sobota, 17 lipca 2010

Pożegnanie z Laguną

Była godzina dziesiąta z minutami, gdy po raz ostatni usiadłam za sterem Laguny. Potem ze łzami w oczach zawiozłam ją na cmentarz...
Nie miałam wyjścia, skrzynia do wymiany, a do tego zrobiły się luzy w kierownicy, nie mogę wozić ani dziecka, ani siebie w jeżdżącej trumnie. Koszty naprawy trzykrotnie przewyższyłyby jej obecną wartość.
Miśka głaskała fotel i mówiła półgłosem:
- Żegnaj nasza przyjaciółko, już nigdy się nie zobaczymy. - powiadam Wam, że grochy toczyły mi się po twarzy.
Ale najgorszy moment przyszedł tam, na miejscu. Kiedy pracownik szrotu odjechał naszym autem. Obie wybuchnęłyśmy takim płaczem, że facet, który wypisywał papiery zapytał, czy wszystko jest w porządku.
“Jakie w porządku, stary, dawaj te papiery i spierdalam stąd, bo mi serce pęknie”
- Tak, dzieki. - odpowiedziałam.
Pomijam fakt wygody, jaką zapewniała nam Laguna, ale jest coś jeszcze. Miłość, wdzięczność i cholerne przywiązanie się do samochodu. Jak do drugiej osoby niemal.
Coś niesamowitego.
- Kupimy sobie inne auto. - powiedziałam w drodze powrotnej do płaczącego dziecka. - Lepszy sobie kupimy.
- Ale oni ją tam roztrzaskają, buuuu - szlochała.
- I zrobią z niej cos innego, co się komuś tam przyda...
Milion pytań i milion odpowiedzi.
Smutno nam, no smutno cholernie... Ot, i taka sobota.

9 komentarzy:

  1. Kupicie sobie ładniejszy, naprawdę!

    OdpowiedzUsuń
  2. jak ja to rozumiem... chlip!

    OdpowiedzUsuń
  3. raz jedyny uczestniczylam w takim "pogrzebie" - Groszek mojej Siostry. Zielony fit 125p.
    I wiesz co Athi?
    To straszne:(
    Pamiętam mój pierwszy samochód Ford Escort - ale On jeździ jeszcze:)Trzyma się neźle a jak go widzę gdzieś na ulicach to mi łzy tęsknoty spadają na kolana;>
    Przez chwil kilka "zastępczo" jeździłam Cinquecento (POŻYCZONY NA WIECZNE NIEODDANIE) - oddałam na szrot i ....ech.... Kupa łez:(
    Planowaliśmy w tym roku zamienić Papryczkę a coś innego...ale zostanie z nami jeszcze jakiś czas moja dziewczynka cudna:)

    Zobaczysz, ten nowy będzie cudny i Twój! WASZ:)


    p.s. tak sobie myślałam wczoraj po odłożeniu słuchawki, że bardzo Ci przykro oddać na szrot to auto...

    OdpowiedzUsuń
  4. ds, to takie... osobiste, nie?

    ade, ale nawet mi nie mow, buuuuuuuuuuuuuu

    OdpowiedzUsuń
  5. bardzo mi przykro...u mnie dożywocie ma rozpadająca się suzuka wagon...uwielbiam ją, chociaż nie jest biezpieczna już...a naszego pierwszego malucha oddaliśmy gdy miał 24 lata, to, że nie można było go juz ruszyc to pikuś, ale maluchy wsypały mu do baku piachu...całą piaskownicę piachu... uczyłam sie na nim jeździć, pierwsza stłuczka na nim... i nigdy mnie nie zawiódł...

    OdpowiedzUsuń
  6. przykro mi.Ja się też przywiazuję do samochodów.
    taaaaa,nasz pierwszy mial WIEĆEJ lat niż my;))))

    no naprawdę żal;/

    OdpowiedzUsuń
  7. Beata, maluchy to byly wielkie samochody. A naprawialo sie je mlotkiem i przecinakiem:))) Pamietam jak ojciec chlodzil silnik, uchylal tylna klape i na sznureczek:D
    Maluchem pojechalismy nad morze - ja siostra i rodzice. Ale to jeszcze nic. Tym samym maluchem pojechalismy do Warszawy - ja, siostra, rodzice i babcia:))))

    Tuv, kiedys samochody mialy dluzsza zywotnosc:(

    OdpowiedzUsuń
  8. No ja moja Cytryne , hmm jak to opisac , nie na zlomowisko ale w stodole czeka na Defribrator lub cos podobnego... To jest pierwsze auto ktore mi cos znaczy jakos.... mozliwie ze za duzo w nim grzebalem....

    OdpowiedzUsuń
  9. ja płakałam jak sprzedaliśmy naszego poloneza - pierwsze nasze auto, później juz przy drugim było mi łatwiej.

    OdpowiedzUsuń