poniedziałek, 30 listopada 2009

Off

Kurska agencja ma inny system powiadamiania pracowników, czy danego dnia pojadą do pracy, niż puddingowa. Tam Neil informował mnie, że jutro pracuję, lub nie. Tutaj codziennie punkt piąta muszę stawić się w określonym miejscu zbiórki "agentów". Tomek z listą w ręce staje przed zaspanymi jeszcze ochotnikami i oznajmia: Iwan - jedziesz, Larisa - dziś niestety nie, Athina... I tak dalej.

Ludzie posłusznie dostosowują się do tego systemu, ale psioczą po kątach. I nie dziwota. Ja na ten przykład mam pobudkę o 3.30. Codziennie, absolutnie bez wyjątku łapię za telefon z zamarem rzucenia nim o ścianę, by się na niej rozprysnął w drobny mak. Zwlekam się z wyra 10 minut później. Powiadam Wam, zaprawdę powiadam, strasznie jest wstawać w środku nocy.

Robię sobie i dziecku kanapki, ubieram się ciepło i jadę. Gdy dowiaduję się, że dziś nie pracuję, wracam, o spaniu nie ma już mowy, kanapki pracowe jem na obiad i cały dzień mam zjebany. Nie dlatego, że jem te kanapki na obiad, ale dlatego, że wstałam w tym środku nocy na próżno.

Patrząc na to z innego punktu siedzenia, agencja ma codziennie gwarancję, że dana, zamówiona przez fabrykę liczba "agentów" podejmie pracę. Nie ma niespodzianek typu zaspałem, mam rozwolnienie. Nie jedziesz, to bierzemy kogoś innego. I chuj.

Jestem siłą roboczą, jestem narzędziem. Widzę matki kilkorga dzieci odchodzące po kilka razy w tygodniu z kwitkiem i serce mi krwawi. Niektóre, jak ja nie mają jeszcze dofinansowań rządowych. Klepią biedę, ale się nie poddają. Przecież kiedyś musi być lepiej...

Ja tylko o tych matkach i kobietach w ogóle. Wredna, feministyczna flądra. Ojcowie też wracają do domów z kanapkami i zapewne cali w strachu, jak przeżyją następny tydzień. Zwłaszcza, że facet pacujący to murgrabia. No, z wyjątkami.
Pozostając w temacie testosteronu przypomniał mi się kawał:

Ojciec z synkiem poszli na kryty basen. Po nim weszli pod prysznic, by spłukać resztki chloru. Nagle maluch poslizgnął się na mydle, ale chwycił za ojcowego pindola, podciagnął się i pobiegł dalej. Ojciec popatrzył na niego ckliwie i pomyslał, - a gdyby to była dziewczynka i kąpała się teraz z mamusią... To by sie wziął i wypierdolił!

Idę się obijać. Tylko Miśka się ucieszyła, że dziś nie pracuję. Odprowadzę ją do szkoły.

niedziela, 29 listopada 2009

Na nowym.

Tydzien temu zmieniłyśmy z Miśką mieszkanie. Życie u Doroty od jakiegos czasu stało się nie do zniesienia. Ciagły brak ciepłej wody, ziąb w domu jak skurwysyn. W pokoju miałysmy grzejnik, ale co z tego? Zejscie do kibla w piżamie było szokiem termicznym. Miśka dwa razy mocno się przeziebiła, ja raz, ale skutki czuje do dziś.

Najwiekszym problemem był ale brak swobody dziecka w tym domu. Pisnąć nie mogła, bo cicho! Jej podśpiewywanie pod nosem kończyło sie burą. Wielokrotnie podejmowałam z Dorotą dialog, że tak nie można, że nasze nocne rozmowy są po stokroć głośniejsze i jakoś nikomu to nie przeszkadza. Potem było kilka dni spokoju i znów to samo.

Żeby było jasne, Miśka nie jest upierdliwym bachorem. Nie skacze, nie wrzeszczy, bezczelnie nie włazi do cudzych pokojów, nie dominuje. Miałam ciagle wrażenie, że ona przeszkadza, bo jest dzieckiem i już. Nikomu nie wadziła, tylko Dorocie.

Mała unikała jej jak ognia. Zrozumiałam, że babsko zaszczuło mi dziecko i należy spierdalać. Nie zrobiłam tego wcześniej ze względu na babcię Stefanię, która odprowadzała Miśkę do szkoły. Wychodzę z domu za dziesięć piąta rano. Jednak tydzien temu, po kolejnym ataku nie wytrzymałam. Nie było już dialogu, tylko mój wrzask, żeby odpierdoliła się w końcu od mojej córki. Następnego dnia już miałam gdzie się wyprowadzić. U Joli, koleżanki z pracy zwolnił się pokój, a na dodatek drugi malutki stoi pusty. Malutki i różowy, dla dziewczynki, dla Miśki. Dudek lata sobie po całej chacie swobodnie i kiedy mu się zechce. Jest ciepło, czyściutko, domowo i bezpiecznie. Na dodatek babcia zgodziła się co rano przychodzić po Miśkę i odprowadzac ją do szkoły, bo nie jesteśmy daleko. Misia rano nie zostaje sama, w trzeciej sypialni śpi Marek, pracujacy na popołudnia też w naszej fabryce kur. Ma dwie córeczki, z którymi Miśka wczoraj się poznała. Odwiedzają tatę. Polepszyłam sobie i jest nam dobrze.

W pracy ostatnio mamy więcej wolnego. Niestety, jest mniej zamówień. Przed świętami wiekszym popytem cieszą się indyki. Ale zostanę tutaj, bo wiem, że mimo wszystko ta robota bedzie i po świetach. W innych fabrykach okres bizi skończy się wraz z Bożym Narodzeniem i agencje pójda na bruk aż do wiosny. Ostatnio stałam z Jolą na linii, gdzie sortowałyśmy "nóżki" od skrzydełek. Jedna nóżka wpadła mi do kalosza. Jola wyjmując mi ją powiedziała:
- No co ty? Na to się łasisz? Na tym nawet zupy nie ugotujesz, babo! - Bekę miałam do końca dnia.
Wyobraziłam sobie bowiem, jak dzielę tę nóżkę między mnie, Miśkę, kota, a na kości gotuję zupę. Ja pierdykam!

Teraz będę częściej tu zaglądać, bo Jola pozwala mi korzystac ze swojego mini laptopa. Jakież to jest malutkie gówienko, ale jak cieszy, bo ma łączność ze światem.
No, idę dalej cieszyć się atmosferą w domu:)

piątek, 13 listopada 2009

Kilka zdjęć z naszego życia.

Misia w swoim kąciku. Kąciku? Cały pokój wypełniony jest jej rzeczami.



Oto nasz przyjaciel Duduś Leonard. Przeboski kot, mądry i dobry.



No to jeszcze raz...



I jeszcze...


Oto szkoła mojego dziecka. Panie bardzo Miśkę chwalą, że się stara i szybko uczy.


No to co? Kochane ciocie i wujkowie, do następnego, nie?

czwartek, 12 listopada 2009

Smalec.

Agencja zafundowała mi dziś wolny dzień, bo było mniej pracy, toteż wylądowałam u Kasi, która jest szczęśliwą posiadaczką kompa oraz internetu.
Oddałam cześć mojej kuzynce, ale postanowiłam nie katować Was tą smutną notką przez następne tygodnie. Poza tym ja żyję i mimo smutku, wokół mnie kręcą się również wesołe rzeczy.
Ostatnio rozpierdolił mnie mąż Kasi, Piotr. Dla przyjaciół Kaziu.
Lusi wracając z urlopu z Polski zabrała dla nich paczkę od rodziny.
- Mam wszystko! Kurwa kiełbasy, karkówkę i nawet słoninę. Smalcu sobie narobię! - Wyryczała rozanielona Kaśka.

Stoję ja Wam wczoraj na lini, gdzie jestem chirurgiem plastycznym. Albo obcinam kurom nadmiar skóry z szyj, albo formuję cycki. Obok mnie stoi Lusi i opowiada, jak to Kaziu smalec Kaśkowy jadł. Je, je i nagle mówi:
- Wiesz co? Coś za tłusty ci on wyszedł!
Padłam ryjem na te kurwa kury!

Agnieszka już tutaj nie mieszka...

Kuzynka moja, Aga i jej żywot, to najsmutniejsza historia w całych dziejach obu rodów moich rodziców.

Dziadkowie, rodzice mamy adoptowali ją, gdy miała 5 miesięcy. Pozbawiając tym samym władzy rodzicielskiej swojego syna oraz jego żonę. Małżeństwo poznało się w szpitalu psychiatrycznym, gdzie on przebywał na odwyku, ona była tam salową.
Babcia traktowała synową jak ósmy cud świata, bo oto uwierzyła, że jej marnotrawny syn się ustatkuje. Tym bardziej, że Ela nie piła. Jeśli już, to sporadycznie i odrobinę.

Wkrótce na świat przyszła Agnieszka, a wujek miał za sobą kilka powrotów do nałogu. Nałogu w skrajnym jego wydaniu. Pił wodę po goleniu, wynosił sprzęty domowe na przelew i był obrzydliwy.
Ela spakowała rzeczy swoje, dwóch córek, bo też Iwony z pierwszego związku i pojechała na pod żagańską wieś, do domu.

Babcia wpadła w rozpacz. Po pierwsze dlatego, że zakochała się w pierwszej wnusi, do tego córce jej ukochanego syna. I choć był on przodującym legnickim pijusem to nic, był jej Józiem.
Po drugie dlatego, że wiedziała, iż Ela zabrała Agę do skrajnego ubóstwa. Sieni, klepiska - dosłownie. Ale jaka inna kobieta chciałaby Józka? Zdegenerowanego pijaka, ale syna zamożnej rodziny?

Babcia pojechała na pod żagańską wieś i załamała ręce. Ela właśnie paliła w piecu, a dziecko leżało w szmatach na kozetce w kuchni. Tymczasem wymagało ono leczenia, powyżej prawej piersi miało bowiem ogromny naczyniak i ten argument przekonał Elę. Tego dnia babcia wróciła do domu z Agnieszką. Dziadkowie jeździli z nią do Tarnowskich Gór, do wujka lekarza, gdzie była poddawana specjalnym naświetlaniom. Naczyniak ustąpił, ale ślad po nim został oraz dyspozycje lekarskie, że do końca życia nie wolno wystawiać go na słońce.

Już w czasie naszego dzieciństwa mocno się z Agą zżyłyśmy, bo obie nie miałyśmy matek. Ba, obie zostałyśmy porzucone w tym samym wieku, pięciu miesięcy. Aga zawsze powtarzała, że bieda, to niedostateczny argument, by oddać własne dziecko. Gdyby jej matka nie zdecydowała się na ten krok, babcia nie dałaby im zdechnąć z głodu oraz pomogłaby w leczeniu dziecka. Ela zyskałaby dwie rzeczy, córkę i ogólny szacunek. Nigdy potem żadne z nas nie słyszało o Eli, jakby się rozpłynęła.

Kuzynka dorastała w dostatku i miłości. Uczyła się pilnie i dopiero w dniu wyników egzaminów maturalnych szła przez park ze spuszczona głową, bo oto pierwszy raz w życiu miała podzielić się swoją porażką z kobietą, która zawsze w nią wierzyła. Umysł ścisły, oblała polski, jakiż to był wstyd.
Babcia tylko pokiwała głową i powiedziała:
- Za rok zdasz - i przytuliła swoją wielką dziewczynę. Aga już wtedy oraz na zawsze jednym centymetrem odebrała mi tytuł najwyższej kobiety w rodzinie.

W '99 roku był ślub z Waldkiem.
- Jaki on przystojny - mawiała babcia.
- To, że wysoki nie znaczy, że przystojny. Mój Daniel ładniejszy. - przekomarzała się moja siostra.
Tyle pięknych rzeczy działo się wówczas w mojej rodzinie; śluby, narodziny dzieci, kwitnące miłości. Jakby wiecznie trwała wiosna i pachniały bzy.

Z tej sielanki wyrwała nas w 2001 roku nagła śmierć babci. Zawał był zbyt rozległy, a Aga siedziała w pociągu jadącym nad morze. Do piersi tuliła niespełna rocznego Arturka, głowę wsparła na waldkowym ramieniu i myślała o babci, która nie czuła się dobrze w dniu jej wyjazdu, ale nalegała żeby jechali. Podczas przesiadki wezwano ją przez dworcowy megafon do informacji. Trzeba było wracać.
- Po raz drugi straciłam matkę - powiedziała do mnie po pogrzebie.

Dwa lata później, krótko po śmierci Agi ojca, w gruzach legła przysięga małżeńska Waldka. Na jaw wyszedł jego romans z przełożoną, starą raszplą. Agnieszka była skłonna mu to wybaczyć, ale on jej już nie chciał. Nie chciał żony, która zamknęła się w świecie dziecka, u którego stwierdzono rozległą wadę serca. Dziura obejmowała jedną trzecią część organu. Specjalista we wrocławskiej klinice kardiologicznej nie cackał się z młodą matką. Rozłożywszy ręce rzekł, że cudów w kardiologii nie ma. A jednak. Kilka miesięcy po śmierci babci badania wykazały, że cuda istnieją. Została tylko blizna po dziurze. Ale potem odszedł Waldi, jakby czekając na zdrową drogę odejścia. I tak długo krył się ze swoimi romansami, których było więcej.

W momencie odejścia Waldka Aga zaczęła żywot, który można nazwać piekłem na ziemi. Straciła matki, ojca i teraz straciła męża. W jej głowie rozpętała się burza, deszcz emocji, gdzie każda kropla była poszukiwaniem samej siebie. Stanęła na rozdrożu zupełnie mokra od tego deszczu i cholernie sama, bo Aga była skryta. Żartem zasłaniała to, o czym myślała na serio. Kochała mnie za to, że przeniknęłam do jej wnętrza, że nie musiała mi tak wiele tłumaczyć. Ja zaś kochałam ją za to, iż mimo mojego ciężkiego charakteru była mi wiernym i oddanym przyjacielem. Ale wtedy, gdy waliło się jej życie, ja szlajałam się po świecie. Została sama jak palec. Dziadek? On zawsze żył obok. Przed synkiem zaś należało udawać, że wszystko jest w porządku. I to przerosło Agę. Udawanie.

Najpierw było picie wieczorami do utraty przytomności. Potem też od rana. Nie wiadomo kiedy zaczęły się całodobowe ciągi z przerwami na sen. Totalna izolacja od świata żywych, całkowita ignorancja wobec faktu posiadania dziecka. Jak amok. Wyczerpanie organizmu powodowało powrót do świata żywych, terapie. Chęć nadrobienia utraconych dni, tygodni tak duża, że nad Agą niemal wisiała aureola... Potem znów był trans, za który szczerze jej nienawidziłam.

Ratowałam jej życie, gdy najadła się tabletek i popiła je wódką. W piżamie o północy jechałam do niej, bo napisała mi sms'a, że pan Jezus już po nią przyszedł. Odratowaliśmy, a ona wyrzygała mi to potem płaczem, że dlaczego to zrobiłam.
"Pijaka trzeba zostawić zupełnie samego, aż spadnie na dno. Każda pomoc, to gwóźdź do trumny." Nie byłam w stanie tego pojąć, podporządkować się temu nie umiałam już zupełnie. Moja Niesia przecież kiedyś przestałaby pić, to było chwilowe załamanie. Chuj tam, że trwało ono sześć lat. Nadzieja umiera ostatnia. Niesia zatem miała wyzdrowieć. Myślałam o niej tu w Anglii, żeby ją ściągnąć, wstawić do fabryki, mieć na nią oko i być przykładem.

Ale ona nie chciała. Uściskała mnie 12 lipca, życzyła dobrego lotu oraz szczęścia. Popatrzyłam jeszcze na dziadka stojącego w oknie z mało już przytomnym wyrazem twarzy. Nigdy bym nie przypuszczała, że na tym kurwa łez padole nigdy więcej się nie zobaczymy!

19 października przez most przeszedł dziadek, ale musiał zawrócić, by tydzień później zabrać swoją 31 letnią wnuczkę...

"Poszła z dwoma kolegami pić na działki, jak bezdomna. Zasnęła, a oni ją tam zostawili. Udusiła się własnymi wymiocinami. Gdy ją znalazłam o 8.30 rano była cała sina. Tylko wierny Olafik (pies) przy niej był. Tak oto biedna skończyła. Jest mi jej strasznie żal." Napisała siostra w dniu jej śmierci, poniedziałek 26 października. Nie odczytałam tego maila aż do piątku. We czwartek, kładąc się spać coś mnie tknęło, żeby sprawdzić smsy otrzymane. Jasne, że mi się wyświetla, iż otrzymałam wiadomość, ale zawsze kurwa spuszczam ją do poczekalni, by w danym momencie zrobić to, co zamierzałam sięgając po telefon. Gdy to zrobię, nie pamiętam o wiadomości.

Ta, pierwsza na liście, wysłana przez kuzyna z Birmingham dnia poprzedniego rozerwała mi serce. Wtem błysnął promyk nadziei, że kuzyn padł ofiarą plotkarskich przekłamań i zawiadamia mnie o śmierci dziadka. Jednak za chwilę okazało się, że nie ma mowy o pomyłce, że ona też odeszła. Moja kochana baba, dobry, zbyt wrażliwy na ten świat człowiek.

Usiadłam na łóżku wbijając wzrok w ścianę. Szarpiąca mną rozpacz znalazła ujście poprzez szloch. Spojrzałam w prawy róg pokoju.
- Przyszłaś się ze mną pożegnać, prawda? - w owym prawym rogu rozległ się głuchy dźwięk. Jakby ktoś stuknął kijem od szczotki w sufit na dole. Zmówiłam pacierz, bo ona wierzyła w istnienie Boga. Następnego dnia ją pochowano, a dziewięcioletnim Artusiem zaopiekował się Waldi.

Nie mogę, nie umiem i nie chcę pogodzić się z faktem, że jej już nie ma. Że jak przyjadę do Polski, nie zastanę tam jej śmiechu, śpiewu, krzyku, łez... To jest zbyt abstrakcyjne. Wiem, że takie uczucie towarzyszy zawsze, gdy odchodzi ktoś bardzo młody, ale moje cierpienie jest dla mnie teraz jedyne i nie liczy się żadne inne. Do szału doprowadzają mnie słowa - ona już tylko się męczyła - bo może po tej męczarni przyszłyby lata skąpane w słońcu. Nadzieja przecież umiera ostatnia, dzizas kurwa ja pierdolę!

Biedny Arturek podzielił nasz los. Też będzie rósł bez matki. Kurwa!

- Wiesz co mamusiu - Misia zagaiła mnie w sobotni poranek, zaraz po przebudzeniu - śniła mi się ciocia Agnieszka, ale taka żywa i Arturek i miałyśmy tam spać!
- To miałaś, kochanie bardzo miły sen - powiedziałam nie bez zazdrości.
- No - uśmiechnęła się moja córeczka.

Mi się Niesia nie śni, a mogłaby, mam jej jeszcze kilka rzeczy do powiedzenia. Przede wszystkim to, że na zawsze pozostanie w moim sercu. Ale ona chyba o tym wie, inaczej by mi się przyśniła...

Jakkolwiek było, jest czy będzie, oto głębokiego sensu nabierają słowa: "Spieszmy się kochać bliskich, tak szybko odchodzą." +++