poniedziałek, 24 maja 2010

Szczany wybór.

Nie umiem patrzec na to, jak moja Polska tonie. Jest gorzej niż w 1997 roku. Moje miasto, na szczęście jego mieszkańców nie płynie wraz z rzeką, ale zasłaniam oczy, gdy pokazują stan innych województw. Dzieje się źle. Wszystko jest do dupy.
Martwią mnie też wybory i fakt, że nie ma kandydata. No nie ma. W pierwszej turze zagłosuję na Napieralskiego. A co potem? Mam oddać głos na PO? Czy całkowite oddanie władzy jednej partii nie doprowadzi do patologii? PRL bis? Czy PO nie okazała się kłamczuchą? Nie, też nie Komorowski.
Moja lewica realnie nie istnieje, a przydałaby się przecież opozycja.
Nigdy nie głosowałam na, zawsze przeciw. Kurwa, czy to się kiedyś skończy? Czy dożyję wyborów, gdy z bananem na misce pójdę do urny i ze spokojnym sumieniem, nie musząc blokować jakiegoś oszołoma oddam głos na godnego go kandydata? Czy musi wyginąć całe to pokolenie, a ja wraz z nim, by w ogóle zmieniło się wszystko? Ba! Cokolwiek i chociaż trochę?
A może to jest koło? Może potrzeba dobrej wojny, by potem budować od fundamentów?
Nie ma w Polsce politycznie trzeciej siły.
Nie mam wyjścia. Nie oddam głosu na PO, oddam na opozycje. Oddam na Kaczyńskiego. PO i PiS to to samo i nie ma dla nich alternatywy.
Zniosę Kaczke jako prezydenta. On w sumie nie ma w naszym kraju prawie żadnej władzy. Ma prawo veta, które PO w przypadku wygranej Komorowskiego chce znieść.
Taki mam wybór. Szczany wybór.
Zagłosuję przeciw. Jak zwykle.

poniedziałek, 17 maja 2010

Don't copy!

- Mamo, a pani ciągle mówi żebym nie patrzyła - oznajmiło moje dziecko, gdy przechodziłyśmy przez szkolną bramę.
- Nie patrzyła na co? - zapytałam zupełnie nie mogąc sobie wyobrazić tej sytuacji.
- No normalnie, mówi nie patrz - odpowiedziała nieco poirytowana - tymczasem dotarłyśmy pod drzwi szatni, gdzie stała nauczycielka. Miśka ze łzami w oczach wtuliła się w me łono. Kobieta spojrzała na mnie, ja na nią.
- Co się stało? - zapytała.
- Nie wiem - odparłam zgodnie z prawdą, bo kiedyś postanowiłam sobie nie dawać się więcej wkręcać Miśce w jej bujną wyobraźnię.
- Porozmawiamy o tym po szkole - szepnęłam jej do ucha, - a teraz idź grzecznie do klasy - lekko pchnęłam ją w kierunku zdziwionej nauczycielki.
Pretensja Miśki nie dawała mi jednak spokoju. Co znaczy nie patrz? Nie patrz na innych, na boki, w sufit?
Co to w ogóle ma znaczyć, nie patrz? Komunikacja z dzieciakami jest pełna zagadek. Im się wydaje, że rodzice mają obowiązek czytania w ich myślach.

Wyszła ze szkoły w średnim nastroju.
- Kupiłaś mi coś?
- Nie.
- Och!
- Jak było w szkole? - delikatnie zaczęłam zmierzać w kierunku wyjaśnienia tego "nie patrzenia".
- Ech, fajnie. - wzruszyła ramionami.
- Mogłaś patrzeć?
- Mogłam, a co?
- Rano mówiłaś, że pani nie pozwala patrzeć. - rzekłam wyczekująco.
- No bo nie pozwala...
- Dobrze, to powiedz mi dokładnie co mówi, gdy nie pozwala. - śledztwo nabierało rozpędu. Nie podejrzewałam, że zakończy się za trzy sekundy.
- No mówi tak, don't copy!
- A, moja panno, to zmienia postać rzeczy. Odgapiasz od kolegów, tak? - mocno sie powstrzymywałam, żeby nie parsknąć śmiechem.
- No bo jak czegoś nie wiem, to co mam zrobić? A oni są Anglikami i lepiej wiedzą! - nadąsała się.

Co fakt, to fakt. Dziadek byłby z niej dumny. Wytłumaczyłysmy sobie, że pani nie pozwala ściągać, bo musi zobaczyć, czego jeszcze Miśka nie wie, nad czym trzeba więcej popracować i tak dalej.

- Jeśli już musisz czasem odgapić, to rób to tak, żeby pani nie widziała. - nie wiem czy to dobry pomysł, ale w końcu ja też zwalałam, gdy musiałam...

środa, 5 maja 2010

Pierwsze śpiochy Wielkiej Brytanii

Noc z niedzieli na poniedziałek jest najgorsza ze wszystkich nocy w tygodniu. Raz, że pierwsza po weekendzie, dwa, że dla innych weekend jeszcze trwa, kiedy ja wychodzę z domu, trzy, że dłuży się niemiłosiernie.
Ta ostatnia zwłaszcza. Nawiasem mówiąc, coś w tym jest, że czas niekiedy płynie wolniej, a niekiedy przecieka przez palce. W poniedziałek rano wczołgałam się do domu z jedną, jedyną myślą - dajcie mi poduszkę. Nawet nie zerknęłam w stronę łazienki. Jakie mycie, kurwa, ja spać chcę. Ostatnimi skurczami nerwów nastawiłam budzik na za półtorej godziny, żeby odstawić Miśkę do szkoły i już mnie nie było. Za pół sekundy budzik zadzwonił. Zawsze dzwoni, nigdy skurwiel nie nawali. Przez chwilę myślałam jaką bajerę wcisnąć nauczycielce, ale zaraz z tego zrezygnowałam. I tak musiałabym wyjść z łóżka, dojść do stacjonarnego, dodzwonić się do szkoły, tłumaczyć.

Dziecko miało focha na cały świat. Dziecko najchętniej nie wychodziłoby do szkoły wcale. Szkoła jest fajna, ale gdyby tak jeszcze przychodziła do dziecka, to byłby maksior gites.

Pojechałyśmy. To, że ulice były puste, jeszcze nie dało mi do myślenia. Zresztą, o jakim myśleniu ja mówię. Nie minęłam rudego faceta z dwoma rudymi chłopcami. Światła na przejściu były wyłączone, a pod szkołą nie stał sznur samochodów.

- Miśka, dzisiaj jest dzień wolny - westchnęłam.
- No wiesz co, to ja mogłam sobie jeszcze pospać! - nabzdyczyła się i zamaszyście założyła ręce na piersi. Dobrze, że ja nie mogłam. Ja lubię spać pół sekundy, żeby potem pojeździć sobie po mieście.

Za to we wtorek rano nawet się umyłam, wyjęłam z zamrażalnika udka drobiowe na galaretę, zaparzyłam herbatę i... Zmogło mnie. Chociaż pół godzinki. Dziewięć minut drzemki... A potem to już była dziesiąta. I nic, zero szaleńczego wyskakiwania z łóżka, madafaków. Tylko ulga, że zaspałam. Odwróciłam się do Miśki, leżała jak trusia. Ileż energii musiała włożyć w ten bezruch , a ile czegoś tam pozaklinać, żeby stara zaspała.

- Zaspałam - usmiechnęłam się.
- To nie idę do szkoły? - poderwała się.
- Nie.
- Hura! Mogę włączyć Shreka? - już stała przy telewizorze.

Coraz więcej siebie w niej dostrzegam...

poniedziałek, 3 maja 2010

Naucz się mówić, mamo.

- Mamo, wiesz jak jest statek po angielsku?
- Ship
- Nie, bo byut (fonetycznie)
- Bełt? Kojarzy mi się to z czymś innym.
- Nie bełt, tylko byut!

Igrek jakis taki pomieszany z "e"... Nawet nie staram się tego naśladować. Musze jednak przyznać, że angielski podoba mi się bardziej niż amerykański. Jest w nim elegancja i zarazem prostota.

- Płacę za dens klab - powiedziałam innym razem do pani w szkolnej recepcji. Popatrzyła na mnie cokolwiek zdziwiona, a ja tym samym na nią.
- Dens klab - powtórzyłam.
- Danc klub - poprawiła mnie uprzejmie się przy tym usmiechając.

Jadąc z Miśką do miasta, pizgłam ot tak, przed siebie:

- Aj nid som łoter.
- Łota, mamo łota, jak ty mówisz?
- Tak, jak umiem - warknęłam, bo to staje się nie do zniesienia.


Chyba zapiszę sie do szkoły. Nie będzie mnie ta smarkula na każdym kroku obśmiewała:)))))))