I tęsknię.”
A do tego jesień jest słoneczna i ciepła. Nie chcę takiej!

Po sierpniu jest juz tylko grudzien. A ja z chwili na chwile coraz bardziej za wami tesknie. Nie wiem, gdzies smutno mi i wyjatkowo samotnie.

Gdyby tak przeskoczyc z dzisiaj pod choinke, co?