wtorek, 30 marca 2010

Opieka-kanał-nocki.

Wtorek, jakby nie patrzył 29 marca, a za chwilę mają się zacząć nocki. Poszłam dziś do menadżera z dwoma pytaniami. Jedno brzmiało, czy na pewno w niedzielę, dzizas świąteczną zaczynamy.
- Chyba tak, dam znać. - Kolana lekko się pode mną ugięły z powodów jak niżej:
a) od piatku Miśka ma ferie przez następne dwa tygodnie.
b) opiekunka przysłała mi wczoraj o godzinie 15.06 sms z informacją, że od dziś nie może już zajmować się Miśką, gdyż zaczyna inną pracę.
c) w przyszłym tygodniu Jola ma ranne zmiany, więc... mam rękę w nocniku.

Ta inna praca opiekunki, to kolejna opieka nad dzieckiem mojej koleżanki z pracy. Ja rozumiem, że tam będzie miała więcej godzin. Nie wiem co sie stało z niepełnosprawnym chłopcem. Pewnie to samo, co z nami. Mam tylko jeden żal. Jak można tak z dnia na dzień? Skoro od dziś miała podjąć nowe zatrudnienie, to musiała wiedziec o tym wczesniej, prawda? Nie dostałam żadnej szansy. To szastanie cudzą egzystencją, ten brak szacunku, lojalności mnie rozpierdala!

Wróćmy do tych nieszczęsnych nocek. Cała przestraszona poleciałam do jednego menadżera z ramienia już fabryki, który też będzie nietoperzem z zapytaniem czy kurwa na pewno? Ten, że tak. Ufff. Anna, żona kolejnego menadżera-nietoperza usmiechnęła się do mnie i zaprzeczyła. A oni mogą mieć lepsze informacje z racji szlajania sie po biurze. Znów był kanał i kombinowanie, co ja zrobie z dzieckiem. W końcu po pracy podeszłam do Deili, postrachu fabryki, ale nie wiem dlaczego. Baba ma jaja i własne zdanie. To będą, czy nie? Będą, a dlaczego pytasz? Rzyga puściłam lekkiego. Nie martw się, będą... Maja byc na pewno. Mają być! Ale tutaj zmiany nastepują z chwili na chwilę - dosłownie. Do piątku będę trzepała portkami. Mam jedną dobrą koleżankę, Słowaczkę, którą zwolnili, ona z kolei ma dwie córki, starsze córki. Może dziewczyny będą sobie chciały zarobić przez ferie i zaopiekują się Miśką w razie odwleczenia się terminu nocek. Tym bardziej, że mieszkają po drugiej stronie ulicy. Dzizas, mówię Wam, ta opieka mnie wykańcza psychicznie. To rzucanie Miśki z domu do domu. No ryczeć mi się chce!

A do tego Miśka nie może przełykać, boli ja gardło, ale nie widze czopów anginowych. Za to gorączka ponad 38. Jutro wiozę Jolę do Mechczesteru, do konsulatu. Dziecko muszę wziąć ze sobą, bo czasowo bysmy nie wyrobiły, żeby ją zaprowadzic i odebrać. Jola nie zna języka, nie da rady z przesiadkami kolejowymi. No boi się i już. Planowałyśmy to od miesiąca, a kobieta nie ma żadnego dokumentu, musi wyrobic paszport. Nie sądzę, by moje dziecko mogło pójść we czwartek do szkoły, a ja do pracy. Ktoś mnie przeklął?

środa, 24 marca 2010

Trzecia zmiana.

Od 22 marca miało być bizi w pracy. Ehe, chyba zapomnieli dodać - przyszłego roku, bo w tym nic się nie zmieniło. Za to od 4 kwietnia powstaje nocna zmiana. Wciągnęłam się na listę. Decyzję uznałam za słuszną z czterech powodów:
a) Miśka nie będzie musiała wstawać po 4 rano, żeby jechać do opiekunki.
b) W przypadku jej choroby nie będę musiała brać wolnego. Jest na tyle duża, że pozwoli mi pospać, a dospać będę mogła, jak Jola wróci z pracy.
c) Będę pracowała pięć nocy w tygodniu, a nie dwa dni.
d) Stawka godzinna jest wyższa o 70 pensów.

Obiecałam dziecku w czerwcu Disneyland, a przy obecnym trybie pracy nie zarobię nawet na bilety kolejowe. I nie tylko o to chodzi, a o wszystko. Trzeba bedzie od razu odkładać na operację plastyczną, żeby mi za kilka miesięcy jakiś fachowiec worki spod oczu usunął, hehe! A może nie będzie tak źle? Pożyjemy, zobaczymy. Na razie się cieszę.

niedziela, 21 marca 2010

Od aranciaty dupa boli.

Przegladając archiwum w poszukiwaniu wspomnień wlazła mi w oczy notka, dzięki której Sze długo przezywała mnie - Aranciata i beke miałymy straszną. Oto ona.

- Babciu, jade do sklepu, potrzebujesz cos?
- Kup mi arandziate pomarańczową.
- Fantę?- Pomarańczową.
Wsiadłam na nasze stare dwa kółka z koszykiem na kierownicy i szczęśliwa, że nareszcie sama, bez Miśki, popedałowałam do supermarkato.Chleb, worki na śmieci, olej, ryż...Trzeba sie spieszyć, bo Miśka zaraz ma jeść.
- Grzeczna była?
- Pewnie! Całego biszkopta zjadla i teraz słucha orkiestry. Popatrz jak patrzy w telewizor.
- Noooo, to ja jej zupkę przygotuję.Polazłam na górę karmić dziecko.
- A gdzie arandziata?
"O, kurwa, arandziata!"
- Zapomniałam, babciu.
- No to jak nakarmisz, to jeszcze raz pojedziesz, nie?
- Pojadę.
- Kupisz jeszcze kandidzinę.
- Po co? Jest vanish, nie chce tej chemii w domu.
- Ale ja chcę, potrzeba mi do pościeli i firanek....Kandidzina, koncentrat pomodorowy, żel do kibla, wino, grzechotka dla Miśki (jaka ładna) i body na ramiączkach dla mojego maleństwa...
- Grzeczna była?
- Pewnie, całego biszkopta zjadła i teraz patrzy na kaczora donalda.
- Chodż kochanie, zerwiemy kwiatki do wazonu....
- A gdzie arandziata????!!!!
"O, ja pierdole!"- Zapomniałam, babciu.
- Co się z wami dzieje, nie do pomyślenia, o czym wy myślicie. Pojedziesz?
- Pojade.
10 km jak nic pierdolnęłam przy sobocie. Dupsko boli...

Rok 2004, tez wiosna;)No, późna, czerwiec.

czwartek, 18 marca 2010

Wiosna ciągnie kota...

Wraz z nastaniem wiosny zrozumiałam, że Dudka nie da się utrzymać w domu. Coraz częściej otwierane są kuchenne drzwi prowadzące do ogrodu, a on na ich dźwięk jak torpeda leci z góry. Wystarczy przekręcic klucz. Z dwóch stron mamy wysoki mur, z trzeciej żywopłot oraz siatkę, a obok domu wysoki drewniany płot z bramką. Pozatykałam dziury, które widziałam, durna jestem, nie? Jak będzie chciał, to se nawet na dach wskoczy, ale przynajmniej nie widuję teraz innych kotów w naszym ogrodzie. Albo tez durna jestem...

W każdym razie rozpoczęłam legalne wypuszczanie syna w teren. Pierwszy wypad w biały dzień i pod moim okiem wyglądał jak ćwiczenia na poligonie. Kot się czołgał po trawie, niby coś wąchał bacznie się rozglądając. Na każdy głośniejszy dźwięk płochliwie zawracał, w połowie drogi jednak przystawał, zmieniał kierunek... W ten sposób przeczołgał się przez cały ogród i zadowolony wrócił do domu. Następnego dnia otworzyłam szeroko drzwi i pozwoliłam mu pójść samemu zostawiając wrota do schronu otworem rzecz jasna. Sama albo dyndałam w oknie, albo wychodziłam niby to popatrzeć sobie na coś. Zagadywałam jaka ładna pogoda, trele morele. Po dwóch godzinach zabrałam go do domu i git. Po południu znów wyszedł, bo sam się upominał drąc japę pod drzwiami, to co mu będę wolności broniła. Wtedy Miśka wpadła na genialny sposób przywoływania Dudka. Wyszła przed dom i jęła potrząsać pudełkiem z suchą karmą. Leciał w podskokach!

Na trzeci dzień wyszedł, a ja zamknęłam za nim drzwi. Po chwili otworzyłam, łaził sobie trochę pewniej, kontynuował obwąchiwanie terenu, no to znów zamknęłam. Po dziesięciu minutach szlag go trafił! Amba, kota nie ma! Pokiciałam tu i tam, ale bez specjalnego przestrachu, bo mam już za sobą zimowe zniknięcia i powroty Dudka. Poza tym w biały dzień nie mógł pobiec daleko. Nie myliłam się, za chwilę wyszłam i był. Dzień był słoneczny i ciepły, wieczór też. Uchyliłam okno w kuchni... Kiciałam potem do bardzo późna, majtałam pudełkiem, wcięło go. Wróci, podpowiadał mi wewnętrzny głos gdy leżałam w łóżku. A jak go lisy zeżrą? odzywał się drugi wewnętrzny głos. O czwartej nad ranem poszłam znów kiciać. Nic. Wtedy się zmartwiłam, no to jeszcze raz. Nic. Myślałam o pudełku, ale ono jest naprawdę głośne, więc sąsiadom mogłoby się to grzechotanie w środku przecież nocy średnio podobać. Dowiedziawszy się, że nie jadę do pracy, wróciłam do łóżka. Wtem usłyszałam ciche chrobotanie, wybiegłam na schody nadstawiając ucha. Miau! Moje biedactwo takie mencione przyszło. O każdy sprzęt się ocierało. Mlasnęło dwa razy nad miską i nie miało siły jeść. Spać poszło natychmiast. Nawet mnie serce nie zabolało, że mi się w pościeli w brudnych trampkach uwaliło.

O, tak spał jeszcze po południu. Trampki już sobie trochę wylizał, ale między poduszkami sterczały mu szare posklejane frędzle.


Następnie odkryłam z boku grzbietu zajebistą szramę, aż się sierść oddziela. Bił się biedak. Koniec z podcinaniem pazurków! Niech ma czym atakować tego uzbrojonego skurwysyna, który mu to zrobił!

A tu się Dudek w Joli bucie zakochał, mus w cos bardzo podniecającego wlazła.

wtorek, 2 marca 2010

Picasa i cztery śniadania.

Polska czcionka wlazła gładko i od tego czasu pizgam sobie nasze esy floresy z bananem na misce.
Za dobrze jednak też nie może być, nie? Nie wiem jakim cudem Sze i drDu przestali być widoczni na mojej liście blogów. Nie twierdzę, że nie nakombinowałam, bo umiem, ale czy ktoś może mi logicznie wytłumaczyć fakt, że edytujac gadżet mam ich na liście, a na stronie bloga nie? Aktualizowałam, zapisywałam i pipa. Dostali czapki niewitki. Wstawiłam nowy gadżet. Nie go kijem, to go pałą.

Dziś drugi dzień wolnego w tym tygodniu. Nic się nie zmieniło po mojej interwencji w agencji. Wczoraj wysłałam swoje drugie CV w Anglii. Nawet się odezwali i podziękowali. Akcja - dajcie robotę trwa. Jako firma zareklamowałam się na razie w dziesięciu agencjach nieruchomości, a lista jest jeszcze długa. Jak rany, kocham Internet!

Szał pał z e-szlugami trwa na dobre i nabiera rozpędu. Kolega zakomunikował mi wczoraj, że od jutra nie pali. Zadzwonił dziś po jedenastej z dobrą nowiną, że jeszcze nie wziął do pyska, nie ciągnie go, ma plaster i e-fajkę.
- A o której wstałeś? Pół godziny temu? - zapytałam mrużąc oko.
- Nie, po siódmej. Wypiłem już 65 herbat i zjadłem cztery śniadania, huehuehue!
- Lepiej od razu zapisz się do dietetyka - parsknęłam.
Uważam, że szybciej ja bym rzuciła fajki niż ten facet, ale kciuki trzymam i na duchu podnosić będę.

Picasa ściągnęłam, dwie godziny się bawiłam. Niezły program. A oto efekty.









Moje dwa ukochane cuda.