niedziela, 16 sierpnia 2009

Stefania lalala.

Babcia Stefania mieszka z nami na piętrze. Przyjechała do syna dwa lata temu, zaraz po śmierci męża. Przed kilkoma miesiącami podjęła jednak decyzję, że chce mieszkać sama. Wynajęła mały pokoik u Doroty i od tamtej chwili ciągle powtarza, że Anglia jest piękna. Zwłaszcza w soboty po trzecim drinku.

Cholernie wesoła i mądra z niej babka, lubiąca młodych ludzi. Wiadomo, wodnik.
W miniony czwartek Dorota pojechała z narzeczonym nad morze. Zostałyśmy same i nie mogłyśmy się zaistniałą sytuacją nacieszyć. Następnego dnia ugotowałam barszcz ukraiński, Stefania zrobiła galaretę i przytaszczyła z zakupów whisky oraz colę. Pomagałam jej zatem podziwiać wyspę do drugiej w nocy, a w przerwach poznałam całe jej życie i ani trochę mnie to poznawanie nie nudziło.

Po przyjeździe do Anglii poszła na kurs języka, ale po półtora roku trafiła jej się praca przy starszej Polce, więc porzuciła edukację. Niemniej kurs dał jej przynajmniej tyle, że rozumie, co się do niej mówi. Niestety ma mało okazji, by rozmawiać po angielsku.

W szkole poznała Halinę, odporną na wiedzę, ale równie sympatyczną Polkę.
Razu pewnego Halina kupiła wnuczce grającego pieska. W domu okazało się, że pies nie gra i babcia się, że tak powiem, wkurwiła. Tym bardziej, iż sama nie miała szans na złożenie reklamacji, boi się nawet języka migowego. A może po prostu wstydzi, nie wiem. W każdym razie przydreptała z tym psem do Stefani i Stefa ratuj.
Nasza "anglistka" wiedziała jedynie, że dog, to pies, ale poszła. Postawiła na ladzie psa i rzekła do młodej Angielki:
- Dog noł lalala - czym wywołała szczery uśmiech na twarzy ekspedientki. Za chwilę stała przed nią nowa zabawka z lalala.
- I co, załatwiłam? Załatwiłam! - Klepnęła mnie w trzęsące się za śmiechu ramię.

Tym samym Stefania utworzyła nowe określenie na zepsute rzeczy - noł lalala.

U mnie lekkie kwasy. Po tygodniu pracy drabiny zrezygnowały z agencyjnych roboli, bo spadły zamówienia. Od wtorku idę na puddingi. Dom starców wezwał mnie do poprawienia wypełnionych wcześniej dokumentów. Szila zapewniła, że 2 września będę miała szkolenie z obsługi maszyn sprzątających.
- Takie tam bzdety, też to miałam - powiedziała Dorota. Przy którejś maszynie menadżerka kazała jej sprawdzić, czy jest instrukcja po polsku. Niestety, była tylko po angielsku, niemiecku i francusku.
- A ty znasz niemiecki i francuski? - Zapytała przełożona.
- Nie - odpowiedziała lekko zdziwiona pytaniem Dorota.
- To skąd wiesz w jakich to jest językach? - Doprawdy nie wiadomo czy się śmiać, czy płakać.
Rozum noł lalala.

czwartek, 6 sierpnia 2009

Schody.

Leżałyśmy już w łóżku, gdy przypomniałam sobie, że na dole w łazience zostawiłam spodnie. Mogły sobie tam wisieć do rana, ale ja wolałam po nie pójść i spierdolić się z angielskich schodów.
Zatrzymałam się na ścianie czubkiem głowy, aż mi lampa błyskowa pizgnęła pod kopułą. Na nodze w dwóch miejscach wyszły potężne guzy i krwiaki, ale to jeszcze pipa. Prawe śródręcze oraz nadgarstek mam w kiepskim stanie. Nie puchnie, ale potwornie boli.

Położyłam się z powrotem do łóżka w totalnym szoku i stresie, czy bedę mogła pójść do pracy. Poszłam. To był najcięższy dzień pracy w moim życiu.
Jutro tylko do 13.30 i wolny weekend.

Mam doła. Mam autentycznego doła i jakiś taki żal w sercu...

wtorek, 4 sierpnia 2009

Drabiny.

Nie wróciłam do ciasta. W niedzielę zadzwonił Kris oznajmiając, że nikogo tam nie wysle, gdyż jedna przerwa na 10 godzin jest niezgodna z przepisami, a on jednak za nas odpowiada.
W zamian wysłał mnie do fabryki drabin. Mówię Wam, lajcik! Atmosfera przyjazna, dwie przerwy - 20 i 30 min. plus ze trzy razy na fajkę.
Tempo umiarkowane, nikt nie dyszy mi w kark. Z dwoma starszymi Anglikami wkładam sobie szczebelki do drabin i tak od pauzy do pauzy praca się toczy.

Jeszcze nie mam konta, żesz fak! Kris ma juz dla mnie list, ale ja nie mam do piątku szans, by zdążyć na czas do banku. w Piątek pracuję do czternastej. To musi być Lloyds, gdyż on podaje numer konta zaraz po jego założeniu, inne banki wysyłają numer do domu po jakimś tam czasie.

Wczoraj przeprowadziłam się do nowego pokoju. Dorota mocno mnie rozśmieszyła. Zażądała zapłaty za cały miesiąc, choć wiadomym jest, że system wynagradzania
w Anglii jest w większości tygodniowy. Tak też płaci się za stancje. No i, kurwa mać, wiedziała, że ja dopiero zaczęłam pracę! Ostatecznie rozłożyła zapłatę na cotygodniowe rozliczanie.

Muszę tam zostać, gdyż po złożeniu wniosku o mieszkanie tzw miejskie, natychmiast znajdę się na liście jako emergency i mam szansę otrzymać je bardzo szybko. Jeśli zaś wynajmę mieszkanie, państwo dofinansuje mi czynsz, ale już warunki będę miała odpowiednie i na miejskie będę czekała znacznie dłużej.

Dobrze, że mieszkam blisko Wesfalit i kierowcy po drodze jest, byśmy podrzucali rano Miśkę do cioci.

Na drabinach zostanę do czasu, aż ci z domu starców otrzymają potwierdzenie mojej niekaralności. Nie wiem, może jeszcze tydzień, albo dwa. Ważne, że robota już jest.

To na razie tyle. Pozdrawiam Was serdecznie, każdego z osobna.:-)

sobota, 1 sierpnia 2009

Polska mietła

Udałam sie na interwju, które przeprowadziły ze mną Lora i Szila. Przejrzały wypełnioną przeze mnie aplikację, trochę
pokręciły głowami, że jeszcze nie mam NIN (wczoraj dostałam, ha!). Całkowicie załamały ręce, że nie posiadam potwierdzenia adresu.
Pisałam o tym wcześniej. Tłumaczyłam im, że bank mi nie założy konta, jeśli nie mam pracy. Posiadanie konta może być potwierdzeniem adresu zamieszkania.
Jednak bardzo przypadłam kobietom do gustu, odłożyły te dwie, nurtujące je sprawy na później i wyjęły zestaw pytań testowych i np:
- Jakie czynności wykonuje sprzątaczka, co rozumiem przez tę pracę? - "Konstruowanie rakiet kosmicznych!"
- Czy umiem dochować tajemnicy? - "A wy umiecie?"
- Co bym zrobiła, gdybym zobaczyła, że ktoś z personelu źle traktuje podopiecznych?

Z tym pytaniem miałam problem. Oczywiście w ich mniemaniu. Chciałam rozmawiać z winnym, tłumaczyć mu, że tak nie można. Błąd, mam donieść przełożonemu. W sumie, to zrozumiałe, ale nie chciałam wyjść na donosiciela, kim zresztą nie jestem. Anglicy nie są donosicielami, zapamietajcie to sobie. Oni działają w interesie społecznym.

Podczas tej uroczej dyskusji dobijał się do mnie Kris. Nie czaił, że raczej jestem wery bizi, skoro odrzucam rozmowy. Napierdalał uparcie, jak z kałacha.

Ale dzięki temu interwju zaraz dobiegło końca. Dostałam jeszcze dokument do wypełnienia z zapytaniem o niekaralność. Niby dopiero po otrzymaniu odpowiedzi z Polski będę mogła podjąć pracę, ale Dorota zapewniła, że to pic na wodę i na pewno wezmą mnie wcześniej, gdyż właśnie trwa okres urlopowy.

Kris dobijał się z do mnie z pracą.
- Jutro o szórstej trzydzieści bądź pod Lidlem. Pojedziecie do Nottingham. To tymczasowe zlecenie - wyćwierkał.
Pognałam sprawdzić o której mam autobus. Pierwszy o 6.58 - fak!

Wierzcie mi, że zwlekanie się z łóżka o 4.30 jest odkupieniem wszystkich grzechów świata. Patrzenie na smacznie spiące dziecko, jest ciosem w serce, a już mus wyjścia zanim ono się obudzi... Co ja będę tłumaczyła. Zostawiłam jej na stole śniadanie i sok pomarańczowy na wypadek, gdyby
obudziła się przed resztą domowników. Została na tę okoliczność stosownie przeszkolona.

Poszłam z buta ten szmat drogi do Lidla. Widziałam pana rozwożącego mleko w szklanych butelkach i ze złotymi kapslami. Dokładnie takich, jak kiedyś u nas. Jechał wolnobieżnym autkiem z paką i co chwila wyskakiwał, by postawić komuś pod drzwiami pełne, a zabrać puste naczynia.

Fabryka okazała się małą produkcją gotowego już ciasta na wypiekanie np chrupiących gwiazdek. Pakowaliśmy po 320 gramów owego w kolorowe pojemniki, na wierzch nasadzaliśmy plastykową miseczkę z gwiazdką - formą i paczuszką cukierków - ozdób, stawialismy na taśmę i ktoś wkładał je pędem, by nadążyć, do maszyny zgrzewającej folię zebezpieczającą na wieczku. Tym kimś byłam ja przez większą część zmiany. "Fasta, fasta!" pokrzykiwał do mnie, kurwa, szef. "Idź, bo jak cię pierdolnę tym ciastem" myślałam niejednokrotnie.

Byliśmy tam najętym bydłem do roboty. Agencyjnymi stworkami, na pewno nie ludźmi. Tyraliśmy 10 godzin, po 5,5 wysłano nas na 25 minutową przerwę. Zero zachowania przepisów. Wiadomo, im mniejsza produkcja, tym mniejszy strach i większa samowolka. Na wspomnianej przerwie hrabiostwo rozsiadło się w kuchni, a ja i moi współtowarzysze niedoli konsumowaliśmy nasze śniadania siedząc na brudnych schodach. Nie wspomnę nawet o poczęstowaniu nas zasileczem w postaci kawy.Tutaj Anglicy mocno różnią się od Niemców. Niemiec nigdy nie pozwoliłby na coś takiego! Wolałby ustąpić własnego miejsca, bo bałby się okrzyku Hail Hitler. Grek posadziłby sobie nas bodaj na swoich kolanach. Wspólny posiłek jest u nich ważny i celebrowany, czym chata bogata. Wyzysk? Tak, ale przez głupotę i lenistwo, nie zamierzony i NIE perfidny.

Nie wiedzieć czemu Kris chciał znać właśnie moje zdanie. Poznał. Zdziwił się i szkoda, że tylko dlatego, iż przerwa była jedna.
- Relacje ludzie - zwierzęta, kumasz? - Zapytałam i chuj mnie to obchodzi, że się tu głośno mówi o takich zwyczajach, jako naturalnych. Dla mnie są one uwłaczające godności. Nie sądzę, by pierwszy raz usłyszał tego typu oskarżenia, ale pewna nie jestem. Zacichł na chwilę, by zaraz rzec:
- Wiesz, to jest tymczasowy i szczany kontrakt, gówno z tego mamy. Jeśli mówisz, że warunki są tak paskudne, to ja się temu lepiej przyjrzę. Załatwię ci inną robotę, ale mam prośbę, czy mogłabyś jeszcze w poniedziałek tam pojechać? Przez weekend trudno mi będzie znaleźć kogoś...
- Pojadę, "mam tam kilka spraw do załatwienia". Spoko, jeszcze raz pojadę - zmrużyłam oczy. Poza tym ręka w końcu rękę myje. Nie zostawiajmy się w potrzebach.

Dzisiaj po części sprawdziły sie słowa Doroty. Zmartwiona Lora, że wczoraj nie deptałam ścieżek, zapytała kiedy przyniosę wypełnione formularze.
Gówno były dziś potrzebne, ale zawiozłam wraz z numerem NIN. Ucieszyła się. Jestem pewna, że już jedną nogą tam pracuję.

Za kilka dni będę polską mietłą. Konstruującą statki kosmiczne.

Ds, na wszystko w życiu trzeba zapracować. Przebić się przez kokon. Na obczyźnie jest on zawsze grubszy, ale nie stalowy.
Każdy od czegoś tam w życiu zaczyna. U mnie poukładało się tak, że muszę zaczynać kolejny raz od początku. Od zera, od sprzątania.
Ktoś mógłby pomysleć, że ta wędrówka sprawia mi przyjemność, że ja lubię mieć ileś tam "żyć". Nie, bardzo kochałam życie w Polsce i uwielbiałam mój dom. Miałam nadzieję, że wszystko się już skończyło.

Zaletą mojego charakteru jest to, że nie umiem trwać w maraźmie. Odważnie wyruszam na poszukiwanie lepszego. Wadą to, że naprawdę nie wiem, czy kiedyś znajdę swoje miejsce na ziemi. Może zawsze będę wiatrem... Nie wiem.
Zabawne jest zaś to, że jedynym miejscem, gdzie można mnie na pewno znaleźć, jest mój blog...