środa, 22 lipca 2009

O Nottingham i o zębie.

Jadąc wczoraj do Nottingham, do Job Center, Westfalit najbardziej bała się czy potwierdzenie mojego adresu przez nią samą wystarczy.
Zwykle urzędnicy żądają potwierdzenia go przez np agencję pracy, agencję nieruchomości albo bank. Jednak agencja pracy nie wyda zaświadczenia, póki
nie przepracowało się chociaż jednego dnia.
Ponieważ w moim przypadku żadna z wyżej wymienionych instytucji nie mogła mi pomóc, wspólnie postanowiliśmy, że w imieniu najemcy lokalu napiszemy pismo
zaświadczające, iż istotnie, rezyduję za friko pod wskazanym adresem. Przy konstruowaniu dokumentu pomogła ciocia Daisy, za co jeszcze raz serdecznie jej dziękuję.

Uzbrojona we wszystkie przywiezione z Polski papierzyska, udałam się na umówione spotkanie. We wspomnianym urzędzie otrzymuje się National
Insurance Number. Insurance - ubezpieczeniowy, asekuracyjny.

Na miejscu trafiłam na wyjątkowo sympatycznego urzędnika o ciemnej karnacji. Nie potrzebował ode mnie niczego, poza dowodem osobistym. Nie interesowało go żadne pisemne potwierdzenie adresu, wystarczyły słowa Westfalit, oraz zapewnienie,
że jestem zarejestrowana w agencji pracy. Koniec. Miły pan nawet trochę mówił
po polsku, bardziej z chęci użycia naszego języka, niż z konieczności i było to dla mnie bardzo miłe uczucie.

- Farciara - rzekła Westfalit już na zewnątrz. - Zwykle żądają znacznie więcej dokumentów. - Na pewno, gdyż na potwierdzeniu terminu spotkania miałam jasno zaznaczone, co muszę przynieść: Paszport, dowód, detale poszukiwań pracy, potwierdzenie adresu, akt urodzenia, zaświadczenie o stanie cywilnym, prawo jazdy.

Niestety, nie miałyśmy czasu na zwiedzanie Nottingham, gdyż w domu jeden z synów Westfalit cierpiał z powodu bolącego zęba. Dlatego całą drogę odbyłyśmy na piątym biegu. I gdyby nie fakt, że dziewczyny ciągle chlały i szczały, nie byłoby żadnych pauz.

Tego wieczoru z ciekawości pojechałam do dziecięcego centrum stomatologicznego tym bardziej, że umęczona Miśka zasnęła podczas czytania pierwszej strony "Calineczki".
Syn cierpiał coraz bardziej i okazało się, że górna czwórka jest wypychana przez nowy ząb. Usunął go przesympatyczny doktor w turbanie przy asyście równie miłej Angielki.
Podejście do małego pacjenta było naprawdę imponujące.

Dyzio wyjaśnił, że gdyby, tfu, tfu odpukać, jutro zabolał Miśkę ząb, bez żadnego ubezpieczenia udzielono by jej pomocy. Dzieci, to "święte krowy".

Dziś czeka mnie równie pracowity dzień. Zamierzam w pojedynkę wybrać się do trzech agencji pracy. Nie mogę bez końca czekać na telefon od Nila.

7 komentarzy:

  1. Athina, Ty jezdeś baba-czołg (oczywiście to był komplement, ja bym chciała byc baba-czołg :-)))

    OdpowiedzUsuń
  2. No pieknie, widzisz jak Ci zajebiscie idzie w tej Wielkiej Brytfance:)))

    OdpowiedzUsuń
  3. No i git!
    :-)
    Tylko tych granatów szkoda mi jakoś :-))))

    OdpowiedzUsuń
  4. o kurcze. to tu chyba nie ma tak z tym leczeniem dzieci. pojęcia nie mam, muszę to sprawdzić.

    OdpowiedzUsuń
  5. No! To super. Jedna sprawa z głowy :-)))

    OdpowiedzUsuń
  6. A, Tobie też by udzielono pomocy w NHS-owskim gabinecie stomatologicznym. Bez ubezpieczenia i bez problemu. W dodatku po minimalnych kosztach, jeżeli byłaby jakaś większa robota.

    OdpowiedzUsuń
  7. Lorenzo, tylko faceci boją się babów-czołgów. Dzięki za komplement:))))

    Stardust, tfu, tfu:))))

    Sze, wałęsając się po ulicach, przypadkowo znów trafiłam do tej agencji od granatów i znów zostawiłam numer telefonu. Pójdę tam jeszcze w poniedziałek.

    Daisy, dobrze wiedzieć:))))

    OdpowiedzUsuń