piątek, 30 lipca 2010

A jednak zareagowali

Około dziesiątej rano usłyszałam pukanie i ujadanie psów. Właśnie wychodziłam z domu.
W skład ekipy wchodził mężczyzna z teczką i dwie kobiety. Za chwilę wszyscy przenieśli się z dyskusją w głąb mieszkania, a ja ciekawie zawróciłam i jęłam dyndać to w oknie frontowym, to zadnim. Z łazienki mam najlepszy widok na ten cały bajzel. Jednak nic specjalnego się nie działo, a mnie gonił czas.

Za to sąsiadka widziała akcję. Nie, nie, nie zabrali im psów. Wyszli na tyły, nakazali sprzątnąć bajzel i odtarasować wybieg w głąb ogrodu. Zaraz przybył syn, zabrał się za zbieranie odchodów oraz odstawił na bok coś białego, co służy jako barykada. Za barykadą jest tylko wąska dróżka, a trawnik ogrodzony wysokim płotem tak, aby zwierzęta nie miały tam wstępu.
Syn przy tym spoglądał wrogo na sąsiadkę mniemając zapewne, że to ona jest sprawczynią tego wszystkiego.
Po akcji barykada wróciła na swoje miejsce i prawie wszystko inne też. Nie ma odchodów. Dzisiaj nie ma. Aż dziwne, że syn nie wyprowadził przyjaciół rodziców na pokazowy spacer.
Niedawno przyszła do nich młoda dziewczyna z psem na smyczy. Na długo zniknęła w domu i nie wiem nawet, czy już wyszła, czy nie.
Może to płatna wyprowadzaczka psów?
Gdzieś tam tli się we mnie nadzieja, że to się zmieni. Że staruchy zrozumieją realne potrzeby swoich podopiecznych, bądź chociaż dostosują się do nakazów.
Pani C. z Councilu bardzo mi zaimponowała. Dostała też wiadomość od miejscowego RSPCA. Jednak zareagowali. Podziekowała za postawę, pozostajemy w kontakcie...
Taaa, athina the fritz:) będzie teraz councilowskim konfidentem...

środa, 28 lipca 2010

Dziewczynki nie mają jajc

Do psów wrócimy niebawem. Nawiasem bardzom ciekawa, co też mi powiedzą w urzędzie miasta. Już zgrzytam zębami, choć nie wiadomo czy potrzebnie.
Wczorajsza, godzinna rozmowa telefoniczna z Daisy o psach, szybko zeszła nam na koty.
- Ty, a mój wczoraj...
- Hyhyhy, a mój dzisiaj...
O rasach też było.
- Podczas mojego ostatniego pobytu w Polsce widziałam tablicę z rasami kotów. Identyczne jak nasze sklasyfikowano pod rasą leśny kot norweski - zaśmiała się Daisy. - Wikingowie przecież przyjeżdżali tutaj ze swoimi kotami. - dodała.
Pozachwycałyśmy się naszymi dziadygami jeszcze trochę, jakie one są piękne, a jakie mądre, a jak pieknie śpią i gadają oraz z czachy dają. Po czym przeszłyśmy do tematu kastracji.
Otrzymałam cenną naukę po co, dlaczego, kiedy.
Dudek Leonard klejnoty jeszcze posiada. Zdradziłam Daisy, że bardzo bym chciała znaleźć taką samą kotkę, by zafundować sobie potomka.
- Jeśli ci się uda, to ja piszę się na kocicę. - powiedziała Daisy.

Miśka rozmowe zarejestrowała jedynie z jednej strony, toteż z ogromną ciekawością zagaiła mnie o tę kotkę.
- Chciałabym dla Dudka poszukać żony, takiej jak on, żeby mieli takie same dzieci. Wtedy razem z ciocią Daisy weźmiemy sobie po koteczku.
Dziecko podskoczyło w euforii i poszło myśleć. Wróciło za chwilę i powiedziało:
- Wiesz co mamusiu, ja widziałam kota dziewczynkę na ulicy. Nie była taka sama, jak Duduś, ale to na pewno była dziewczynka, bo nie miała JAJC!
Omal nie wbiłam wyszczerzonego uzębienia w deskę do krojenia

wtorek, 27 lipca 2010

Witamy w angielskim pierdlu!

Sprawa psów zza ściany jest w toku. Wspólnie z Daisy i Dochtorem podjęliśmy się pisania maili, przy czym oni pisali, ja wysyłałam. No, nieskromnie dodam, że o własnych siłach dopisałam PS;> Oraz wkleiłam zdjęcie.
Miejscowe RSPCA odpisało, że jest instytucją samo finansującą się bla bla, nie zajmują się takimi sprawami i odesłało mnie do kwatery głównej podając numer telefonu. Żeby mi było łatwiej, to też i opcję 2 po nawiązaniu połączenia.
Pod opcją dwa, przy czym zaznaczyć muszę, iż słuchałam automatu, głos zapytał, co chcę zgłosić. Jak koty, to jeden, jak psy-2. Po wciśnięciu odpowiedniego zebrałam pouczenie o zgłoszeniu sprawy do councilu tudzież najbliższego komisariatu. Mogę też wejść na stronę www.rspca.co.uk/advice. Po tej cennej informacji moje połączenie z towarzystwem się zakończyło było.
Wlazłam na stronę. Próżno szukałam adresu mailowego jednak. Z toczącą się pianą na pysku zadzwoniłam do Daisy. Dyndając przy telefonach wertowałyśmy stronę. No nie ma kontaktu wirtualnego, jeno ten nieszczęsny telefon. Zamknięte koło.
Szelmowsko doszłyśmu do wniosku, że ja jednak pojdę do tego councilu oraz miejscowego rspca i pogadam face to face.
Jedno nie dawało mi spokoju - na chuj ten telefon, jeśli nie można się tam dodzwonić. Poza tym wiem z doświadczenia, że pod każdym telefonem siedzi człowiek. Trzeba tylko wcisnąć odpowiedni klawisz.
Olałam zatem dwójkę i złapałam żywego człowieka pod jedynką. Naświetliłam sprawę, (niezorientowanych odsyłam trzy notki w dół).
- A duże są te psy?
- Nie, ale pięć i nikt z nimi nie wychodzi na spacery. Nie mają miejsca w ogrodzie na zabawę, żyją jak w więzieniu. Na zewnątrz wychodzą tylko do toalety.
- Jak małe, to niszkodliwe dla społeczeństwa, w sensie, nie zagrażające bezpieczeństwu i nie potrzebują wiele miejsca. Jeżeli chodzi o plagę much oraz smród, odsyłam do councilu...
Kapcie mi spadły z nóg.
Mogę czepiać się tych much, mogę interweniować w sprawie zasranego podwórka i smrodu. Tymczasem para staruchów dla własnego widzimisię może skazywać na niewolę małe psy. Całą ich masę, bo one nie potrzebują dużo miejsca.
Moje pytanie w councilu bedzie brzmiało:
Ile trzeba miec malych psow w domu, by uznano to w tym kraju za patologie oraz znecanie?

poniedziałek, 26 lipca 2010

Tłumaczka

Kupiłam rewelacyjny zeszyt do ćwiczeń języka angielskiego. Nie ukrywam, że i mnie się przyda, bo zawiera różne stopnie trudności.
Jedno z ćwiczeń polegało na wstawianiu w zdania odpowiedniego słowa z osobnej listy.
Przykład był taki:
Next week I am going on holiday. “Next” było słowem wstawionym. Miśka roztrzaskała pięć pozostałych powiedzmy na czwórkę. Rozmawiałyśmy przy tym wyłącznie po angielsku.

Zapragnęłam jeszcze, by przetłumaczyła je na polski.
- Next week I am going on holiday. Jak to będzie po polsku? - zapytałam.
Dziecko zamyśliło się przez chwilę... jeszcze chwilę...
- No, że nie będzie szkoły.:-)))))))

poniedziałek, 19 lipca 2010

Skąd te muchy?!

Mam plagę much w domu. Zwłaszcza w kuchni, która jest przybudówką ogrodową. Kilka razy dziennie otwieram każdą paszczę domu, łapię ścierkę i majtam nią, aż wygonię intruzów. Warunki zachowuję sterylne, naprawdę staram się jak mogę. Dyndam nad Dudkiem dopóki nie odejdzie od michy. Jak nie dyndam, mam tam gniazdo z jajami. Zaraz nabawię się fobii.

Myślałam, ba! byłam pewna, że to przez brak kubłów na śmieci. Wszak zawiązane czarne worki stawiałam w ogrodzie, ale też nie pod oknem, a za winklem, jednak mogły one być przyczyną.
Pozbywałam się ich cichcem w nocy, bezczelnie podrzucając, ale średnio dwa stały, bo z przyczyn biesiadnych sąsiadów polegałam na poligonie snem sprawiedliwego.

Miasto dostarczyło kubły, problem plagi much zaś nie znikł. Zachodziłam, niuchałam i mam.

Za ścianą stara Angielka ma pięć czworonożnych podopiecznych. Słyszałam i słyszę je często. Ot, poszczekają psiny, co mi szczególnie nie przeszkadza. Nie mam wyczulonego słuchu na psie szczekanie.
Jest ale jeden szkopół. Owo stado sra oraz szczy w ogród na beton, a ja mam w związku z tym w pizdu much w domu.
Gdyby nie te muchy, pewnie nie zainteresowałabym się losem psiaków właśnie dzisiaj. Miałam zryw. Angielka ze względu na hałas stara się nie wypuszczać psów do ogrodu. Wychodzą za potrzebą przez klapke w drzwiach. gdy zaczynają ujadać, za chwilę robi się cisza...
Poszłam na zwiady.
Wyprowadzanie na spacery? Nie, nie ma spacerów. Psy poza tym wysypiskiem nie widziały świata. Walczyliśmy ze smrodem, dzwoniliśmy do councilu, przyszła urzędniczka, wystosowała pismo i sprzątali. Teraz znów zaczynają olewać. Ona jest jebniętą rasistką, pisze donosy na każdego, on miał trzy miesiące temu zawał toteż go nie widać. W sumie miły, ale potrafił te psy stukać miotłą. Takie są relacje sąsiadów.
Psy nie są agresywne, tylko krzykliwe. Przykleiłam się do płotu, pocmokałam i oto:

Mocno śmierdzi mi to interwencją.

sobota, 17 lipca 2010

Pożegnanie z Laguną

Była godzina dziesiąta z minutami, gdy po raz ostatni usiadłam za sterem Laguny. Potem ze łzami w oczach zawiozłam ją na cmentarz...
Nie miałam wyjścia, skrzynia do wymiany, a do tego zrobiły się luzy w kierownicy, nie mogę wozić ani dziecka, ani siebie w jeżdżącej trumnie. Koszty naprawy trzykrotnie przewyższyłyby jej obecną wartość.
Miśka głaskała fotel i mówiła półgłosem:
- Żegnaj nasza przyjaciółko, już nigdy się nie zobaczymy. - powiadam Wam, że grochy toczyły mi się po twarzy.
Ale najgorszy moment przyszedł tam, na miejscu. Kiedy pracownik szrotu odjechał naszym autem. Obie wybuchnęłyśmy takim płaczem, że facet, który wypisywał papiery zapytał, czy wszystko jest w porządku.
“Jakie w porządku, stary, dawaj te papiery i spierdalam stąd, bo mi serce pęknie”
- Tak, dzieki. - odpowiedziałam.
Pomijam fakt wygody, jaką zapewniała nam Laguna, ale jest coś jeszcze. Miłość, wdzięczność i cholerne przywiązanie się do samochodu. Jak do drugiej osoby niemal.
Coś niesamowitego.
- Kupimy sobie inne auto. - powiedziałam w drodze powrotnej do płaczącego dziecka. - Lepszy sobie kupimy.
- Ale oni ją tam roztrzaskają, buuuu - szlochała.
- I zrobią z niej cos innego, co się komuś tam przyda...
Milion pytań i milion odpowiedzi.
Smutno nam, no smutno cholernie... Ot, i taka sobota.

czwartek, 15 lipca 2010

Szlag mnie jasnisty trafi

Bez znakow polskich bedzie oraz z marszu. Iles tam czasu temu stracilam z mojej listy blogow dwa. Za chiny nie moglam ich dodac, a w panelu byly! Tylko na stronie sie nie pokazywaly. Specjalnie dla nich dodalam gadzet. I bylo git. Potem, potem? Ostatnio zorientowalam sie, ze jak dodaje kogos do listy blogow, znika mi ten na jej samym dole.
Pogrzebalam w gadzetach, ale nie odkrylam opcji, ktora nioslaby za soba takie niespodzianki.
Pozbylam sie gadzetow. Stworzylam nowe i pieczolowicie wpisywalam adresy, ale a kuku... przy malgosce mi sie zawiesilo, przy sabacie tez oraz ade... Cala lista poszla sie jebac i nalezy jeszcze raz.
Dlatego nigdy, przenigdy nie moglabym byc informatykiem, bo gdyby nie fakt, ze nie moge jutro isc i kupic nowego, wyrwalabym klawiature....

To jest żyrafa

Żeby nie bylo wątpliwosci... Usmialam sie...:))))
 
Posted by Picasa

wtorek, 13 lipca 2010

Tatuś dostrzegają

- Ech, dziecko! Jak długo nasza Polska jeszcze będzie się musiała dorabiać, żeby zapewnić takie warunki. - powiedzieli tatuś siedzący przed siostry komputerem.
- I to obcokrajowcom! - dorzuciła matka.
Pokazałam im dom za pomocą skypa. Długo rozmawialiśmy, przed chwilą skończyliśmy. Tatuś w końcu docenili walory internetu. Przez lata byli cichym jego przeciwnikiem. Bo to, kurwa, strata czasu.
Siostra mu trochę w tej kwestii dokuczyła podczas połączenia.
- Bo wy tylko napierdalacie w te klawisze, a ja nie wiem o co chodzi. Trzeba było od razu pokazać!...
Trzeba bylo sie tez jakos spod tych krzesel potem wygramolic.
Moja kochana tata:)))))))

sobota, 10 lipca 2010

Dzieci, dzieciory...

O dzieciach będzie. Dzieciach z naszej ulicy.
Podzieliłam je na dwie kategorie (owe są tylko do mojej i Waszej wiadomości).
Dzieci - np nowa przyjaciółka Miśki pochodzenia hinduskiego o imieniu Isha.
Dzieciory - Anglicy.

Dzieciory są tak bezczelne, że cycki mi opadają!
Przykłady.
Włażenie mi na samochód i porysowanie gumowymi obcasami maski. Na mój tłumiony wkurw, ale stanowcze “złaź”, w żywe oczy - “to nie ja”.

Podczas zabawy z wodą Miśka zwiała do domu, a dziecior tak strzelał z jakiejś maszyny na wodę w moje drzwi, że wlatywało do wewnątrz na MOJE NOWE WYKLADZINY!
Wkurw, upomnienie - “To nie ja”,a stoi mi, kurwa, przed drzwiami z tą maszyną. Hihihi!

Wczoraj. Miśka w szkole, ja wróciłam z roboty i poszłam do kuchni coś zjeść. Nagle otwierają się drzwi wejściowe. Wchodzi pięciolatka (nie w szkole?), bierze Miśki rower i wychodzi. Wpadam do salonu, upominam ją, że nie wolno, że ma poczekać na moją córkę, by zapytać, czy będzie mogła pożyczyć, a w ogóle, to ma pukać. Foch, ryk, poszła. Japierdole!

Ale to jeszcze pipa w porównaniu z dziesiejszym zdarzeniem.
Wyszykowałam Miśkę na wypad do miasta oraz parku, sama poszłam szykować siebie. Dziecko biegało przed domem. Za chwilę dołączył do niej, na moje oko dziewięcio-dziesięcioletni Anglik. Przychodzi tu z matką do babci. Nawiasem, babcia ma wyburzone ściany między salonem, a jadalnią, schody puszczone bokiem i wygląda to zajebiście. Zerkam, trudno nie zerkać, jak drzwi stoją otworem w większości angielskich domów. Inne nacje, w tym ja, stawiają na prywatność. Tak wynika z dotychczasowych moich obserwacji w nowej dzielnicy.
Wracając do tematu. Miśka wyniosła dla kolegi rakietę do tenisa, chłopiec odbijał piłkę, a moja jeździła wokół na rowerze. Pod oknem zaś stał plastikowy samochodzik, który dziewczynki przytargały wczoraj z “wystawki”. Będzie on głównym przedmiotem tego akapitu.
Wyszłam wyszykowana, zakomunikowałam, że jedziemy. Miśka zeskoczyła z roweru, poprosiła o zwrot rakiety i... Mały pizgnął nią o ziemię cały w złości. Wywaliłam gały, ale spokojnie powiedziałam, że wrócimy za dwie godziny i znów będzie mógł grać. Generalnie boję się wojny dlatego, że taki mały gnój może polecieć do matki, nakłamać, ta wpadnie z pretensjami, a ja nie będę umiała się wytłumaczyć. W nerwach jest mi trudno szukać argumentów, zwłaszcza w języku, którego się dopiero uczę.
Wziął samochodzik. Niech bierze, pomyślałam, w końcu jest wspólny. Odszedł z nim kilka kroków i jak nie pierdolnie zabawką o ziemię! Nie wytrzymałam.
- Hej! Nie rzucaj, nie łam! - podniosłam jeszcze cały samochodzik i postawiłam pod oknem.
Dziecior zaś uciekł pod drzwi babci.

Wracając zapytałam Miśkę, jak uważa, czy samochodzik będzie jeszcze pod oknem?
- Wydaje mi się, że nie. - co i mnie się wydawało.
Ale samochodzik był. Roztrzaskany w drobny mak! Ileż razy dziecior musiał tłuc nim o asfalt, żeby się tak rozsypał? Sprawca właśnie roztrzaskiwał na cześci wystawiony przez kogoś stolik pod telewizor.
Wyskoczyłam z auta i ryknęłam, że teraz idę do jego mamy, po czym jęłam zbierać szczątki zabawki.
- To nie ja. - jakże mi znane.
- A kto!? - rzuciłam z pianą na pysku.
- Ty, ty! - krzyknął angielski sąsiad.
Pokazałam matce, ta oczy, dziecko w łeb trzy razy i marsz do domu. A dzieciak w nogi i...Fuck off!
Nie wiem, może to tylko zbieg okoliczności, chociaż też nie do końca, bo widziałam kilka nieprzyjemnych incydentów pod szkołą. Rodzice nie mają autorytetu. Te brzdące robią naprawdę, co chcą.
Ciągle w szoku zadzwoniłam do rodziców.
- Matka poszła z Jagą do Oszołoma. Co słychać, jak wnusia? - tatuś zapytali.
Opowiedziałam o dzieciorze.
- Bandzior, kurwa, rośnie. Tak to jest, jak się flaki biorą za bezstresowe wychowanie. - się tatuś wypowiedzieli.

No...Co myślicie o dzieciorach? Bo ja przecieram oczy ze zdumienia.

czwartek, 8 lipca 2010

Końcowa rozmowa z nauczycielką

- Miśka jest wspaniałą i bystrą dziewczynką. Jestem bardzo zadowolona z jej postępów w nauce języka. Slucha, gdy omawiamy jakies tematy i od dłuższego czasu podnosi rękę, by udzielać odpowiedzi oraz, co mnie szczególnie cieszy, zadawać pytania, gdy ją coś interesuje. Zalecam jeszcze więcej ćwiczeń czytania oraz pisania w domu. Głównie tworzenia całych zdań.
Świetnie radzi sobie z matematyką. Dodaje, odejmuje. Jest bardzo muzykalna, ma piękny głos.
Grzeczna, nie mam z nią żadnych problemów. Lubiana przez rówieśników.
Ogólnie, w porównaniu z innymi dziećmi jest nieco w tyle, ale to tylko przez język. Starajcie się w domu mówić jak najwięcej po angielsku. Albo przynajmniej w zdaniach wtrącajcie angielskie, nowe słowa.
Od września klasa przechodzi do pani L. Było mi bardzo miło pracować z twoim dzieckiem. Czy masz jakieś pytania? - uśmiechnęła się Mrs T.

Miałam, miałam, ale to mniej istotne.

Tak oto kończy się rok szkolny w angielskiej szkole. Bez świadectwa. Wcześniej otrzymałam szczegółowy raport pisemny z oceny mojego dziecka. Żadnych niespodzianek oraz dąsów.

W poniedziałek dostanę teczki z całym przerobionym materiałem. Będziemy się bawić przez lato. Uczyć się wzajemnie, bo nareszcie mam więcej czasu i poukładane życie. Pracuję tylko 16 godzin tygodniowo i tak będzie musiało zostać do września, do nowego roku szkolnego.

Przez ostatni rok nie zmęczyła mnie praca. Kupę energii zabrało mi natomiast ciągłe szukanie opiekunek. Teraz mam załatwioną wakacyjną świetlicę na te kilka godzin.

I tak to. 23 lipca Miśka kończy swój pierwszy rok w szkole na obczyźnie. Dała radę. Moja krew.

środa, 7 lipca 2010

Na zewnątrz...i chuj!

Jeżeli dobrze sięgam pamięcią, omawiane były dwa krany i brak kontaktów w angielskich łazienkach.
Mam teraz inny dylemat. Czy ktoś mógłby podać mi logiczny powód dlaczego, do jasnej ciasnej, okna otwierane są na zewnątrz? Czy to jest bezpieczniejsze, łatwiejsze przy otwieraniu/zamykaniu? Bo wygodniejsze na pewno nie. Zwłaszcza, gdy chce się je umyć!

Proszę, dół mam lśniący, a góra? Ramę dam radę, choć nie w każdym zakamarku, ale szyba mnie przeraża.

Może coś wymyślę, ale na litość, czy ktoś wie dlaczego okna tutaj są tak różne od innych zakątków znanej mi Europy?

niedziela, 4 lipca 2010

Poprzez chaszcze, góry i doliny...

Trawa w ogrodzie sięga mojego pasa. No, niektóre źdźbła, ale sięga.
Dlatego nie zastanawiając się ani chwili nabyłam na rynku używaną elektryczną kosę za 5 funtów. Chyba tak się to nazywa, kosa, bo funtów na pewno. Kosiarka jeżdżąca nie dałaby sobie z tymi chaszczami rady. Poza tym nie wiem, co w tej trawie PISzczy. Ostatnio znalazłam rozbitą szklankę do drinków. Oraz teren jest nierówny. Nawiasem czeka mnie tam w pizdu roboty. To wszystko trzeba będzie skopać, wygrabić i obsiać od nowa. Ale to w przyszłości.
Przywiozłam kosę do domu zastanawiając się po drodze, gdzie nabędę gigantyczny przedłużacz, bo kosa ma kabel długości 20 cm. Tymczasem w sklepach widziałam przedłużacze maksymalnie pięciometrowe i z czterema wtyczkami. PO chuj mi to wszystko łączyć, o ciężarze wtyczek nie wspomnę. Chciałam jeden dwudziestopięciometrowy z jedną wtyczką.
Znalazłam w sklepie z narzędziami, niedaleko domu u Hindusa.
- Zaraz ci utnę 25 metrów kabla, tu są wtyczki, proszę. - podał mi towar.
- Ale ja sama tego nie połączę, nie umiem. Pomóż mi. - potrzepałam rzęsami.
- To przyjdź o drugiej.
O drugiej dostałam kabel, a jakże, za 25 funtów. Buahahaha! W porównaniu z ceną kosy, kabel jest na wagę złota:)
Rozłożyłam go dziś bluzgając, bo już się zdążył poplątać, podłączyłam sprzęt i rzuciłam się w chaszcze. Skosiłam taki sobie kawałek i pizgła żyłka kosząca. Wcale się nie dziwię, wszak to nie jest zielona traweczka, lecz grube trawsko. Zaś zachodzę, gdzie się kupuje takie żyłki i jak się owe mocuje. Może w B&Q mi pomogą.
Kurwa, a miałam takie plany ogrodnicze. Próbowałam nożyczkami. A dajcie żyć! Wszystkiego mi się odechciało.
Widzicie, jak dobre chęci do pracy potrafi spierdolić głupia ŻYŁKA? Ale nic to, i tak po swojemu doprowadzę ten bajzel do stanu, że będę zadowolona.

Czego i Wam przy okazji bajzli wszelakich życzę.

sobota, 3 lipca 2010

Dudek Leonard dziękuje

Minionej nocy nie mogłam spać. Miśka też była niespokojna. Budziła się, płakała i w rezultacie noc spędziła w salonie na kanapie przy włączonym telewizorze. Dudek gdzieś się szlajał, łajdak. Połączyłam się z koleżanką i sobie farmazoniłyśmy.
Nagle usłyszałam szelesty oraz trzaski suchych liści w ogrodzie. Jak nic kocury i worki mi będą rozrywać, pomyślałam. Stoją już trzy worki, a ja ciągle czekam na kosze na śmieci. Miasto obiecało, że będą, ale nie zaraz. Uknułam nawet plan podrzucenia tych worków do kosza przed mieszkaniem wystawionym na aukcję. Dzisiaj się zaczaję.
W każdym razie wyskoczyłam do ogrodu, potupałam nogami, ucichło. Wróciłam do farmazonienia, znów się odezwało. A może to lis? Potrzepało mną ze zgrozy, bo nawet nie mam kija bejzbolowego. Tylko mietłę posiadam, ale tez w ogrodzie. Czyli jestem bezbronna, o psia krew. Zatrzasnęłam drzwi do ogrodu.
Za chwilę odezwała się kocia klapka. O, wraca moja chuja, łypnęłam okiem w stronę kuchni, ale się nie pojawił. A klapka dalej łomotała. Tymczasem koleżanka mówiła i mówiła. Nijak już mi było znów jej przerywać, choć przestałam być w stanie rejestrować o czym mówiła.
Wgramolił się w końcu, a targał ten tobołek dumny jak paw. Położył w progu jadalni i usunął się lekko na bok. Z tobołka posypały się pióra. Stworzenie dychało jeszcze, choć ledwo. Doskoczyłam do niego, znów przepraszając koleżankę, wzięłam na ręce i co teraz? Zaniosłam do ogrodu, by tam wydobrzało lub skonało.
Przed Dudkiem zamknęłam klapkę do rana. Ale wygłaskałam, podziękowałam za dar, a ten turlał sie po wykładzinie jak... dumny facet. Koleżanka wycofała się delikatnie, a ja dalej myrałam mojego myśliwego.
- Nie będzie pieczystego, kochanie, ale jutro przywiozę łopateczkę z rynku. Kota będzie jadła mięsko, obiecuję - rzekłam.

No przeogromnie rozczulił mnie ten jego gest. Oraz to, że tak walczył z tą klapką, by przecisnąć przez nią takiego wielkiego gołębia, który, jak się rano okazało, nie przeżył.

Trochę się tylko boję, czy aby nie będzie tak, jak u Daisy...

Zebrałam pióra, o, żebyście nie myśleli, że ściemniam.

I moja dumna kota:)

piątek, 2 lipca 2010

Nu pajechali

- Miśka, ale teraz bardzo uważaj żeby nie rozlać, dobrze? - ostrzegłam dziecko, gdy maszerowało ze szklanką soku do salonu. - Bo to już nie byłoby wycieranie, tylko odplamianie! - krzyknęłam do jej pleców.
- Doobrzee! - odkrzyknęły plecy.
Skarciłam się w duchu, że jeszcze nie nabyłam żadnego odplamiacza.

- Mamo, szybko daj ścierkę! - usłyszałam za chwilę. “Nosz kurwa mać!” W popłochu złapałam tę kuchenną i kłusem ruszyłam do salonu modląc się, aby szkody nie były duże.
- Żartowałam. - popatrzyła na mnie z szelmowskim uśmiechem. - Ale masz minę, hahaha! - dodała zołza.

To co, jedziemy, nie?
Schody. Zaraz skręcimy w prawo.

Pokój Miśki od wejścia, panna pomalowana po dzisiejszym festynie na terenie szkoły. Jeszcze śpi na łóżku polowym, bo zdecydowałyśmy, że kupimy piętrowe. Przyda się podczas wizyt. Ale nowe są cholernie drogie. Zbieramy na nie.

Od strony okna. Ta szafa wnękowa jest naprawdę rewelacyjna.

Korytarz. Stojąc w tym miejscu po prawej mam Miśki pokój, a za plecami mój. Dzisiaj jeszcze Wam go nie pokażę. Jeszcze się buduje.

Łazienka. Zadarłam parawan, by wszystko było widoczne.

Do jadalni dołączyła ratanowa sofa. Dudek lubi się na niej kimnąć.

No i salon. Na kanapie leży brązowy pled. Kupiłam go na rynku. Po rozpakowaniu okazało się, że ma kabel i przełącznik temperatury. E, może się zimą ten kabel przyda.

Już blisko domu, prawda? Ściany mam gołe, obrazów brak, ale nie będę bluźnić, że jest mi źle. :-)

czwartek, 1 lipca 2010

Przyjechali fachowcy, a Dudek jest supermenem

Jest! Brązowa na dole,schodach i korytarzu oraz kość słoniowa w sypialniach. Trauma zniknęła.
Prace trwały pięć i pół godziny. Gdybym miała to robic sama, jak mi zasugerowała jedna znajoma, trwałyby pięć i pół tygodnia.
- A przestań, co to jest - prychała - pokoje proste. Tu się przytnie, tu podklei.
- Ty z byka spadłaś, stara. A schody? Od samego patrzenia kręci mi się w głowie. - odparłam.
Są na świecie takie rzeczy, które powinna zrobić męska ręka i basta. Poza tym, że nie miałabym siły ciągać tych belek z materiałem, to jeszcze kompletnie nie mam wyobraźni przestrzennej. Ale co tam, są, leżą i się do siebie śmiejemy.

Dudek na czas pobytu obcych w domu dał nogę. Pojawiał się co jakiś czas w ogrodzie i znikał. Przez to, że sama podczas prac na dole przeniosłam się do ogrodu widziałam jak mój kot broni swojego terenu.
Rzucił się na większego od siebie i to na płocie. Obaj spadli do sąsiedniego ogrodu i już tylko słyszałam te “lwie” ryki. Wrócił cały. Tak go tamta dzielnia wyszkoliła w sztukach walki.
W życiu bym nie pomyślała, że on taki waleczny. Jest raczej typem myśliciela i spacza niż urwisa. W dzieciństwie nie wieszał się na firankach, nie ganiał jak dziki po meblach. No okaz spokoju. Z Miśką za to lubi się pobawić w ganianego.
Pamietam, że nasza poprzednia kotka ,Serafina nie odpuściła żadnej musze. Dotąd latała, skakała, aż złapała i zakatowała. Dudkowi muchy mogą latać koło nosa, ma je gdzieś, ale niedawno zaciekawiła go ćma. Złapał i dotąd się nią bawił, aż wyzionęła ducha. Westchnął, pomacał jeszcze łapą i sobie poszedł zostawiając zwłoki dla mnie.

O, o, o! I nie mam już ani pół kuwety w domu. Łazienka jest na poddaszu, podczas upałów mamy tam gęste powietrze. Gdy wychodzę z domu zamykam wszystkie okna, bo jeszcze inny kot wciska się każdym. Normalnie zapierdala po ścianach! Jest silny i stary. I podejrzewam, że on tutaj mieszkał, dlatego Dudek go toleruje dopóki nie wejdzie do Miśki pokoju, wtedy są “lwie” ryki. Więc zamykam, niech włazi przez klapkę. Micha stoi.
Ale o kuwecie chciałam.
Wpadam któregoś dnia, galopem rzucam się do łazienki, a przede mną był Dudek. Postawił takiego kociego kloca, że nie było czym oddychać.
Złapałam tę kuwetę, wyczyściłam, pizgłam w ogrodzie i oznajmiłam, że od teraz kot ma robić na dworze. Działa. Fochów nie było, złośliwości.

Trzeba by jakieś foty wstawić. Ale dajcie mi chwilę, niech rozpakuję wszystkie torby. Wcześniej przecież nie było sensu.:-)