piątek, 23 października 2009

O wszystkim

Nie wiem od czego zacząć, na czym miałabym zakończyć wiem jeszcze mniej. Bo boję się zapeszać. Bo wszystko, co teraz robie jest cholernie dla mnie wazne. Jestem do tego rozdzialu mojego zycia dosc dobrze przygtowana i nie mam zamiaru niczego spartolic.
Ale uchyle rabka tajemnicy. Przeciez nikt tak za mnie nie trzyma kciukow jak Wy. A, chuj, napiszę wszystko.

Zgłosiłam się do Derby City Council (odpowiednik polskiego ZGM) jako osoba bezdomna z dzieckiem, zamieszkująca kątem u przyjaciół, którzy naciskają abym się wyniosła. Oczywiście tak nie jest, ale jest, no. Doradca mieszkaniowy, przesympatyczny John przyszedł do nas na wywiad i prosił Dorotę, by jeszcze nie wyrzucała mnie na zbity pysk, a on zrobi co w jego mocy, bym jak najszybciej otrzymała mieszkanie od miasta. Wręczył mi numer potrzebny do logowania się na ich stronę w celu wyszukiwania lokum. Dorota zapiszczała z zachwytu, albowiem na ów numer czeka się długo. John zaznaczył, że mam szukać mieszkania z dwoma sypialniami - nie jedną, nie trzema, dwoma - kładąc nacisk na ostatnie słowo. Zaczęłam włazić. Minął tydzień i mam już jedną ofertę, ale są jeszcze 23 inne, zainteresowane nią osoby. Nie zrażam się, będę dzielnie czekać dalej i wydeptywać tam ścieżki. Znajomi podpowiedzieli, że można być na swoim nawet w ciągu trzech miesięcy. W porównaniu z polską perspektywą otrzymania mieszkania, to to jest naprawdę pipa.

Miśka dostała się do katolickiej szkoły saint kurwa Dżordż, ale na listę oczekujących na miejsce. Podczas gdy dzieci od ponad miesiąca już maszerowały do szkół, ona siedziała w domu, a ja wywalałam prawie pół tygodniówki na opiekę nad nią. Olałam zatem saint kurwa dżordż, poszłam do biura edukacji i wypełniłam dokument, kierując ją do państwowej angielskiej szkoły znajdującej się za rogiem. Czekałam na list zapraszający do dopełnienia końcowych formalności już w placówce szkoły przez tydzień. W miniony poniedziałek znów udałam się do centrum i zaniepokojona zapytałam panią, czy aby mają w planach zająć się edukacją mojego dziecka. Ależ oczywiście, list powinnam dostać do środy. Spokojniejsza polazłam do Kasi na kawę. Kasię, poznańską pyrę poznałam, kiedy rozpaczliwie szukałam opiekunki nad Miśką. Od tego czasu jesteśmy papużkami nierozłączkami, razem latamy po urzędach, po sieci butików "Alfredo Użiwani" a w piątkowe wieczory chlejemy łyski.
Pijąc wspomnianą kawę zadzwoniła komórka. Patrzę, nieznany numer, chuj, odbieram.
- Czy Dżulia przyjdzie jutro do szkoły? - Zapytała kobieta, jakby od tygodnia o to zabiegała.
Złapałam pociechę pod pachę, wrzuciłam do samochodu i pojechałyśmy do szkoły. Nie miałam mundurka, nic nie miałam! Nie, kłamię, w Użiwanim kupiłam jej szarą spódniczkę za 50 pensów. Okazało się jednak, że szkoła ma obowiązkowe, niebieskie bluzy ze swoim logo za sześć fuli. I to była jedyna inwestycja w szkołę, oprócz szarych rajstop i białych bluzeczek polo. Żadnych zeszytów, książek, kredek, flamastrów, bloków, farb i całej masy innych rzeczy, na które w Polsce rodzice niejednokrotnie odkładają przez nawet kilka miesięcy, by pierwszego września wysłać siedmiolatka do szkoły.
Ale odbiegłam od tematu. Miśce się spodobało. Po pierwszym dniu powiedziała do mnie: My favorit animal is a cat. WOW!

O Dudusiu Leonardzie napiszę innym razem. Jest zdrowy, rośnie, ma cudny charakter i cholernie przypomina Miaurycego Daisy.

Praca a puddingach powoli się kończy, bo zbliża się Boże Narodzenie. Dziś odnowiłam rejestrację w innej agencji, podobno potrzebują na granaty. Zarejestrowałam się też w dwóch kolejnych. Jeżeli z pracą będzie absolutna padaczka, założę własną firmę i będę robiła pasemka. Machina została uruchomiona i na razie, w miarę możliwości czasowych w ten sposób tylko dorabiam, ale jedna pani drugiej pani już mówi.

Największe jaja były z prowadzeniem samochodu. Co prawda nie jeździłam pod prąd, komedia raczej miała miejsce wewnątrz pojazdu. Uparcie szukałam biegów na drzwiach łapiąc za klamkę i za kazdym razem obijałam sobie łokieć. Mniej więcej po miesiącu zaczęłam zerkać w wewnętrzne lusterko, gdyż wcześniej szukałam go również na drzwiach, o zapinaniu pasów nie wspomnę. Oczywiście, że paręnaście razy usiadłam na miejscu pasażera zdziwiona, iż nie ma kierownicy. Ale to minęło, jak obawa, że lewym bokiem przypierdolę w jakiś słup.

I to tyle. Na razie. Mam tyle do opowiadania, że głowa mała! Ale po tak długiej przerwie nie jestem w stanie skoncentrować się na konkretach. Masa myśli, sytuacji galopuje mi po czaszce. Jednym słowem misz-masz. Ale jak już będę miała własny komputer, to wszystko nadrobię. Pozdrawiam Was serdecznie i wierzcie mi, że nie ma dnia, bym choć raz za Wami nie zatęskniła. Miłego weekendu.