czwartek, 25 lutego 2010

Marek Grechuta

Sluchajcie, zapachnialo wiosna! Cieplo sie zrobilo, Zeus przeszywajacym wiatrem nie napierdala. Ptaki dra dzioby od czwartej nad ranem. Dudek uparcie stoi pod drzwiami i je hipnotyzuje, a nuz sie wezma i otworza i spierdoli na bzykanko.

Na te cudna okolicznosc zrobilam porzadki w domu. Taka bylam. Wyrzucilam Misce polowe jej "potrzebnych" skarbow, o ktore potykalam sie co i rusz omal nie wybijajac sobie gornych jedynek, tudziez nie lamiac nogi. Temu dziecku potrzebne jest wszystko. Stara, pomalowana do ostatniej kartki kolorowanka? Tak! Znaleziony na ulicy dinozaur bez ogona? Tak! Pet shop bez glowy? Tak! Pudeleczko po kinder jajku? Tak! Scinki papieru swiatecznego? Tak, bo to z High School Musical! Okulary bez jednego oka? Tak, bo wyciagnie drugie oko i beda, ze takie na niby! Gdybym sie postarala, wyszloby tego jakies A-4. Ja pierdole, a moze i wiecej? W kazdym razie wywalilam trzy reklamowki.

Podstepnie zaatakowalam jej pokoj kiedy byla w szkole. Stanelam w progu, nozdrzami puscilam pare, odpalilam kombajn i ruszylam w dzungle! Ha! Hahaha oraz ha! Chwasty, chwasciska, pokrzywy lecialy niczym wiory! Potem z usmiechem na pysku zamknelam za soba drzwi do kolorowej dziewczecej bajki. Tylko nie mowcie mi, ze ona sama powinna to posprzatac, bo ja wiem. Niestety Miska nie posiada kombajnu, ona posiada dosc miejsca na wszystko. Zywego konia wepchnelaby pod lozko, albo do szuflady biurka i krowe i zyrafe, o sloniu nie wspomne. Ale tez by wlazl.

Wrocila ze szkoly, zakrecila sie tu - tam i...Gowno widziala i gowno slyszala, a szrot w smietniku, IIIIHAHAHA!

Wiosenne prace, a sa to bardzo pozyteczne prace beda trwaly nadal, bo zycie sie wlasnie budzi. Nastepnym moim zadaniem bedzie zebranie podpisow pod deklaracja w sprawie Wyspy Spichrzow, jaka dzis otrzymalam od Sze. Czacha. Kurska fabryka ma wielu pracownikow. Polskich, litewskich, kurdyjskich, pakistanskich, angielskich. Ci ostatni sa mniejszoscia... W kurskiej fabryce, hehehe! Dobra to sprawa i wazna to sprawa. Czysta przyjemnosc. A jakie zdziwienie wladz bedzie, kiedy pod deklaracja podpisza sie obcokrajowcy! Juz zatarlam lapki.

"Wiosna, wiosna, wiosna ach to ty..." Spiewaj mi Marku, spiewaj. Swiec slonce, swiec. O, witajcie seledynowe trawy...
****
Kurwa, jak mozna se wsadzic w kompa polska czcionke?????????????????????

wtorek, 23 lutego 2010

Laguna, Beata i chlopiec z zespolem downa.

Lagunka wrocila do domu i znow smrodzi na ulicach Derby. Niech smrodzi, podatek za to wcale nie jest maly. Ale ze mnie pasztet. Bo place, to moge zanieczyszczac srodowisko? Z drugiej strony ma katalizator, to az tak nie smrodzi. No, polepszylam sobie.

Przyznam, ze poranne spacery do miasta byly calkiem przyjemne. Powroty niestety mniej. Te siaty wbijajace sie w skostniale rece, te swetry, kurtki, szaliki, pot cieknacy po plecach i najgorsze... Torebka ciagle zeslizgujaca sie z ramienia. Lazilam wygieta w chinskie osiem zeby ta wstretna torebka znow nie opadla, a ona i tak opadala. Stop, siaty na chodnik, torebka na ramie, siaty w rece i znow marsz... Jezyk wisial mi po kolana, aby do domu, aby rzucic wszystko tuz za progiem. Brak mi kondycji oraz checi na takie eskapady. To nie zycie, to meczarnia z ciaglym bluzgiem na pysku. A jak fajnie sie nosi koci zwirek, 10 litrow. Pffffffff! A, i siate wypchana kartonowymi sokami, ktore bezlitosnie obijaja sie o nogi. To jest, kurwa, sielanka!

Poszlam w piatek do warsztatu i omal nie ucalowalam mojej wozidupy. Stala tam taka biedna w towarzystwie szczanego mercedesa klasy es i jeszcze bardziej szczanego passata. Zrobilam krotka runde na wysokich obrotach i przywiozlam psiapsiolke do domu. A teraz swieci sie rezerwa, a ja mam tylko na czynsz oraz podatek drogowy, huehuehue!

Ale, ale... Zakupy mam porobione na zapas;) Do pracy zas moge jezdzic z Dana, o! Gorzej bedzie z Miska, bo nie wiem, ktora z nas bardziej za autem tesknila.

Mialam te notke wlasnie na tym zakonczyc, ale przed chwila zadzwonila Beata, opiekunka Miski. Dziewczyna jest po prostu zlota dla dzieci. Ostatnio wziela pod opieke Artura z zespolem downa. Ojciec wychowuje go tutaj samotnie, zona mieszka w Polsce, ale bynajmniej sie nie rozstali. Niebawem ona przyjedzie w odwiedziny. Powod przyjazdu ojca z niepelnosprawnym synem do Anglii jest oczywisty. W mgnieniu oka dostal dom oraz NA BANK spore dofinansowania. Plus dodatki na ubranie... Jest tego duzo, nawet nie wiem ile, co i jak, bo nigdy sie tym specjalnie nie interesowalam. Problem tylko w tym, ze Beata opiekuje sie nim przez 12 godzin, wyzywienie spoczywa na jej barkach, a otrzymuje 12 funtow za dzien. Malo tego, czesto chlopiec zostaje u niej do 3.00 w nocy, bo ojciec sprzata gdzies w kuchni i ma nienormowany czas pracy. Bilans ostatniego tygodnia byl taki, ze za 38 godzin dziewczyna dostala 50 funtow. Pierwsza wsciekla sie jej matka, potem jej chlopak, a na koncu ona sama. Zazadala 2 funtow na godzine. Pan na to, ze to za duzo, bo on zarabia 200 tygodniowo i poszuka innej opiekunki.

- Dlatego do ciebie dzwonie. Czy on nie ma dofinansowan? Bo wiesz, ja bym nie chciala czlowiekowi robic krzywdy - zapytala niepewnie.
- Beata, moja corka jest pelnosprawna, ja powinnam zarabiac tyle, co on, gdyby ta robota byla, a dostaje dofinansowanie do wyplaty i na dziecko. Facet na razie wykorzystuje ciebie! Jak zejdziesz z tych dwoch funtow, to bedziesz frajerka.

We wszystkich dokumentach o dofinansowania jest zapytanie o niepelnosprawnosc. Raczej nie bez powodu. Poza tym chlopiec jest bardzo absorbujacy, osacza Beate, ale ona sobie z tym radzi. Gorzej radzi sobie z tym jej chlopak, ktory nawet nie moze jej pocalowac, bo zaraz jest bity i kopany. A ten cwany wyga nie umie zrozumiec, ze wszystko ma swoja cene. Zmienia opiekunki jak rekawiczki i to ma byc dla tego dziecka dobre? Stary jebany skurwiel.

czwartek, 18 lutego 2010

Sa ludzie, ktorych wyjebalabym w kosmos.

Laguna ma chory przegub, sprawa jest powazna, ale bede ja leczyc. Nie jest wyjsciem odstawic moja przyjaciolke na cmentarz, kupic nowego grata, w ktorym chuj wie, co bedzie siedzialo. Poza tym zmiana ubezpieczenia na nowe auto, chuje muje wyjdzie mnie drozej, niz rehabilitacja zlamanej nogi. No. Wlasnie zadzwonili z warsztatu. Jakbym sciagnela ich myslami. 250. Dobrze. Na mniej i tak nie mialam co liczyc.

Zmienilam adres zamieszkania w co wazniejszych dla mnie instytucjach. Ravenue, matka karmiaca przyjela zgloszenie, zmienila, pozdrowila. Homefinder okazala sie kokoszka. Wyslalam im wiadomosc mailowa o godzinie 20.10 , ze oto zmienilam miejsce zamieszkania, bo pod wczesniejszym adresem nie moglam dluzej zyc. POL GODZINY pozniej otrzymalam odpowiedz, ze natychmiast mam sie skontaktowac pod nr ten oraz ten celem uzgodnienia wizyty, a jak nie mam gdzie obecnie spac, to podaja mi numery telefonow przytulkow. Opiece nad samotna matka nie ma tutaj konca, naprawde. Zeby bylo jasniej, do Homefinder'a zglosilam sie na poczatku pazdziernika jako osoba bezdomna, przygarnieta przez przyjaciol. Kilka dni pozniej przyszedl do mnie opiekun, wreczyl numer oraz haslo logowania sie na ichnia stronie celem przebierania w ofertach.

Jakies trzy tygodnie temu otrzymalam juz konkretna propozycje mieszkaniowa, ale to szmat drogi od Miski szkoly. Odmowilam. Nie moge zmienic jej teraz szkoly. Jest na etapie nauki jezyka, zzyla sie z nauczycielkami, kolezankami i uwazam, ze zmiana bylaby dla niej ciosem. Zrozumieli, podziekowali za list, ktory napisala dla mnie Daisy z Dochtorem, slicznie dziekuje:) Przynajmniej teraz otrzymuje oferty w obrebie szkoly.

Zarejestrowalam tez dzialalnosc. Trzeba sie wziac ostro za realizacje planow, bo idzie wiosna. Dobry czas na remonty domow itepe. "athina cleaning" sie firma zwie. Nic innego nie przyszlo mi do glowy.

Praca w kurskiej fabryce osiagnela faze pelnej padaczki. W tym tygodniu pracowalam tylko w poniedzialek. We wtorek moj menadzer od siedmiu bolesci powiedzial, ze dzisiaj niestety nie, bo musi wziac inne osoby. Rozumiem, zamowien jest mniej, a co za tym idzie zmniejszylo sie zapotrzebowanie na pracownikow agencyjnych. Zyc chce zas kazdy. We srode zakomunikowal mi, ze bedzie jakas kontrola i zabiera tylko tych, ktorzy dlugo pracuja. Ja bagatelne cztery miesiace. Dodal, ze on nie ma wplywu na liste pracownicza, bo dopiero poznym popoludniem dnia poprzedzajacego otrzymuje ja z agencji. Westchnelam tylko, ale zapytalam jak to jest, ze Ewelina i Anita pracuja po cztery dni w tygodniu.
- To sa uklady, ktorych nie umiem przeskoczyc.- Ugryzlam sie w jezyk, bo moim zdaniem te uklady nazywaja sie klepaniem po dupie! Ewelina wrocila z urlopu, a wraz z nia stare dzieje.
Dziasiaj rano uslyszalam: - Jutro na pewno pani pojedzie - ozesz kurwa, czyli musisz miec wplyw na liste, skoro dzis rano mi mowisz, ze jutro pojade!
W poludnie zadzwonilam do agencji pod pretekstem zmiany adresu, odebral mily Anglik. Lubie go, jest bardzo konkretny. Zapytalam tak bajdelej kiedy agencja wysyla do menadzerow listy pracownikow. Odpowiedzial, ze oni nie maja z tym nic wspolnego, to menadzerowie je przygotowuja. I tu mna zatelepalo. Oswiadczylam, ze trzeci tydzien pracuje po dwa dni w tygodniu, a inni po cztery i czuje sie przez to dyskryminowana. To jest dla Anglika magiczne slowo. Obiecal powaznie porozmawiac z moim menadzerem od siedmiu bolesci.


Ale to wszystko pipa w porownaniu z zatkanym kiblem. Przed weekendem woda schodzila mniej wiecej jak wchlaniajacy sie w skore balsam. W piatek nasz landlord obiecal kogos podeslac. Nie podeslal. Zaczelismy wstydzic sie chodzic do kibla, bo fekalia plywaly sobie po muszli niczym statki. Potem opadaly, chowaly sie w rurze i tak w kolko. Zaczelismy na powaznie rozwazac wykopanie dolka w ogrodzie, albo podpiecie sie pod Dudkowaj kuwete! Panek probowal cos dzialac szczotka do szorowania butelek, bezskutecznie. Nikt ze znajomych nie mial spirali. We wtorek zadzwonilam do agencj, by szarpac sie z tym hinduskim cwaniakiem. Mocnym argumentem bylo dziecko, jak zreszta zawsze. My moglibysmy dla niego srac nawet do komina. Zaznaczyl jednak, ze jesli w rurze znajdzie sie cos, co nie powinno sie tam znalezc, obciazy nas za usluge. Olalam pogrozki, bo Jola z racji wieku ma to juz za soba, ja mam zbyt wysoka kulture osobista, by cos takiego robic. Moj kiedysiejszy facet, Niemiec byl monterem, przepychal tez kible jak zaszla potrzeba. Stwierdzil on razu pewnego, ze wszystkie baby wrzucaja te sprawy do muszli. Odcielam sie siarczyscie, ze chyba tylko Niemki!
Poznym popoludniem przyszedl mlody ciapak. Otworzyl klape przed domem, poszturchal kijem kleby papieru i wykrzyknal, o, podpaska! Bylismy na to przygotowani, bo podejrzewalam, ze hinduski cwaniak zapragnie zrzucic na nas koszty operacji. Stojac wiec przy nim ryknelismy, ze jaka podpaska, ze slepy, czy jak? Wobec tego na razie jest cisza, nie zadzwonil do mnie z zadnymi rewelacjami.


Kilka dni przed zatkaniem sie kibla zaczal nam wyc alarm ogniowy. Zeby bylo smieszniej, bez powodu. Wyl i wyl, nijak nie mozna go bylo wylaczyc. Pan landlord nie zapodal kodu, bo co mu tam. Miska mocno sie przestraszyla, ja wpadlam w szal. Zadzwonilam do tego kutasa, a on, ze teraz nie moze gadac. Tak? Dobrze. Wezwalam straz ogniowa. Byli za piec minut na sygnale, choc jestem pewna, ze wspomnialam, iz sie nie pali, a wyje. Wpadlo trzech roslych, dowcipnych Anglikow. Wymontowali zepsuty czujnik, wylaczyli cale urzadzenie. Z dzika rozkosza wykrecilam numer komorki Hindusa i podalam sluchawke strazakowi. Nazajutrz przyszlo dwoch ciapakow do sprawnego pieca gazowego. Cycki mi opadly tym bardziej, ze o alarmie nie wspomnieli ni slowem, a do tego polamali drzwiczki od szafki, w ktorej rzeczony piec wisi. Zglosilam. Sze, Hindus ma na imie Ash, buahahaha!

Dzwonek kurwa nie dziala, szybka w drzwiach wejsciowych jest kurwa peknieta, liczniki gazu i pradu na zewnatrz nie zabezpieczone drzwiczkami, wisza kurwa kable. A on ma to w dupie. Ale niechby sie Jola z zaplata za czynsz spoznila. Ojacie! Do Arsch z Ashem!

Nic to, wazne, ze moja Lagunka jutro wraca do domu!

wtorek, 9 lutego 2010

Chora Laguna.

To byl zwykly skret w lewo, podczas ktorego moja ukochana Laguna zatrzesla sie pod prawym przednim kolem. Zamarlam zaraz po zjechaniu na pobocze. Sprobowalam znow ruszyc. Sprzeglo, jedynka - krrrrryyyyyyk! Cale szczescie centrum miasta i sto metrow do najbizszego warszatu. Niestety ciapackiego. O ironio, ten sam Ciapak podbijal mi przeglad techniczny w sierpniu. Sporzadzil liste usterek na 250 fuli, a nie zrobil nic! Ja zas zaplacilam, a jakze. Moze tak mialo byc, ze spotkamy sie ponownie? Z dzika wrecz ciekawoscia czekam na rachunek. Powyzej 100 funtow zrobie drake. No zrobie, takie mam nastawienie i basta.

piątek, 5 lutego 2010

Chujom juz dziekujemy...

Kurdowie i Pakistanczycy opanowali nasza kurska fabryke. Jest ich tam cala masa, od zwyklych roboli, jak ja, po menadzerow. To bardzo specyficzni ludzie i trzeba na nich uwazac. Nie zartowac, nie dyskutowac, nie byc wylewnym, nie usmiechac sie, jesli to nie jest zwykla uprzejmosc. W przeciwnym razie beda natretni, a jak kobieta zacznie sie wycofywac, msciwi.

Anita i Ewelina pozwolily im najpierw na rozmowy do ucha z poklepywaniem po plecach. Chichy smichy, chuje muje. Potem, pamietam ten dzien bardzo dobrze. To byl piatek i wszyscy byli w dobrych humorach. Zaczely sie niby zarty z klepaniem po tylkach. Ewelina jest przebojowa i odwazna, Anita nie, ale w towarzystwie kolezanki zachowuje sie podobnie.
- Dziewczyny, nie pozwolcie im na to, bo beda klopoty – powiedzialam powaznie.
- Jak se pomaca, to szybciej mu sie znudzi – odpowiedziala Ewelina z taka pewnoscia siebie, ze chytrze nie kontynuowalam tematu.

Klepanie trwalo zas i trwalo oraz dochodzili nowi klepacze. Eweliny nie bylo mi zal wcale, ale Anity tak. Jednak przygladalam sie temu biernie i zajebiscie ciekawa czekalam na rozwoj wypadkow.

Kiedy Ewelina poszla na urlop i Anita zostala sama, stala sie rzecz, ktorej sie spodziewalam. Zalamala rece i najzwyczajniej w swiecie rozplakala sie w moje ramie.
Pakistanczyk i Kurd nie musi stac przy tasmie non stop, moze sie opierdalac, lazic, lenic lenia, snuc snuja. My, Polacy, Litwini, Lotysze mamy obowiazek pracowac tez za nich. Jest dwoch polskich menadzerow na naszej zmianie. Jeden to Patryk, zwany Patrycja, bo sie kaja przed kolorowymi, a miazdzy rodakow, drugi Grzesiek, ktory robi dokladnie odwrotnie. Za Polakiem wskoczylby w ogien. Polaka nie da skrzywdzic.

Poszlam do niego z Anity problemem. Naswietlilam sprawe. Miala obawy, ze beda ja za to gnebic.
- Pracodawca ma obowiazek przeciwdzialac mobbingowi. Jesli nie zglosisz tego przelozonemu, nikt nie bedzie o tym wiedzial i cie tu zakatuja, a Ty nie bedziesz mogla zrobic nic! – Powiedzialam stanowczo.

Grzegorz mnie nie zawiodl. Podszedl do dwoch glownych klepaczy i ostrzegl, ze fabryka nie toleruje mobbingu w pracy. Jesli sie to powtorzy zabierze ich wszystkich do biura. Pomoglo. To bylo tydzien temu. Anita odetchnela i wyraznie sie wypogodzila. Ewelina nadal jest na urlopie.

Dzis, stojac na lini przed Anita uslyszlam:
- Pomoz mi! – odwrocilam sie, zobaczylam Kurda, Wlageta wiszacego nad nia. Przybralam poze wojownika, ba! bardzo wojowniczo i ryknelam:
- Wlaget, do you wanna wpierdol?! – Poszedl jak zmyty, zgarbil sie przy tym, a my obie poszczalysmy sie ze smiechu.

Uczulam, naprawde uczulam czytelniczki, ktore maja kontakt z tak zwanymi “Ciapakami”. Karalne jest pozwolenie sobie na wiecej, niz zwykla kurtuazja, bo oni nie znaja granic zartu, smiechu, chujow mujow. Natychmiast odbieraja to jako przyzwolenie do przywlaszczenia sobie samicy. A kara moze byc sroga, bo oprocz zlosliwosci sa oni zdolni do gorszych rzeczy...

środa, 3 lutego 2010

Emili

- Mamusiu, tam idzie Emili! - Ryknelo moje dziecko, gdy juz skrecalysmy w nasza ulice. Nie moglam sie nawet obejrzec, wszak przechodnie rzucili mi sie pod kola. - Ja chce zaprosic ja do naszego domu!
To, poza placem zabaw, jest jedyna szansa na spotkania z rowiesnikami. W Polsce bylo latwiej, otwieralam drzwi, dawalam kopa w tylek i szla na podworko.
- Dobrze, to zaraz tam pojdziemy i porozmawiam z jej mama - odpowiedzialam spokojnie, gdy przechodnie bezpiecznie przeszli ulice.

Wlazlysmy do domu, dziecko rzucilo teczke oraz lanczboks w kat i chodz. Poszlam. Nie mialam zielonego pojecia gdzie ta Emili mieszka, jak wyglada i czy jest biala. Bo wiecie, za kilka lat podam Wam adres rezerwatu, w ktorym, jako biala z pewnoscia bede siedziec. Angielki woza w wozkach prawie wylacznie mulatow, to mnie przeraza.

Niestety, moje dziecko nie moglo zlokalizowac miejsca, gdzie widzialo Emili. Lazilam od domu do domu i po prostu pytalam o te dziewczynke. Po pol godzinie skapitulowalam.
- Jutro po szkole pokazesz mi te kolezanke, a ja porozmawiam z jej mama.

I tak sie stalo. Emili okazala sie Angielka z wlosami bialymi jak snieg. We czwartek, po lekcjach tanca zabralam obie panny do nas. Po drodze wstapilysmy do makdonalda, bo ja wiem, czy to dziecko bedzie jadlo polska pomidorowa?

Szalenstwu nie bylo konca! Podsluchalam Miske, jak "szczeka" po angielsku! Ze mna nie chce absolutnie zamienic w tym jezyku nawet slowa, wstydzi sie. Upomina, kiedy cos tam powiem. No mamo, mow po polsku!

Tydzien pozniej, stojac pod szkola podeszla do mnie mama Emili i mowi, ze jej corka juz nie moze sie doczekac na wizyte Dzulii, ze beda piec ciasteczka i w ogole bedzie swietnie. Tymczasem moje dziecko przykleilo sie do mojego biodra i ono sie wstydzi, nie pojdzie, bo nie bedzie rozumialo tej pani. Namowy na niewiele sie zdaly, Emili zas wyczula sytuacje i sie rozplakala. Znalazlam sie w kropce. Namowic, czy dac sobie siana? Zapakowalam zatem wszystkich do auta i podwiozlam pod dom.

Weszlam z dzieckiem przyklejonym caly czas do biodra, na schodach siedzialo czterech chlopcow goraco witajacych Miske, sciany byly odrapane i brudne, smierdzialo. W calym domu smierdzaloi jakimis odchodami, ale ja czulam, ze to sa dobrzy ludzie. Pomyslalam tylko, ze biedni. Uparlam sie, aby Miska jednak tam zostala. Ta goraca atmosfera, to powitanie, entuzjazm i w ogole wszyscy na bacznosc, bo Miska przyjechala. Zalatwilam to krotkiem buziakiem i obietnica, ze jak upieka ciasteczka, ja zalatwie pewna sprawa, to zaraz ja zabiore i ucieklam.

Przez cala droge do domu nie dawal mi spokoju ten smrod. Skad? Katem oka widzialam salon, skromny, ale schludny. Trzeba bylo przeczekac te dwie godziny, ktore ciagnely sie w nieskonczonosc. Pojechalam w koncu.

To, co zobaczylam, przeszlo moje najsmielsze oczekiwania. Miska rozbrykana i w ogole z fochem, ze ma juz isc do domu. Lapki w brokacie, bo dziewczyny robily obrazy. Wiaderko ciastek na wynos, ksiazeczka - prezent, naszyjnik z Barbie - prezent, a miedzy moim rozentuzjazmowanym dzieckiem latalo 10 kotow. Dziesiec! Malych, duzych i roznej masci. A ja moim jednym Dudkiem chcialam zaimponowac.

Myslalam poza tym, ze ten makdonald bedzie wyczynem specjalnym, buehehehe. Na jutro musze wymyslic cos specjalnego, tylko co? Dla odmiany upieczemy karkowke, o!