niedziela, 29 sierpnia 2010

a tak wogle to...

Slumsy nadal mnie dołują. Jeszcze nigdy tak się nie cieszyłam z nadchodzącej jesieni i początku roku szkolnego. W końcu zniknie ta gnilizna z ulicy. To bydło. A jesień niech będzie deszczowa i ponura. Tak! Takiej właśnie chcę!
Będę smażyła racuchy z owocami, albo na “ostro” z pieczarkami, papryką i szynką.

Wrócę do mojej poprzedniej notki. Każdy z nas mocno broni swojej wolności blogowej. Każdy z nas ma swoje fantazje oraz profil bloga. Nikt też nie ma obowiązku czytania. Czyta, bo chce.
Skoro ktos Wam przeszkadza, godzi w Wasze uczucia, to mam pytanie. Dlaczego go czytacie? Ba! Znacie nawet jego poprzednie blogi.
Helena ujęła to krótko. Ja dodam - panie = fikcja, fikcja, panie, literacka.
Nie analizowałam życia prywatnego autora, bo mnie ono gówno interesuje. Może gdyby pisał w trzeciej osobie, ocena byłaby li inna? Wszak nie jest odosobniony w takich właśnie pogladach.
Szczerze, to myślałam, że sobie o tym pogadamy. Ale jebać tam, już po ptokach.
Blog jest ekstra. A faceci, to chuje.
Dlatego tak dobrze się tam bawiłam.

- Kurwa, zalogowałam się na youtube, ale za chuja nie mogę znaleźć tego jebanego linka do wklejenia! - para szła mi z uszu, a palce zalewały potem (pot - wydzielina gruczołów potowych. Nie potem, ze potem coś) klawiaturę, gdy napierdalałam na gg do Anovi. Refleksja - zaufaj swojemu czytelnikowi. Przepraszam.
- Patrz, tam masz “umieść”, kliknij w to. Ale czekaj, już ci wysyłam. - i Anovi znikła była.
- Ja nie chcę linka, ja chcę się nauczyć - pisnęłam rozpaczliwie.
- ZARA
Szukałam linka nad oknem i po prawej stronie, jak było kiedyś. Oraz operowałyśmy dwoma odrębnymi językami. Nie jestem w stanie otworzyć youtube po polsku.
ZARA dostałam to:

Hihihi. Przypomniała mi się Beata. Ona też mi to kiedyś wysłała:)
Wstydzę się, że jestem takim głąbem!

Dudek jest za to większym, ha, ha, oraz ha! Przyszedł do domu tak pokancerowany, że decyzja zapadła. Będzie eunuchem. Bolą mnie jego rany. Chciałam potomstwa, absolutnie nie mam problemów ze znaczeniem terenu, ale a kuku... Jesień się zbiża. Dość lamentów nad rannym kotem. To wcale nie tak, że rycerz da sobie radę. Zbyt silna jest jego wola walki i zbyt duże potem rany. Dlatego wytnę mu te jajca.

sobota, 28 sierpnia 2010

"Opowiem wam bajeczkę"

Kiedy jest mi źle w tych councilowskich slumsach, a jeszcze gorzej, jak pomyślę, że to mój dom, robię dwie rzeczy. Włączam komedię, albo szukam ciekawych blogów. Nie mam nowych książek, a na półkach w bibliotece chuj nocuje. Chodzi o ilość polskich pozycji. Wszystko przeczytałam.

Ostatnia komedia, do której wrócilam po kilku dniach, to “Kac Vegas”. Dzizas, uśmiałam się jak norka. Filmy o wieczorach kawalerskich oglądałam w tamtym stuleciu. Ziew. Jednak nie tym razem. Zaimponowało mi to, że film nie pokazuje samej (oklepanej) balangi, a skutki po niej. I to była masakra.


U ds znalazłam link do bloga o nazwie generationikea.blox.pl. Przeczytałam go od dechy do dechy i różnie było. Po prostu tak, gdy baba czyta faceta. Raz bym mu jebła, by za chwilę śmiać się do rozpuku oraz popaść w zadumę potem.
Fragment:
“...Ufo: - Ciekawe za co mnie dzisiaj opierdoli.
Ja: - No.
– Wiesz wolałbym to już mieć za sobą. Człowiek żyje w niesamowitym napięciu. Myśli: dobrze odstawiłem ten garnek? Zmyłem naczynia? Położyłem szampon na miejsce? Niech mnie opierdoli i będzie spokój.
– No.
– Najgorsze to jest że to takie nieracjonalne. Wszystko jest w porządku a tu nagle… BAM ! BAM ! BAM! I za skurwysyna nie wiesz o co jej chodziło. Nagle się okazuje, że jesteś kutasem miesiąca.
– No.
– Wiesz co jest najgorsze w tym wszystkim?
- ?
- Że chociażbyś na lewym jajcu stanął to i tak mnie opierdoli.
- …
- Na ród żeński odkąd źyję we związku patrzę zupełnie inaczej - poskarżył się.
- Znaczy się jak?
- Na wszystkie laski. Boję się ich. Są nienormalne. Większość to wariatki. A nawet jak mi się jakaś podoba. To sobie myślę, i tak jest taka sama jak wszystkie. Niezrównoważona psychicznie. Choćby nie wiem jak fajne cycki i dupę miała to tylko kobieta, dziewczyna, baba. A ich mózgi są bardzo podobne. A teraz stara jest jeszcze na diecie. Chodzi nerwowa jak cholera...”

Zawsze byłam taką "egocentryczką????" (sic!), że góóóówno mnie interesowało, co se myśli facet. Ma zmyć ten talerz po sobie, zakręcić tę tubkę z pastą, a jak to zrobi, to niech nie liczy za to na “loda”.
Byłam, jestem i będę.
Blog ale promuję. Dobrze się bawiłam.

środa, 25 sierpnia 2010

Lekcja zoologii

- Miśka, Miśka, chodź tutaj szybko! - krzyknęłam z kuchni, gdy zobaczyłam Dudusia warującego przed drzwiczkami jednej z kuchennych szafek. Trzymam w niej reklamówki i środki czystości.
- Popatrz, zaraz otworzę tę szafkę, bo wydaje mi się, że tam jest mysz. Duduś chyba ją usłyszał. Ty stój tutaj w progu i nie ruszaj się. - wyszeptałam do dziecka.
Powoli otworzyłam drzwi. Kot wsunął się bezszelestnie przednimi łapkami...A za chwilę było tylko świzd, gwizd, pizd i łowca wyskoczył z myszą w pysku. Zrobił to w mgnieniu oka. Blog mi świadkiem, że określenie - z prędkością światła - nie jest przesadą.
Migiem otworzyłam drzwi do ogrodu, by nie przyszło mu do głowy mordować ją w sypialni.
- Ja chcę zobaczyć! - Miśka rzuciła się do drzwi.
- Nie teraz. Duduś musi nacieszyć się swoją zdobyczą sam.
Obserwowałyśmy kocie harce zza winkla. Najpierw biegał wzdłuż ścieżki w te i z powrotem szukając sobie miejsca i spoglądając na nas karnie, by nie przyszło nam do głowy mu przeszkadzać. Położył się, wypluł mysz i jął trącać zwłoki łapką, jakby chciał powiedzieć “Ej, no co jest, ruszaj się!” Mysz ni drgnęła.
- Miau - popatrzył na nas.
- Idziemy - rzekłam do przebierającego nogami dziecka.
Mordu dokonał w białych rękawiczkach, bez ran i cieknącej mu po brodzie krwi.
“Dobry jestem, nie?” wydawało się rozumieć, gdy tarzał się po ścieszce, a potem przyszedł poocierać się o nasze nogi.
- Trzeba go teraz głaskac i chwalić. - wytłumaczyłam Miśce.
- Dobry Duduś, pilnuje naszego domku. Weź aparat autograficzny! - gładziła wypinający się grzbiet kota.
- Fotograficzny. E, nie będziemy fotografować takich rzeczy...Moja dzielna mężczyzna - chochlowałam pękającego z dumy strażnika swojego terenu.

Trzy godziny później.
- Ej, Dudek, ale spieprzaj mi z tą myszą z domu! - pogoniłam do ogrodu.
- Może on chce, żebyśmy mu ją ugotowały. - rzekła Miśka.
- Nie, on chce, żebyśmy ugotowały ją sobie. - odpowiedziałam ze śmiechem.
- Fuj, to rzeczywiście niech spada. - wzdrygnęła sie, a za chwilę dodała. - Pies by nigdy tak nie złapał, prawda?
- Tak na pewno nie, ale też potrafi.

Kolejna, moim zdaniem piękna lekcja zoologii przebiegła ze zrozumieniem i bez lamentów, że przecież biedna myszka.
Taka jest w istocie kolej rzeczy, nie? Bardzo mi dziś moje dziecko zaimponowało.

wtorek, 24 sierpnia 2010

Czwartek wyparował

- Monday, tuesday, wednesday, friday, saturday, sunday- thursday nie ma dla Miśki przy wyliczaniu po kolei dni tygodnia.
Próbuję sposobem. Piszemy: “W czwartek jest ładna pogoda.”, “W czwartek pachną kwiatki i świeci słońce.”
- Jak jest czwartek po angielsku?
- Thursday.
- Ślicznie, to teraz po kolei.
- Monday, tuesday, wednesday, friday...

I dupa. Wałkowanie w kólko za długo nie ma sensu. Zniechęca się. Macie jakies złote środki?
Teraz czeka mnie jeszcze nauka miesięcy. Dzizas!
A w ogóle, to po piatku jest szóstek, po szóstku siódmek...:)))

niedziela, 22 sierpnia 2010

Uroki mojej dzielni

Trinity i Jacob rozbili pod moimi drzwiami słoik po czymś majonezowym. Wyskoczyłam do Miśki, a ta tylko wskazała palcem uciekające poczwary.
- Rozkazuję im przyjść i to sprzątnąć! - huknęłam.
Ale przecież gówno się wypięło. Tyle było z tego pożytku, że nie koczowało mi pod oknami przez resztę dnia. Ja też nie sprzątnęłam. Słoika użyłam jako straszaka. Siup, pokazujesz palcem i znika smród.

Sąsiadka od pięciu psów nagle ryknęła na ulicy. Usłyszałam też dźwięk szkła. „Ojapierdole, będzie o słoiku”, doskoczyłam na jednej nodze do drzwi. A myślałam już o sprzątnięciu szkła.

Chodziło jej o to, że Miśka puka do jej drzwi i ucieka. Podobna akcja była jakiś czas temu. W ogóle dzieciaki tutaj ją tego nauczyły. Pukać i dawać dyla za samochody.
- Mamusiu, ale to nie ja, to Isha – powiedziała wtedy do mnie.
- Skoro nie ty, dlaczego się chowałaś? Jeżeli Isha jeszcze raz tak zrobi, ty masz nie uciekać. Wtedy ja będę pewna, że jesteś niewinna.

I wczoraj Miśka stała na chodniku, a Isha kucała za samochodem. Zaczęłam więc kobiecie tłumaczyć, ale nie było specjalnie sensu, bo nie dopuszczała mnie do głosu. Dodała, że w poniedziałek na mnie doniesie i pizgła mi drzwiami przed nosem. Ożeszty! Zapukałam i oznajmiłam, że to ja zadzwonię do RSPCA w związku z jej psami i inwazją much oraz conocnymi lamentami kota w jej domu. Znów pizgła drzwiami.

Zachciało mi się zatem posłuchać głośno muzyki. Nigdy nie mogę, bo zaraz jest walenie i argumenty, że ona ma chorego męża. Psy ujadają, kot się drze i jest okej, zaś trochę muzyki jest strasznie uciążliwe. Od razu zaznaczam, że prowadzę spokojny żywot. Nie urządzam imprez, dziecko nie wrzeszczy, nie skacze, nie gra w domu w piłkę.

Za chwilę podjechało czarne volvo, z którego wysiadły dwie kobiety. Jedna, sympatyczna z twarzy blondynka, druga, na krótko ostrzyżona rottweilerka.
- Ścisz muzykę – powiedziała rottweilerka.
- Nie, o tej godzinie mogę jeszcze głośno posłuchać muzyki. - oświadczyłam.
- Zadzwonimy po policję – wysyczała.
- Bardzo dobrze. - zamknęłam drzwi.

Za chwilę zapukała blondynka i rozmowa z nią wyglądała już zupełnie inaczej. Przede wszystkim spokojniej i w końcu mogłam powiedzieć, co chciałam.

Wytłumaczyłam dlaczego wiem, że to nie moje dziecko pukało. A ona uchyliła drzwi sąsiadki i pokazała mi na ekranie telewizora naszą ulicę. I ja tam stałam i ona. Nawiasem, jak mocno trzeba się bać ludzi, żeby kamerować wejście do domu. Dlaczego tak się boi? I dlaczego kobieta, która dawała mi klucze wyczuliła, że w przypadku problemów z sąsiadami, mam ich o tym informować.
Nie dałam się jednak zbić z tropu.
- Pokaż mi nagranie, że to była moja córka.

Oczywiście takiego nagrania nie ma, ale sąsiadka chciała mieć winnego, to znalazła.
Następnie była lawina lamentów, jaka ona jest stara, jaka chora, jaki mąż chory. Spuściłam z tonu, gdy zobaczyłam, jak się trzęsie i płacze. Przez chwilę nawet przeszła mi przez głowę myśl o teatrzyku, o tych więzionych psach i tym, że dzieciaki bez powodu jej nie dokuczają. Ale tylko przez chwilę. Zaraz ogarnęło mnie współczucie. Zrobiło mi się jej żal.

- Pomogę ci. Pójdę do rodziców wszystkich tych dzieci i im o tym powiem. - zaproponowałam. I słowa dotrzymałam. Smrody już wiedzą o kamerze.

A teraz pukają do moich drzwi, ale ja sobie z nimi poradzę bez kamery...

czwartek, 19 sierpnia 2010

Idzie dostać!

- Nóg dostała, normalnie wyszła – rzucałam ogniami w łazience poszukując pincety.
- Ja nie brałam – automatycznie pisnęło dziecko, co mnie jeszcze bardziej rozjuszyło. Siedziałam ale cicho, bo przypomniał mi się mój ojciec i jego wieczne poszukiwania grzebienia. Oraz to, że my, kurwa, rzeczywiście tego grzebienia nie zapodziewałyśmy!
„Tak, jasne, wy nigdy niczego nie bierzecie!”, tudzież słowa rozbudzonej o piątej rano matki: „Na łańcuch sobie ten grzebień powieś!”
Dlatego tylko mamrotałam pod nosem, a ona stała bezczelnie w progu łazienki i patrzyła.
- Co tak stoisz? Idź sobie, zostaw mnie, ja muszę pobluzgać. - machnęłam ręką.
- Powiedz to. - złapała się pod bok.
- Co?! - Już taka wkurwiona.
- Ludzie święci, przecież to szaaaałłłłu idzie dostać! - i pobiegła szelma do swojego pokoju zarykując się ze śmiechu.
Ja pierdolę, przecież to szału idzie dostać!

poniedziałek, 16 sierpnia 2010

Huuuuchhhh

To jest pindol, tak?
To jest pindol i siusior dzika.
On tedy szcza?
Szcza kochanie.
Uj, ale mnie nie obszcza?
Jak mu sie zachce, to obszcza...

Z archiwum wiosennego.

sobota, 14 sierpnia 2010

Marzenie Grześka

Grześka poznałam sto lat temu w Gazecie Legnickiej i tak szlajaliśmy się od reportażu do konferencji prasowej. Ja z dyktafonem, on z aparatem. Do dziś kocha swoja pracę, ale skończył z mediami i otworzył własną firmę.

Pracował między innymi przy produkcji „Małej Moskwy” i serialu „Tancerze”.

Kilkanaście tygodni temu zadzwonił do mnie z Londynu, że na razie uczy się języka, coś tam dorywczo robi i zobaczy, jak to będzie dalej. Przyjedzie w odwiedziny, to pogadamy.

I jak to z nim, a może ze wszystkimi z naszej starej paczki bywa, słuch zaginął, Grzesiek się rozpłynął.

Wczoraj podjęłam próbę dorwania go. Jest, żyje i w Londynie.
- Co robisz, gdzie pracujesz? - zapytałam.
- Myję okna.
Spadła mi czapka i ogarnął smutek.
- Kurwa, Grzesiek, nie szkoda ci talentu na mycie okien w Londynie?
- Spoko, athinko, nocami jeżdżę z kumplem śmieciarką i fotografuję życie londyńskie. Ostatnio byłem w chińskiej dzielnicy, ale mam materiały. Gacie im w Polsce pospadają.

Czyli reporterski duch ciągle w nim żyje. Podziwiam go za tę pasję, a jeszcze bardziej podziwiam jego żonę, która przez lata wspiera, pociesza w chwilach załamania, zwątpienia w sens tej pracy i pcha ku nowemu, nawet, jeśli to nowe jest nieznane. I nawet, jeśli ma się to wiązać z rozłąką, jak teraz.
Bardzo tęskni za córką i niedługo pojedzie do niej z torbą prezentów. Tymczasem ma wielkie marzenie...
- Chciałbym usiąść z tobą i napić się wódki. Jak za dawnych czasów!

Ciąg dalszy nastąpi, jak usiądziemy i napijemy się wódki.

piątek, 13 sierpnia 2010

Stara zjemy

MieNso przychodzi do nas teraz tylko w srody, wszak jestem niepelnosprytna. (Dam sobie spokoj z polskimi literami, bo gmail jest analfabeta.)
Z mielonego usmazylam kotlety do chleba. Miska jest "wegetarianka", mienso sie jej mientoli, nie ma czasu na mielenie i zastanawiam sie nad zmiksowanymi potrawami ze slomka oraz parasoleczka podawanymi w przelocie (mimi). Chipsy sie nie mientola, a czekolada z orzechami wielkosci galki muszkatolowej, rodzynami jak kokosy i papryka chili moglaby jej wlazic nosem, da rade.
Czesc wyfiletowanych drobiowych udek kurskich wrzucilam do barszczu. Wole na wolowinie, ale co tam, kaleka jestem.
Reszte doprawilam, a bylo tego ho, ho, nie mam zamrazalnika, i dzis udusilam, a do salatki, a do...
Stanelam nad garem, Dudek obok mnie i mowie:
- Dodunio, co my z tym miechem zrobimy, he?
A Dudus:
- No, jak to co, stara, zjemy.
No to jemy, srramy, srramy i jemy!

czwartek, 12 sierpnia 2010

Rzadkiego mi daj

Ugotowałam barszcz ukraiński. Szybko, prawie bezboleśnie, bo fasola ze słoika, buraki kupione
już ugotowane – słodkie i pyszne. Miśka poprosiła o – więcej tej wody z zupy, mamuś – a mi natychmiast przed oczami stanął dziadek.

Ja pierdolę, co myśmy się z kuzynką przeszły z tym facetem i jego „rzadkiego mi daj”.

Miał dwie ulubione zupy, czerwony barszcz i rosół, które kuzynka gotowała w największym garnku, a i tak rzadko wystarczały na dwa obiady.

Z barszczem były już takie komedie, że zrywałam boki, a Aga pękała ze złości. Otóż kilka razy rano okazywało się, że w zupie nie ma już rzadkiego, tylko samo gęste. Dziadek wypił w nocy. Najgorzej było wtedy, gdy ugotowała wieczorem, żeby mieć obiad na następny dzień. Przy czym dziadek nigdy nie przyznał się, że wychlał zupę.

Po kilku awanturach wpadł na szelmowski pomysł. Dolał wody. I jak zwykle wypierał się, że on tego nie zrobił. Argumenty, że teraz są to pomyje bez smaku trochę zatkały mu usta. Dosypałyśmy barszczu z torebki, cóż było robić. Dziadek zaś przy kolejnej okazji dolał nie tylko wody, ale i dosypał soli. Niestety, mocno przesadził i od rana dreptał po domu mówiąc, że barszcz przez noc bardzo „zesłoniał”. No nie było na niego mocnych!

Rosół, jak każda inna zupa, musiał być na talerzu najlepiej jeszcze wrzący, dlatego przed podaniem trzeba było zimny makaron najpierw wrzucić do osobnego garnka i podgrzać razem z rosołem. Nigdy nie chciał dużo makaronu, wolał wodę.
- Daj, ja mu zaniosę, ty usiądź w końcu i zjedz. - odebrałam kiedyś Adze talerz.
Za chwilę dreptałam z nim z powrotem do kuchni.
- Co jest, za zimny? - zapytała zdziwiona.
- Więcej makaronu nie mieli? - odpowiedziałam jej pytaniem dziadka. Rżałyśmy potem przez cały posiłek. Taki był wymagający, zawsze było coś nie tak.

Babcia wiecznie się z nim kłóciła przez te jego dziwactwa, które mogłabym tu wymieniać kilometrami. Kiedy dziewczyny przestały być dziećmi i zaczęły im się wyrywać przekleństwa w obecności babci, renesans przeżywało słowo – zajebiste/zajebiście. Przy czym – pojebany/pojebana już dawno hulało.
Któregoś dnia babcia znów nie wytrzymała i ryknęła:
Stachu, ty naprawdę jesteś jakiś zajebisty!
Moja mama do dziś tak mówi do ojca.

Barszczyk mi wyszedł pojebany, tfu, zajebisty i nikt w nocy nie wychlał rzadkiego.

wtorek, 10 sierpnia 2010

zlowieszczo

Wracając do tamtych chwil, choć serce ciągle mi krwawi, bo żebyście wiedzieli, iż tego nie da sie zabliźnić na wieczność. Nigdy.
Sze, zuzi, Edyta, awcholere były mi ostoją.
Na każdy płacz, schizę oraz potrzebę finansową.

Sze w szale zrobiła mi listę oraz umówiła spotkania w strategicznych punktach Warszawy. To było coś niesamowitego. Wylądowałam w Wawie i tylko wydrukowałam, gdzie mam pójść i o której godzinie. Zuzi nie schodziła z telefonu pytając o każdy kolejny krok... Dziewczyny zapłaciły mi czynsz w Grecji, hotel w Wenecji. To były gesty, nad którymi ryczałam. One potegowaly chec walki ponad ta matczyna. Ta, ktorej zadna kurwa nie stlamsi.

W ostatnim numerze Angory czytałam o przekleństwie Konwencji Haskiej dla Polek. O tym, jak sponiewierane psychicznie kobiety jadą do domu, do mamy, taty, ze swoimi dziećmi, by odpocząć, a odpoczywając zdaja sobie sprawę, że nie chcą wracać. Do męża Włocha, Niemca, ojca ich dzieci. Mężowie zaś zgłaszają uprowadzenie dzieci....
Tu odbywa sie tragedia.

Okazuje sie, ze nie jak w przypadku Miśki wszystkie aspekty zostały zbadane i sąd był po stronie matki. Nie. Jest polityka, my wam, wy nam. Dawac. Ojciec niezrownowazony, zadnych badan, nic. Podal i na podstawie K.H. Sąd Polski oddał dzieci. Nie było nawet kuratorów, nic! Bita i zaszczuta wcześniej matka dzis nie wie, co ma zrobic. Pewnie pojedzie tam zyc, aby byc przy dzieciach.

Uczulam czytelniczki, ktore maja dzieci z obcokrajowcami. Uregulujcie sobie prawnie miejsca zamieszkania dzieci przy Was.
Polki, ktore maja dzieci z nieformalnych zwiazkow z Polakami nawoluje do tego samego.
Nie wiadomo, kiedy ojcu strzeli do glowy, by Was ukarac...
Nie umiem wstawiac tych sprytnych linkow, to tu macie...
www.kssip.gov.pl/files/LeszekKuziak.pdf
To trzeba wiedziec. Co ma na celu Konwencja Haska. czym w ogole jest.

niedziela, 8 sierpnia 2010

Pękłam sobie kość

Kiedy 16 lutego 2007 roku złamałam nogę myślałam, że to koniec świata. Za dwa dni miałam jechać po Miśkę do Wenecji. Miałam jechać, by ją w końcu odebrać po uprowadzeniu przez ojca. Przez prawie sześć miesięcy walczyliśmy z Ministerstwem Sprawieliwości o ten powrót MOJEGO dziecka. Miesiąc wcześniej odbyła się nawet rozprawa w sądzie weneckim, czy ja ją odzyskam. Procedury.
Noc z szesnastego na siedemnastego lutego całą przepłakałam i łykałam ketonal za ketonalem.
Potem zadzwonił do mnie Mistrz Świata - Sędzia Leszek Kuziak z Ministerstwa, by upewnić się, że tam będę, gdyż lokalne włoskie służby zostały już postawione w stan gotowości.
“Żebym miała iść tam pieszo o kulach, to będę”, pomyślałam.
W końcu mam okazję, by opowiedzieć Wam, jak to się w ogóle odbyło.
Wyobrażałam sobie akcję najazdu z policją na dom. Odebranie mojej córki i szczęśliwy powrót do domu.
Trochę egoistycznie myślałam. Wtedy miotała mną rządza zemsty. W końcu odebrano mi jedyny skarb, jaki posiadam i na długie miesiące zostałam sama z bólem i rozpaczą.
Ojcu dziecka odpowiednio wcześniej nakazano podporządkowanie się do wszelkich procedur bezstresowego przekazania Miśki matce. Jego adwokat zaproponował swoją kancelarię jako neutralny grunt. Nie mogłam zgłosić sprzeciwu .Gdybym mogła, to ze względu na brak zaufania bym to zrobiła, dziś wiem, że to byłby głupi krok. Los karze, ale i roztacza opiekę nad głupcami.

Zaopiekowała się mną moja tłumaczka, którą przydzielono mi podczas rozprawy. Odebrała z autobusu, dowiozła do hotelu, zrobiła zakupy, zawiozła na miejsce, a po wszystkim zabrała do siebie na pyszny obiad.
Pod kancelarią stało mnóstwo samochodów, a wewnątrz kręciło się bardzo dużo ludzi. Wszyscy związani ze sprawą. Była sobota.
Siedziałam w fotelu i czekałam na nią, aż przyjedzie. Psycholog podchodziła do mnie co jakiś czas i pytała, czy wszystko jest w porządku. Pochwaliła za to, że mam przy sobie misia dla dziecka. Przyjechali.
Ona w różowej kurtce ciekawie spogladająca na wszystkich. Podeszła do mnie, a ja jej pokazałam gips i zaczęłyśmy rysować na nim misie. To była zabawa, misie na gipsie. Potem wyjęłam zeszyt, w którym miałam całą historię telefoniczną oraz notatki związane ze sprawą. Rysowałyśmy ogromne misie i zarykiwyłaśmy sie ze śmiechu, a oni patrzyli i pisali protokół przekazania.
Podpisałam, wzięłam dziecko i odjechałam. Nie płakało za tatą, zagadałam, zabawiłam. On płakał, a ja tylko myślałam - rycz! Gdybym była bezkarna, to tak bym ci wjebała, że nie wiedziałbyś gdzie masz się chować.
Gdy wróciłam do Polski, opieką otoczyła mnie kuzynka. Byłam rodzinną bohaterką, bo raz, że wygrana, dwa, że ta złamana noga. Mogłam sobie leżeć na sofie i czytac dzieciakom bajki. Wujek, który wszystko to dla mnie sfinansował nadal dbał o moje bezpieczeństwo. Jedyny i na Bloga najgorszy problem, to było pokonywanie schodów. Będziecie się śmiać, ja wiem. Bo baba przejechała setki kilometrów, odebrała dzieciaka, wróciła i rozczula się nad schodami. Nic na to nie poradzę, to była moja fobia, gdy pozostawałam w gipsie. I jeszcze te kurwy kręcone oraz strome były.
Gdy wprowadzałam się tutaj pomyślałam o jednym. Obym nie złamała nogi! Tu nie można nawet obrać sobie kondygnacji rezydowania na czas niemocy, wszak kuchnia jest na dole, łazienka na górze!
W piątek gruchnęłam z dwóch niewinnych schodków prowadzących do łazienki, ale tak niefortunnie, że usiadłam na obie moje nogi. W lewej stopie pękła kość.
Jak sie czegoś panicznie boisz, to to przyjdzie. Dobrze, że tylko pękła. Mogę z bólem chodzić w tym jebanym gipsie.

Kilka tygodni temu, idąc po Miśkę do szkoły widziałam wystawione kule. Przystanęłam, chciałam wziąć na wszelki wypadek, ale zaraz sobie pomyślałam, że nie będę wywoływać wilka z lasu. Gdybym je wzięła, na pewno teraz bym myślała, że wywołałam, ale przynajmniej byłoby mi łatwiej chodzić. I o, angielskie schody znów mnie podstępnie zaatakował

piątek, 6 sierpnia 2010

się zachwycam

Dzięki Heleno;)


autor Tomasz Bagiński.

O, straszne dzięki Beato!

poniedziałek, 2 sierpnia 2010

Dzicz

Barnowa Lorenza poprzez swój ostatni post uświadomiła mi, że jesteśmy z Miśką dzicz wypuszczona z buszu.
Gdy mieszkałyśmy w dwóch maleńkich pokojach i deptałyśmy sobie po piętach, obie prychałyśmy, że mało miejsca. Marzyłyśmy o większym, a ogród w ogóle był abstrakcją. No bajka nie dla nas.
Dziś Miśka jeszcze nie umie spać w swoim pokoju, drepcze w nocy do salonu, w którym ja zasypiam na kanapie. Wciska się, ściągam przez sen poduchy - podplecniki, przytulam ją, a rano budzę się jeszcze z kotem na nogach i obolałym karkiem.
Nie umiemy się obejść z tym wszystkim. Nie umiemy się przede wszystkim rozdzielić.
Dlatego postanowiłam spać już wyłącznie w sypialni. Trzeba zamknąć rozdział cyganerii.
Nie ukrywam, że kawał o 17 na jednym łóżku nie miał w tym udziału...

niedziela, 1 sierpnia 2010

Siedemnastu Polaków na jednym łóżku

Wiadomość od Agi pozostawiona mi na gg brzmiała:
“Jak podało BBC, w jednym z domów na przedmieściach Londynu zawaliło się łóżko piętrowe. 17 Polaków odniosło lekkie obrażenia.”
Pomyślałam, że, kurwa, już nie mają o czym mówić. Ale zaraz, zaraz...
“Aż siedemnastu Polaków spało na jednym łóżku piętrowym?” Zapytałam całkiem poważnie.
“E, kawały Ci przesyłam.”
Potelepało mną, trochę ze śmiechu, trochę ze zgrozy...

Następny dowcip był taki:
“Irish government asked a question to its citizens:
Is the Polish immigration a serious problem?
35% respondents said: Yes, it is a serious problem!
65% respondents said: Absolutnie kurwa żaden!”
Hyhyhy...