wtorek, 27 kwietnia 2010

Kierunek Paryż.

Decyzja podjęta, na poczatku lipca jedziemy samochodem do Paryża. W ten sposób wyszło mi najtaniej, a i nie będzie się tam trzeba bujać metrem do Disneylandu, bo zabiorę nawigację, więc pffff!
Teraz trzeba będzie Lagunkę oddać na gruntowny przegląd, żeby potem nie okazało się, że to, co miało być najtańsze, wyszło najdrożej. A gdyby nawet coś się stało, to przecież będę we Francji francuskim autem, nie zedrą ze mnie, chyba, że przez wzgląd na angielskie blachy zedrą, hihi. E, bez przesady, nic się nie stanie, to auto nie jest takie stare '99. Z Norymbergi do legnicy kilkakrotnie jeździłam 16 letnim Fordem Eskortem, to był młot nie do zajechania, a tak psioczą na Fordy.

Z chwilą podjęcia decyzji ogarneła mnie Rajzefiba. Już bym pojechała. Jestem ciekawa ds, która szlachetnie zaoferowała nam nocleg i nawet na to konto zakupiła dżinsową kanapę. I Żabki, jej synka jestem ciekawa, Luwru, do którego nie dotarłam w 2001 roku i w ogóle, przecież rozumiecie, nie?

I przywiozę sobie cały bagażnik czerwonego wina!

Ja pierdolę, jak ja się cieszę!

sobota, 24 kwietnia 2010

Tablica dostała kamfory.

Plany na wczoraj miałam dość sztywno ułożone. Odebrać dziecko ze szkoły, opłacić jej klub komputerowy (niech się uczy, bo z tej samouki wyszło ostatnio tyle, że wyłaczyła mi odbiornik routera i za chiny nie mogłam sobie sama z tym poradzić), klub cinema oraz tenis. Następnie pojechać na plac zabaw, koniecznie ten w centrum ciapackiej dzielnicy, bo jest duży, ma mnóstwo huśtawek zamków, ślizgawek oraz piaskownicę, a w drodze powrotnej wstąpić do Doroty po pocztę.

Ponieważ spałam tylko trzy godziny, trzeba było zaopatrzyć się w napój energetyzujący. Litrowy, bo co to jest dla mnie jedna mała puszeczka red bulla, albo nawet dwie. Wracając ze sklepu do samochodu jeszcze lekko skołowana przystanęłam i jęłam baczniej mu się przyglądać. Jakiś taki łysy był z przodu. Jak nic, czegoś mu brakowało, tylko czego? Czas mnie gonił, zaraz mieli zacząć wypuszczać dzieciarnię. Podeszłam bliżej i, wytrzeszcz rzucił mi się na twarz. Zniknęła tablica rejestracyjna, albo jak tatuś mawiają - dostała kamfory, hehe.

Natychmiast ogarnęła mnie panika, gdzie w Anglii załatwia się takie rzeczy? Mimo wszystko wsiadłam i pojechałam po dziecko, co mi tam, pomyślałam, przecież mogłam nie widzieć, nie? Na PANDĘ!
Pod szkołą wpadłam na genialny pomysł, że nie będę kombinować z wycinaniem kartonu, malowaniem mazakiem, bo ja z Polski jestem, a nie z... No właśnie, nie można nikogo obrażać. Nie ma krajów lepszych i gorszych i zapamietajcie to sobie, hehe! Zapytałam jednego faceta, za którym zaparkowałam gdzie co i jak. Ano tam i tam, wie pani gdzie to jest? Mniej wiecej. Pojechałam we wskazanym kierunku, ale żadnego garażu nie zobaczyłam. Zobaczyłam za to stację benzynową. Podjechałam, wysiadłam, tankujący Anglik krzyknął do mnie, gdy szłam do sklepu, że nie mam tablicy. Pan żartuje, a, rzeczywiście i co mam teraz zrobić, gdzie? Zawrocić, na rondzie w prawo i tam jest sklep, tam robią.

Tam też nie mogłam znaleźć, ale koniec języka za przewodnika. Trafiłam, należało pokazać dowód rejestracyjny, prawo jazdy, zapłacić 9.99 i gotowe. Na przylepce się to przyczepia, a to znaczy, że za miasiąc pewnie znów kupię nową, bo jak to ja, przykleiłam krzywo i z jednej strony odstaje. Albo poprosze jakiegos miłego pana, żeby mi przyśrubował.

Notka ma w sumie na celu zwrócenie uwagi na to, że właśnie przez takie wypadki człowiek uczy się gdzie i jak załatwić sprawy oraz, że jak się chce, to samemu można wiele. A w pierwszej chwili chciałam dzwonić do kumpla i zrobiłabym to, gdyby konto w komórce nie było puste. Tymczasem satysfakcja jest o wiele większa, bo sama na obczyźnie i w ogóle och, ach:)))))

poniedziałek, 19 kwietnia 2010

Cyrk z chorym kotem.

No, to Dudek się doigrał. Jakiś uzbrojony ten tego wbił w niego szpony i wdała się infekcja. Wetka zapisała antybiotyk Synuloks dwa razy na dobę. I zaczął się cyrk. Powiadam Wam, że zaaplikowanie kotu tabletki nie jest prostą sprawą. Pies zeżre w kiełbasie, kotlecie, ale ta szelma kiełbasę rozgryzie na miał!

W związku z powyższym i żeby było śmieszno oraz straszno przedstawiam tekst znaleziony na miauu.net:

"JAK ZAAPLIKOWAĆ KOTU TABLETKĘ"


1. Weź kota na ręce i otocz go lewym ramieniem tak, jak się trzyma niemowlę. Umieść palec wskazujący i kciuk prawej ręki po obu stronach pyska i naciśnij lekko trzymając tabletkę w pozostałych palcach prawej ręki. Gdy kot otworzy pysk wpuść tabletkę, pozwól kotu zamknąć pysk i przełknąć.


2. Podnieś tabletkę z podłogi i wyciągnij kota spod tapczanu. Ponownie otocz kota lewym ramieniem i powtórz cały proces jeszcze raz.


3. Wyciągnij kota z sypialni i wyrzuć rozmamłaną już tabletkę.


4. Wyjmij nową tabletkę z opakowania, otocz kota lewym ramieniem jednocześnie trzymając lewą ręką wierzgające tylne nogi. Rozewrzyj pysk kota i palcem wskazującym prawej ręki wepchnij tabletkę tak głęboko jak się da. Przytrzymaj kotu zamknięty pysk i policz do dziesięciu.


5. Wyciągnij tabletkę z akwarium a kota z garderoby. Zawołaj żonę do pomocy.


6. Przyduś kota do podłogi klinując go między kolanami jednocześnie trzymając wierzgające przednie i tylnie łapy. Nie zwracaj uwagi na niskie warczące odgłosy wydawane w tym czasie przez kota. Niech żona przytrzyma głowę kota jednocześnie wpychając mu drewniana linijkę miedzy zęby. Następnie wsuń tabletkę wzdłuż linijki miedzy rozwarte zęby i intensywnie pogłaszcz kota po gardle, co skłoni go do przełknięcia.


7. Wyciągnij kota siedzącego na karniszach i rozpakuj nowa tabletkę. Zanotuj sobie, żeby wymienić firanki. Pozbieraj kawałki porcelany z potłuczonej wazy, możesz je posklejać później.


8. Owiń kota w ręcznik kąpielowy, a następnie niech żona położy się na kocie tak, żeby tylko jego głowa wystawała spod jej pachy. Umieść tabletkę w środku plastikowej rurki do napojów. Przy pomocy ołówka otwórz kotu pysk i wcisnąwszy rurkę miedzy rozwarte zęby mocno wdmuchnij tabletkę do środka.


9. Sprawdź na opakowaniu, czy tabletki nie są szkodliwe dla ludzi, a następnie wypij jedna butelkę piwa żeby pozbyć się nieprzyjemnego smaku w ustach. Zabandażuj żonie rozdrapane ramię, a następnie przy pomocy ciepłej wody z mydłem usuń plamy krwi z dywanu.


10. Przynieś kota z altanki sąsiada. Rozpakuj następną tabletkę. Przygotuj następną butelkę piwa. Umieść kota w drzwiczkach od kredensu tak, żeby przez szczelinę wystawała tylko jego głowa. Rozewrzyj mu pysk łyżeczką od herbaty i przy pomocy gumki ,,recepturki'' strzel tabletką miedzy rozwarte zęby.


11. Przynieś śrubokręt i przykręć wyrwane zawiasy z drzwiczek na swoje miejsce. Wypij piwo. Weź butelkę wódki. Nalej do kieliszka i wypij. Przyłóż zimny kompres do policzka i sprawdź, kiedy ostatnio byłeś szczepiony na tężec. Przemyj policzek wódką w celu zdezynfekowania rany i wypij kolejny kieliszek, aby ukoić ból. Podartą koszule możesz już wyrzucić.


12. Zadzwoń po straż pożarna, żeby ściągnęli tego cholernego kota z drzewa. Przeproś sąsiada, który wjechał samochodem w płot próbując ominąć kota przebiegającego przez ulicę. Wyjmij kolejnę tabletkę z opakowania.


13. Skrępuj tego drania przy pomocy sznurka od bielizny związując razem przednie i tylnie łapy, a następnie przywiąż go do nogi od stołu. Weź grube skórzane rękawice ogrodnicze. Wciśnij tabletkę kotu do gardła popychając dużym kawałkiem polędwicy wieprzowej. Już nie musisz być delikatny. Przytrzymaj głowę kota pionowo i wlej mu dwie szklanki wody wprost do gardła żeby spłukać tabletkę.


14. Wypij pozostałą wódkę z butelki. Pozwól żonie zawieźć się na pogotowie. Siedź spokojnie, żeby doktor mógł zaszyć ci ramię i wyjąć resztki tabletki z oka. Po drodze do domu wstąp do sklepu meblowego i kup nowy stół.


15. Zadzwoń do schroniska dla zwierząt, żeby zabrali tego mutanta z piekła rodem i sprawdź, czy w pobliskim sklepie zoologicznym nie mają chomików.

Z Dudkiem nie mam aż takiego cyrku, bo to dobry kot. Daje sobie przegadać, że to konieczne, ale ile się muszę nagimnastykować... Foch.

środa, 14 kwietnia 2010

No przecież nie wytrzymam!

Jestem tak wściekła, jak nie pamiętam kiedy ostatnio. Chyba jak wtedy, gdy byłam na rozmowie kwalifikacyjnej u dresa w hurtowni AGD. Miałam ochotę przypierdolić mu w ten łysy łeb, powiesić na grubym złotym łańcuchu, a jakby dyndał, użyć jego jaj jako worka bokserskiego.
Dziś jestem tak samo wściekła na towarzystwo ubezpieczeniowe, w którym ubezpieczaŁAM Lagunę. Wczoraj otrzymałam od nich skandaliczne pismo, że oto z dniem 26 marca rozwiązują działalność i wysyłają mnie na lodowisko. List nosi datę 30 marca, a dotarł do mnie WCZORAJ! Zatem od dnia plajty, czy czego tam, chuj mnie to obchodzi, jeżdżę na pirata, wariata, przestępcę, cycatego chuja...

Zadzwoniłam do państwa cała wściekła i w pretensjach, że mam podpisaną umowę do 3 września i to nie jest moja wina, że im się odechciało, więc niech mi poszukają innego ubezpieczyciela! Oni tego nie robią, mam se sama poszukać, dopłacić do 26 marca jeszcze pięć dych i spierdalać...Na drzewo!

Przeszukałam Internet w każdym zakamarku w pogoni za rozsądną ceną. Osiemset razy wypełniłam po siedem -osiem stron formularzy zaczynając od Miss, kończąc na miejscu parkowania auta i najtaniej wyszło mi w Tesco, ale za cały rok z góry, żadnych opłat miesięcznych. Inni chcą ode mnie najmniej 130 fuli miesięcznie. Dotychczas płaciłam 58. Przecież nic, tylko pierdolnąć organizmem o glebę i mieć atak epilepsji!

Nie, nie zapłacę tyle. W pracy zrobię wywiad, kto gdzie ubezpiecza i jutro od nowa gimnastyka. Znów pojadę do roboty na pirata, wariata, przestępcę, cycatego chuja... I to świadomie! No nie mam wyjścia. A jeszcze żeby było śmieszniej, to każdy chce depozyt od 270 w górę.

Ale jak ja bym tak zerwała z nimi umowę, HO, HO! Kary, srary. Uuuuuuuch, jaka jestem wściekła! Nigdy nie spowodowałam wypadku, a dzis pewnie ktoś mi przypierdoli, bo jakiś pech się za mną ciągnie - jak nie urok, to czerwonka!

wtorek, 13 kwietnia 2010

Wszystko będzie jak należy...

Jakże trudno przejść do porządku dziennego po tym, co stało się w minioną sobotę. Jest mi bardzo przykro, łączę się w żalu z rodakami, rodzinami ofiar...

- Ale życie musi toczyć się dalej - powiedział do mnie w niedzielę mój angielski menadżer i ze smutną miną poklepał mnie po plecach.

Musi, przecież nie jestem w stanie niczego zmienić. Tylko tkwi we mnie jeszcze ten szok - przecież to nie może być prawda.

Podczas przerwy inny, polski menadżer wyraził obawę, że jeżeli brat prezydenta stanie do wyborów, to naród z litości może wybrać jego. Ja mam o naszym narodzie jednak lepsze zdanie - to też nie może być prawda. A juz teraz, po tym Wawelu...

Cóż, przytoczę motto Szeherazady - "Wszystko będzie jak należy, na tym trzyma się świat." Mocno w to wierzę.

wtorek, 6 kwietnia 2010

Departament Mordownia!

W końcu zechciało mi się ściągnąć zdjęcia z komórki. I pomyślałam sobie, że pokażę Wam moją niedolę sprzed dwóch tygodni. Mój menadżer wysłał mnie bowiem na zupełnie inną stronę fabryki. Dobre chęci miał, nie powiem, bo u nas zupełnie nie było pracy tego dnia, ale to, co ja tam przeżyłam... Nazywają ten dział IVI, a dla mnie to jest mordownia kur oraz mnie samej. Po przekroczeniu progu targnęły mną odruchy wymiotne, nachyliłam sie nad wiadrem, do którego wrzuca się papierowe ręczniki i błagałam wszystko, co nade mną czuwa, abym nie puściła pawia. Nie udało mi się... Kazano mi odpocząć w kantynie, ale zaznaczono, że muszę tam wrócić, bo nie ma nikogo innego. DZIZAS!
Takie poświęcenie z mojej strony musiałam sobie jakoś odbić, więc przemyciłam komórkę, bo tego się po prostu nie da opisać.

Tu, przez okienko w ścianie wyjeżdżają bezgłowe kury i jadą do sparzarki. To ona jest matką nieznośnego fetoru, którego ja nie moge znieść. No nie moge i już!

Ze sparzarki wjeżdżają do skubarki piór. Widzicie tę kratkę pod spodem, ona bez przerwy usiana była mogrym, obrzydliwym pierzem, a ja musiałam strącać je szczotka do kanału znajdujacego się pod nią. W kanale płynie woda. Jola, patrząc na to zdjęcie przyjrzała się uważniej temu niebieskiemu workowi w głębi i zapytała, czy ja tam stoję. Nie, odpowiedziałam, ja stoję za aparatem! I sie spłakałyśmy.

Patrząc w lewo z poprzedniego miejsca wygląda to tak. Co pół godziny była zmiana. Szłam tam do końca i w prawo. Z szyj kapała krew. Nie udawało mi się tak szybko i sprytnie przeskoczyć, by nie kapnęła na mnie.

A w tym miejscu stałam przez kolejne pół godziny z widłami w ręce polując na kury, które wpadły do kanału. Udawało mi się wytargać co którąś, jeśli w ogóle ją dojrzałam w tym trylionie płynących piór. Mój zmiennik miał to gdzieś, stawiał sobie za winklem skrzynkę, siadał na niej i spał.

Mało mam do dodania poza tym, że po pracy wyszłam zielona na twarzy, a w domu napiłam się wódki.

poniedziałek, 5 kwietnia 2010

Dumnie.

...Nigdy nie jest za późno. Wesołych ostatnich godzin świątecznych;)

Jestem po pierwszej nocce i zadowolona. Czas leci jak szalony, menadżer jest kochany, nie babram sie w mięsie, tylko naklejam kółka na opakowania o treści "only £ 5" lub "only £4".
Ma to już być moje stałe miejsce.

Skłamałabym, gdybym powiedziała, że nie odczuwam żadnych skutków nieprzespanej nocy, ale nie jest źle.

Wróciwszy zastałam Miśkę słodko śpiącą. Poruszałam myszką od komputera, żeby zobaczyć, co tam moje dziecko oglądało. Patrzę, otwarta strona Youtube i wpis Miśki: ZEBRASKLASOM (Zebra z klasą)... jak na ze słuchu, to i tak nieźle. Po południu ćwiczyłyśmy właśnie pisanie ze słuchu pomijając wyrazy z ą,ć, dź, ń... Jestem pod wrażeniem. Obsługi komputera tez nauczyła sie sama. Ja sobie zdaje sprawę, że wszystkie dzieciaki chwytają takie rzeczy w lot, ale pękam z dumy.:))