środa, 29 lipca 2009

Trzeba sobie pomagać.

Leje od rana, normalnie do porzygania! Nosa nie chciało się z domu wystawiać, jedynie na fajkę, bo tak całkiem bez się nie da.
Czesałam polski portal w Derby. Nawiasem, to przydałaby się ekipa, która by lepiej
o niego zadbała, bo chuj tam nocuje.
Interesowały mnie ogłoszenia, wiadomo jakie. Wtem natknęłam się na wpis na forum. Pisała Dorota, że pomoże ludziom z Lubuskiego.
Przecież to rzut kartoflem ode mnie. Poza tym kto pyta nie błądzi. Tym bardziej,
że podała numer gg. Była niedostępna. Zostawiłam wiadomość,
że szukam pracy i jeżeli oferowana przez nią pomoc jest na tej płaszczyźnie, to ja
o nią proszę.

Odezwała się po chwili, ale tylko po to, by wziąć mój numer telefonu, bo właśnie wychodziła na dyżur. Zapewniła, że zadzwoni w czasie przerwy.
Nie miałam zatem możliwości wypytać, czy to czasem nie burdel. No co? Przecież nie wiedziałam, nie?

Potem zadzwoniłam do agencji - czekać.

Około pierwszej odezwała się Dorota. Głos miała dojrzały, ciepły.
- Słuchaj, u mnie jest wakat na sprzątaczkę - rzekła.
- Biorę! - Podskoczyłam.
- Gdzie mieszkasz?... O, to masz bardzo blisko do mnie i do domu starców też. Bądź zaraz, póki jeszcze administracja pracuje.

Przyczesałam kudła, przypudrowałam gębę, wciągnęłam dżiny na dupę i poleciałam.
Do końca naszej ulicy, potem w prawo, pod górkę, znów w prawo i oto byłam na miejscu. Przed budynkiem czekała Dorota. Krótkowłosa blondynka po czterdziestce. Uśmiechnęła się do mnie, pozdrowiła i zapytała, czy kiedykolwiek sprzątałam.
Pewnie, w Niemczech, co okazało się plusem, bo tamtejszy Ordnung jest tutaj znany.

Podczas rozmowy z panią nadzorującą serwis sprzątający Dorota użyła tego, jako mojego atutu. Dostałam aplikację do wypełnienia i jutro mam się zgłosić na interwju.

Praca do września obejmować ma 20 godzin tygodniowo, potem 35, ale pozytywna strona jest jeszcze jedna. Dorota mieszka z dzieckiem i ma pokój do wynajęcia za dwie stówy miesięcznie bez żadnych dodatkowych opłat. Dlatego te dwadzieścia godzin na początek w zupełności mi wystarczy, by skromnie żyć i czekać na więcej.

- Tutaj się dziewczyno nie narobisz. Jak będziesz systematycznie sprzątać swój rewir, to i będzie czas na podłubanie w nosie - mrugnęła Dorota.
- Wiesz, to naprawdę szlachetne z twojej strony - nie ukrywałam wzruszenia.
- E tam, trzeba sobie pomagać - powiedziała to tak swobodnie,
że zapomniałam języka w gębie.

Praca jest bez udziału agencji, więc od razu dostanę kontrakt. Odpadnie łażenie
i proszenie się o pracę codziennie. Bo może być tak, że agencja będzie miała zapotrzebowanie na dwa dni w tygodniu i co w pozostałe dni? Tak na przykład zaczynała Westfalit. Zresztą uprzedzała mnie, że na początku nie będzie łatwo.

Dlatego biorę tę robotę, biorę pokój i zaczynam nowy rozdział.
Ale najpierw jutrzejsze interwju, tfu, tfu, tfu! Może w końcu przestanę musieć, kurwa, pluć. To takie nieeleganckie!

poniedziałek, 27 lipca 2009

Czekam.

Pierwszy raz jechałam do miasta autobusem. I oczywiście co? Szukałam przystanku nie po tej stronie ulicy. Na szczeście błyskawicznie zaczęłam się chichrać sama z siebie, jednak autobus zwiał.

Czekając na drugi odebrałam telefon z agencji, w której byłam umówiona na dziesiątą - granaty. Potwierdzili moje przybycie na umówione interwju. Totalny profesjonalizm. Zdążyłam z zapasem czasu. Przede mną w kolejce była pewna Marta, martwiła się swoją słabą znajomością języka. Okazało się, że słusznie, bo nie przeszła rozmowy z powodzeniem. Wystraszyłam się nie na żatry. Wchodząc do pokoju dostałam lekkiej telepawki, ale kobieta jęła ciepło mnie uspokajać. Zdałam, zarejestrowali. Czekam na telefon do pracy.

Z wywieszonym jęzorem leciałam do agencji Krisa, który chętniej mówi po polsku niż "Granatki". Niemal wcale nie rozmawialismy po angielsku. Kris ma rodzinę w Legnicy. Żałośnie wspominaliśmy nawałnicę. Miał dla mnie dwie propozycje, albo robota w magazynie środków czystości, albo przy produkcji drabin. Też czekam na telefon.

I to tyle. Mam naprawdę głośną nadzieję, że w tym tygodniu wezmą mnie chociaż na próbę.

piątek, 24 lipca 2009

Tfu, tfu, tfu!

Ze zbolałą duszą poszłam dziś z Miśką do miasta. Co rusz do oczu napływały mi łzy. Na ów nastrój wpłyneły następujące czynniki:
Armagedon, brak wiadomości z domu, brak telefonu od Krisa, który pochwalił mnie za dobry (?) angielski i obiecał zadzwonić i umówić się na rejestrację w agencji oraz okres.
Odwiedziłam trzy agencje, których adresy znalazłam na polskim portalu w Derby. Pierwsza nie miała pracy, druga już nie istnieje, a trzecia była zamknięta.

Usiadłam na murku, zapaliłam papierosa, patrzyłam na dziecko grzebiące patykiem
w ziemi i płakałam ukradkiem, żeby nie widziało.
Do tego co chwilę padało!
- Durny ten deszcz - fuknęła Miśka.
- W Polsce też padało - odparłam spokojnie.
- Ale nie tak codziennie!
Co fakt, to fakt. Jednak gdyby nie ona, wcale by mi ten deszcz nie przeszkadzał.

Wracałam wolno, nigdzie się nie spieszyłam. Często odpoczywałyśmy na ławkach,
bo jakby nie było, w jedną stronę miałyśmy ze 3 kilometry.

W centrum zadzwonił Kris, zaprosił mnie do biura w poniedziałek na po jedenastej. Cegłówka spadła z serca, choć to nie znaczy, że po rejestracji zaraz podejmę pracę. Będę tak zwanym człowiekiem do wzięcia. Mimo to, jakoś fajniej zrobiło mi się na duszy, że w ogóle się odezwał.

Skrzydeł dostałam w okolicach Lidla, po telefonie z "granatowej" agencji, która zaprosiła mnie na poniedziałek na dziesiątą z dokumentami.

Tfu, tfu, tfu! Nie gratulować proszę. Nic. Nic! Trzymajta dalej kciuki, bo jak wkrótce nie dostanę pracy, wpadnę w depresję albo inne gówno.
Szkop w granatach, to byłoby naprawdę moje miejsce...

czwartek, 23 lipca 2009

Armagedon!

Miałam pójść spać, właśnie myłam szklankę, gdy odezwała sie Przedziwna.
- Mieliśmy dziś w Legnicy polski Orlean - napisała.
Wszystko zaczęło się o godzinie 18.40 i trwało 20 minut. Przeczytajcie tutaj.

Nie ma już parku, jest zdewastowany. Kurwa, mój ukochany, cudny PARK! Moje dzieciństwo, młodość!

- Boję się rana, boję się wyjść na ulice miasta - dodała smutno moja przyjaciółka.

Nie wiem co mam powiedzieć poza, kurwajapierdole!

Ostatnie zdjęcia Miski z parku.



I mam po spaniu, dopiero jutro dowiem się, czy moi są cali i zdrowi.

Komp się rębie...

... Nie mogę dostać się do bloga Sze i Lorenzy. Przekierowanie trwa bez końca.
Do Daisy i Stardust dla przykładu wchodzę bez problemów.

Przy uruchamianiu sprzętu włącza się Corel i żąda jakichś uzupełnień. Trzeba czekać na doktora-Dyzia.

Złaziłam się wczoraj niczym pierwszoligowy chodziarz. 5,5 godziny nieustannie. A żeby było
ciekawiej, zapomniałam zabrać fajek i trochę strzelał mnie chuj.
Niemniej, podczas wędrówki trafiłam do "granatowej" agencji, ponownie zostawiłam numer
i natrętnie pójdę tam w poniedziałek.

Dyzio wysłał mnie szmat drogi za centrum. Pod górę się szło i szło i pchało wózek z Miśką i pchało...
A to nie była agencja pracy, kurwa mać!

Inna agencja zaprosiła dopiero w przyszłym tygodniu i zaczął trafiać mnie szlag, bo tak bardzo nie
chciałam wracać do domu z niczym.

W drodze powrotnej wstąpiłam do jeszcze jednej, otrzymałam numer telefonu, pod którym miałam umówić się
na spotkanie. Zadzwoniłam... Czekam na telefon dzisiaj, ale tylko do 10.30. Sama potem zadzwonię.
Nie odbieram tego, jako narzucanie się, lecz niezaprzeczalną chęć podjęcia zatrudnienia.

No. Jak coś nie teges, to od poniedziałku apiać.

Miłego WYPSON-u :-)

środa, 22 lipca 2009

O Nottingham i o zębie.

Jadąc wczoraj do Nottingham, do Job Center, Westfalit najbardziej bała się czy potwierdzenie mojego adresu przez nią samą wystarczy.
Zwykle urzędnicy żądają potwierdzenia go przez np agencję pracy, agencję nieruchomości albo bank. Jednak agencja pracy nie wyda zaświadczenia, póki
nie przepracowało się chociaż jednego dnia.
Ponieważ w moim przypadku żadna z wyżej wymienionych instytucji nie mogła mi pomóc, wspólnie postanowiliśmy, że w imieniu najemcy lokalu napiszemy pismo
zaświadczające, iż istotnie, rezyduję za friko pod wskazanym adresem. Przy konstruowaniu dokumentu pomogła ciocia Daisy, za co jeszcze raz serdecznie jej dziękuję.

Uzbrojona we wszystkie przywiezione z Polski papierzyska, udałam się na umówione spotkanie. We wspomnianym urzędzie otrzymuje się National
Insurance Number. Insurance - ubezpieczeniowy, asekuracyjny.

Na miejscu trafiłam na wyjątkowo sympatycznego urzędnika o ciemnej karnacji. Nie potrzebował ode mnie niczego, poza dowodem osobistym. Nie interesowało go żadne pisemne potwierdzenie adresu, wystarczyły słowa Westfalit, oraz zapewnienie,
że jestem zarejestrowana w agencji pracy. Koniec. Miły pan nawet trochę mówił
po polsku, bardziej z chęci użycia naszego języka, niż z konieczności i było to dla mnie bardzo miłe uczucie.

- Farciara - rzekła Westfalit już na zewnątrz. - Zwykle żądają znacznie więcej dokumentów. - Na pewno, gdyż na potwierdzeniu terminu spotkania miałam jasno zaznaczone, co muszę przynieść: Paszport, dowód, detale poszukiwań pracy, potwierdzenie adresu, akt urodzenia, zaświadczenie o stanie cywilnym, prawo jazdy.

Niestety, nie miałyśmy czasu na zwiedzanie Nottingham, gdyż w domu jeden z synów Westfalit cierpiał z powodu bolącego zęba. Dlatego całą drogę odbyłyśmy na piątym biegu. I gdyby nie fakt, że dziewczyny ciągle chlały i szczały, nie byłoby żadnych pauz.

Tego wieczoru z ciekawości pojechałam do dziecięcego centrum stomatologicznego tym bardziej, że umęczona Miśka zasnęła podczas czytania pierwszej strony "Calineczki".
Syn cierpiał coraz bardziej i okazało się, że górna czwórka jest wypychana przez nowy ząb. Usunął go przesympatyczny doktor w turbanie przy asyście równie miłej Angielki.
Podejście do małego pacjenta było naprawdę imponujące.

Dyzio wyjaśnił, że gdyby, tfu, tfu odpukać, jutro zabolał Miśkę ząb, bez żadnego ubezpieczenia udzielono by jej pomocy. Dzieci, to "święte krowy".

Dziś czeka mnie równie pracowity dzień. Zamierzam w pojedynkę wybrać się do trzech agencji pracy. Nie mogę bez końca czekać na telefon od Nila.

poniedziałek, 20 lipca 2009

??????



Pies, to znaczy co, albo kto? Natychmiast przypomniały mi się słowa mojej babci: "Co zaglądasz, jak pies do tani jatki?" Aaaaa! :-)

niedziela, 19 lipca 2009

Jedynaczki

Życie w symbiozie trzy i sześciolatki, to, umówmy się, jedynie marzenie dorosłych
i przez pierwsze dwa dni naszego pobytu tutaj my, pierniki daliśmy się owym marzeniom ponieść.
Panny nie wychodziły z Kaśki pokoju, sprzątały wspólnie zrobiony rozpiździaj, spijały sobie z dzióbków i och i ach.

Sielanka się skończyła, na jej miejsce wkroczyła zazdrość, zaborczość, poczucie własności oraz żal z powodu jej utracenia.
Mnie obecnie najbardziej boli to ostatnie i dusza ma zapłakała, gdy Miśka smutno oznajmiła, że chce do Polski, do swojego pokoju i zabawek.

Wynagrodzę jej to podwójnie, jak przyjdzie czas. Obecnie mogę tylko tłumaczyć dlaczego jest tak, a nie inaczej. Mądre moje dziecko rozumie, ale i tak tęskni.

Tymczasem dziewczęta w chwilach zgody, których mimo wszystko jest sporo, zamieniają się w trąby powietrzne. Sieją przysłowiowe spustoszenie w domu.
Robią takie rzeczy, których w pojedynkę raczej nie robiły.
Kaśka ostatnio porysowała kredką ścianę. Na szczęście na zmywalnej farbie. Miśka porysowała mi kiedyś jeden raz, dostała za to niezły wykład i jest spokój.
Wyszliśmy zatem z założenia, że oto Kasia miała swoją pierwszą próbę tym bardziej, że na twarzy Miśki nie widziałam ani cienia poczucia winy.

Gorzej potraktowany został kwiatek doniczkowy. Cztery małe łapy oskubały go doszczętnie z liści i to w sekund trzy. Cycki mi opadły, bo ani jedna, ani druga wcześniej nie dewastowały zieleni.
Za Miśkę mogę poręczyc, za Kaśkę ręczy westfalit... Znaczy co? Dostają przy sobie małpiego rozumu?
Gospodyni wpadła w straszną wściekłość, bo to kobieta jest, która kocha swoje wszystkie kwiatki jednakowo.
Zabrała "ogrodniczki" do kuchni i na ich oczach spakowała trzy szafki słodyczy
w sześć reklamówek. Wynosząc je do swojej sypialni oznajmiła, że od teraz obowiązuje zakaz konsumowania słodyczy przez tydzień bez możliwości zawieszenia kary.

Długa, moim zdaniem za długa, ale słowo już się rzekło i nikt nie zamierza podważać autorytetu drugiego. Dużym plusem zakazu jest to, że dziewczęta
doceniły urok konsumpcji przygotowywanych posiłków. Przestały być one traktowane jako konieczność, bo starzy każą.

Dyzio, ze swoim stoickim spokojem powtarza, że to się zmieni. Że kolejną fazą będzie normalne obcowanie ze sobą panien. Albo po prostu my się przyzwyczaimy?
Jedno jest pewne, z jedynaczkami nie jest łatwo, a Kasia jest innym sortem jedynaczki, bo po dwóch chłopcach była upragnioną córeczką mamy i taty.

I tak to.

Jeszcze o pogodzie chciałam, która zmienną jest, lecz mi odpowiada. Nie przepadam za upałami mimo, iż swojego czasu mieszkałam w Grecji.
Szczerze nie-na-wi-dzę śnieżnych i mroźnych zim.
Tegoroczne lato w Polsce przygotowało mnie do takich klimatów, jak pospieszne zbieranie prania po to, by je za pół godziny znów rozwieszać.

Trwam w przekonaniu, że ten wyjazd był dobrym pomysłem.

piątek, 17 lipca 2009

A teraz kochane dzieci pocałujcie misia w dupę!

Przy okazji wyprawy do jednej z agencji pracy, wstąpiliśmy z Dyziem do królestwa misiów.
Zaprawdę powiadam Wam - jestem rada, że nie zabrałam ze sobą dziecka.

Przy tych stanowiskach tworzy się własnego misia – dziecko.


Który następnie otrzymuje taką karte narodzin.


Tutaj wypełnia się "dziecko".


Ubiera i nabywa dosłownie wszystko... Kryste!






No. To do następnego, bo komputer przez weekend będzie u doktora-Dyzia celem zabiegu na otwartym sercu.
Miłego WYPSON-u, słowem Szeherezady:-)

czwartek, 16 lipca 2009

Tylko spokojnie.

Wczorajsza wizyta w jednej z agencji pracy nie przyniosła efektów, kazali zostawić numer telefonu bez rejestracji, ale to jeszcze nie powód do zmartwień. Może tylko pod takim względem, że robota przy granatach na razie poszła sie paść.
Dzisiaj jadę z Dyziem (mężem westfalit) na spotkanie związane z ewentualnym zatrudnieniem się w fabryce puddingów. Tfu, tfu... Wieczorem dopiszę, albo i nie.

Tymczasem rodzina pojechała na zakupy, zabierając ze sobą Miśkę. Zostając w domu myślałam tylko o jednym, prysznicu bez zamykania drzwi do łazienki która, jak to trafnie określiła Daisy, jest rozmiarów pudełka na buty. Westfalit może się tam rozciągać tak i siak, ale ja, wielka baba mam z tym niejako problem i dupskiem zahaczam o sprzęty.

Nie zawiodę wszystkich rechoczących z dwóch kranów, tutaj też są, ale i dodatkowo, ku mojej uciesze, wisi na ścianie mechanizm prysznicowy.

Wlazłam do wanny, zmoczyłam się, namydliłam, przyszedł czas na kudła. Spojrzałam na tę stertę wszystkiego i jęłam szukać szamponu. Czas mijał a wraz z nim spokój na napisanie notki. Dostałam wkurwika nerwowo biorąc do ręki każdą rzecz, w większości dziecięcą. Oko mi się zamykało pod strumieniem wody, a szamponu jak nie było, tak nie było! Wreszcie złapałam zieloną flaszkę i od razu wpadł mi w to otwarte oko grecki opis – normalne włosy. „Jak to dobrze znać języki” pomyślałam i nakitowałam sobie na głowę. Tylko to to pienić się nie chciało, bo okazało się odżywką. W efekcie umyłam włosy żelem pod prysznic, co tam.

Boję się kolejnego spotkania, a raczej odmowy. Tak, zdecydowanie bardziej boję się odmowy zatrudnienia. Ale, nie martwmy się na zapas...

Dwa krany... Może to podyktowane jest oszczędnością? Żeby uniknąć niepotrzebnego lania bieżącej wody?


Miśka, trzęsidupa, ale właziła dzielnie:-)

wtorek, 14 lipca 2009

W Derby

Doleciałyśmy bez turbulencji. Ja jak zwykle przerażona, Miśka piszcząca z zachwytu.
Lądując przebijaliśmy się przez gęste chmury, o dziwo bez najmniejszych wstrząsów, ale przynajmniej przywitało nas ciepłe powietrze oraz serdeczność naszych gospodarzy.

Nie mogliśmy się nagadać do trzeciej nad ranem, zagryzając drób z grilla, o piciu nie wspomnę – wódka, cytryna, liście mięty i lemoniada cytrynowa.

Kaca nie miałam, bo się jednak oszczędzałam. No i zmiana klimatu zawsze działa u mnie na plus.

Kładąc się spać, myślałam tylko o wycieczce do miasta...

Beztroskie dziecko rokuje nadzieje na szczęście.


Zupelna dla mnie nowość...


Oni są sympatyczni...


Te wiszące klomby są przeurocze.


Tutaj dziennik...proszę sobie przeczytać:-)


Dziecka w katedrze... W drodze na ambonę.


...


Od tego sprzętu nie mogę oderwać Miśki...


Jestem jeszcze oszolomiona tym wszystkim i trudno skupić mi się na slowach.
Tę katedrę muszę Wam następnym razem bliżej przedstawić.

Tymczasem przygotowuję sie psychicznie do wizyty w agencji pracy...

Pozdrawiam Was serdecznie

Update.
To na prośbę Sze. Cztery razy ktoś mi w kadr wchodzil, a ona biedna tam stać musiala, toteż w końcu byl foch...

czwartek, 9 lipca 2009

Ugoda na rzecz naszej wygranej.

To „dzisiaj” zaczęło się od zaliczenia kibelka raz, drugi, trzeci, czwarty. O dziwo podczas tej nerwówki nie czułam głodu, zwykle bywa odwrotnie. Mogłabym jeść bez końca. Kierownica przyjechała z nie mniejszym stresem wymalowanym na twarzy. Łyknęła dwie tabletki uspokajające. Trzecią dostała ode mnie w postaci słów pocieszenia, że wszystko będzie dobrze.

Pojechałyśmy na plac boju. Miło, że nasi świadkowie już czekali. Grzesiu był wyluzowany, jak zresztą zawsze. Gorzej było z Malwiną, trochę się trzęsła. W sumie, to się jej nie dziwię, u kresu wytrzymałości rzuciła wypowiedzeniem i ponowne spotkanie z tymi mordami zapewne wiele ją kosztowało.

Przyszli oni: prezes zarządu, mobber 1 – derehtor, mobber 2 – dyrektor jednostki biznesowej, świadek (nie wiem czego) – dyrektorka personalna z Wrocławia. Czwarty świadek, o którym pisałam, że nie wiem co miałby poświadczyć, nie stawił się wcale. Jego nieobecność wywołała widoczne rozczarowanie na reprezentantach strony pozwanej. Ich pełnomocnikiem była radca prawny firmy.

Od początku stania pod salą rozpraw i czekania na wezwanie sprawiali wrażenie pewnych siebie. Zmieniło się to wraz z nadejściem naszego adwokata. Młodego, postawnego, cholernie pewnego siebie, błyskotliwego faceta.

Radca podeszła do niego i zagadnęła o ugodę – dwa tygodnie odprawy. Uśmiechnął się do niej i stwierdził, że taką propozycję otrzymałyśmy wcześniej i skoro się tutaj znaleźliśmy, to jasne jest, że jest ona nie do przyjęcia.
- A czytał pan akta chorobowe (będę posługiwała się pseudonimami) kierownicy? – Zagadnęła radca.
- Ale o co chodzi? – Nasz zrobił zdziwioną minę. – Że nieczytelne?
- No właśnie – uśmiechnęła się ironicznie.
- Po to wnioskowaliśmy o powołanie biegłych sądowych. Ktoś chyba będzie umiał odczytać pismo lekarskie. – Nie dał się zbić z tropu. Ukłonił się i podszedł do nas. Był dla nas, tam pod tymi drzwiami i w trakcie rozprawy, chyba nie przesadzę mówiąc – jak tato. Bardzo ważny, mądry i silny.

Weszliśmy na salę. Po odczytaniu listy obecności świadkowie zostali wyproszeni przez sędziego na korytarz. Zostaliśmy my, radca i prezes.

Młody, sympatyczny sędzia w asyście dwóch ławniczek poinformował nas o perspektywach tego procesu. O tym, że zapowiada się on na długi i żmudny. Zapytał, czy w takich okolicznościach strony nie chciałyby skorzystać z możliwości ugody. Nasz prawnik pierwszy się podniósł i wyraził chęć, strona pozwana zaraz potem. Zarządzono dziesięciominutową przerwę.

To, co się działo na korytarzu, mogę swobodnie nazwać targowiskiem. Radca, z postury drobna kobieta, pod miażdżącymi argumentami i niezłomnością naszego adwokata zrobiła się jeszcze mniejsza. Nie było żadnych wątpliwości, że ta sprawa należy w tym dniu do naszego prawnika. Jego pewność siebie dosłownie mnie oszołomiła i jestem pewna, że nie była ona bez znaczenia dla strony pozwanej. Pokażę jeden z przykładów, kiedy negocjacje chyliły się ku końcowi pod względem sumy.
- xxxxx, na więcej naprawdę się nie zgadzamy – prezes był już bardzo spocony.
- xxxxx – powiedział do nas adwokat.
- xxxxx było powiedziane – zaprotestował prezes.
- Ale ja mówię tyle i zaraz będziemy dalej o tym rozmawiać – uśmiechnął się nasz pełnomocnik.

Wróciliśmy na salę i owa różnica dalej była kwestią sporną. Załatwił ich szybko podając sumę kapitału zakładowego spółki, brawurowo ich po prostu zagadał. Nawet ja nie zauważyłam, w którym momencie zgodzili się z jego, czyli naszymi żądaniami. Tak sprytnie to zrobił - w białych rękawiczkach oraz z nie gasnącym uśmiechem na twarzy. Sąd to teatr i on był dzisiaj Januszem Gajosem.

Przed wydrukowaniem do podpisów ugody wstał prezes i poprosił sąd o rozłożenie zapłaty na dwie raty, gdyż firma boryka się z problemami finansowymi.
- Nie, no bez przesady – rąbnął pod nosem adwokat.
- Tę prośbę proszę skierować do powództwa – odparł sędzia.

Wstała kierownica, skromna, zestresowana, ale pewnie rzekła, że nie zgadza się na raty. Prezes spojrzał na mnie, takimi oczami spaniela, w które nawet nie chciałam patrzeć, bo pomyślałam sobie – ty chuju, co miesiąc przynosisz plik faktur za obiady przy jednoosobowym stole w drogich hotelach, a teraz myślisz o dobru firmy? O tym, że 85 osobowemu personelowi należy wypłacić pensje? Teraz?
- Podtrzymuję słowa kierownicy – zwrócilam się do sędziego.

- To co, jedziemy do domu – powiedział adwokat po sprawie.

Ano jedziemy. Jesteśmy zadowolone, po pięć cyfr na każdą, to dostateczna zapłata. Bez srania się, stresu, bez mojego latania z Anglii i patrzenia na te obłudne mordy. Poza tym najgorszą karą dla pracodawcy jest fakt, że musi zapłacić. Ha!

Bardzo Wam dziękuję za trzymanie kciuków :-)

piątek, 3 lipca 2009

Jest!

Zacznę od tego, że jest już dom dla Serafiny. Były dwa, ale drugi nieco mnie przeraził. Ze względu na częste odwiedziny dwulatki. Zapewnienia, że na pewno nie dadzą jej męczyć zwierzęcia nie przekonały mnie. Serafina co prawda umie się obronić, ale za reakcję dziadków na podrapane małe łapy nie mogę przecież ręczyć.

Dom wybrany, to posiadłość z ogrodem, w którym samotnie mieszka wdowa. Córki wyemigrowały do Grecji i jest jej trochę samotnie. Serafina z jej gadulstwem będzie świetnym towarzyszem. Jestem też pewna, że pokochają się od pierwszego wejrzenia. Wdowę znam dość długo, a jej siostrę jeszcze dłużej. Tu skutecznie zadziałała Przedziwna, bo i ona zakochała się w mojej kocie-pieszczocie.

W zasadzie nie chce mi się nic więcej pisać.

Życzę wszystkim miłego weekendu.

czwartek, 2 lipca 2009

Notka dedykowana.

Siedziałam wczoraj z rozgrzebanymi po uszy papierzyskami. Stosy się ich piętrzyły na mojej skromnej podłodze.
Wiem, pamiętam, chwaliłam się onegdaj żem poukładała. Ale chwaliłam to, co chciałam zrobić, nie to, co wołało o pomstę… od czasów… Jeszcze Miski nie było na świecie.

Zgarniałam zawsze tę kupkę, kupę, wreszcie kupsko papierzysków do pudeł i wiozłam ze sobą w świat. Pismo z AOK z roku 1999 na przykład. Wyciągi z konta Commerzbank, pisma dotyczące rozwodu. Karty świąteczne od doktora Schultz’a, rachunek za wodę sodową i pranie bielizny babci Lothara wystawiony przez dom starców.

Zbierałam to ładnie w pudełeczkach, bo to kiedyś może być ważne, ale nigdy nie miałam czasu, by nad tym usiąść i logicznie posegregować. Przez dziesięć lat nie znalazłam na to czasu. Podświadomie wiedziałam, że zbieram makulaturę, ale… Może się przyda. Nie przydały się bodaj rachunki za pranie babcinych gaci.

Rozdarta na podłodze, między kopalnią makulatury słuchałam, co mówi do mnie telewizor. Opowiedział o matce, Polce, która ma syna z Niemcem. Pozostają w nieformalnym związku. Szkop ów wcale tego dziecka nie chciał, namawiał ją, by oddała do adopcji(?). Nie zgodziła się. Po jakimś czasie, po porodzie przystała na uznanie dziecka przez ojca. (Fakt, że uznał po czasie skłania mnie do uwierzenia, iż chciał to dziecko oddać). Uznał. Czyli nabył dokładnie takie same prawa w kwestii sprawowania opieki, jak ona. Ale między nimi przestało układać się już zupełnie.

Spakowała walizki, zabrała syna i pojechała do Polski, swojej ojczyzny. Do domu.

Podsumowując ten akapit powiem, czego ja bym nie zrobiła. Nie zgodziłabym się na podział praw rodzicielskich z chujem, który lawirował dość ostro zanim uznał dziecko. Po latach jestem mądra, wiem. Matka Polka zamieszkiwała Rajch przez trzy lata i pewnie inaczej sobie to wyobrażała. Że oto wróci do Polski, poda go o krotne alimenty i będzie jak w bajce.

Powiem też na okoliczność mojej wiedzy, co bym zrobiła. Wyprowadzając się od partnera, założyła sprawę o ustanowienie miejsca pobytu dziecka przy matce oraz ustanowienie kontaktów ojca z dzieckiem. Oczywiście w sądzie w Niemczech.

Wracając do tematu, nie stalo sie jak bajce.
Ojciec oskarżył ją o porwanie dziecka. I to jest teraz międzynarodowy problem, bo Niemcy mogą zażądać powrotu dziecka do ojca od matki porywaczki. Konwencja Haska o tym mówi. Chyba, że się okaże, iż powrót dziecka spowodowałby dla niego szkody psychiczne oraz fizyczne. Wówczas Polska może nie wyrazić zgody na oddanie dziecka. Matka w jednym zdaniu, które nie zostało pociągnięte w dalszej części reportażu, wyznała, iż ojciec małoletniego współżył również z mężczyznami. Nie uwierzyłam jej w to. Sprytna namiastka potencjalnego problemu wyreżyserowana przez prawników. Nie tędy droga, ona prowadzi do nikąd i matka, nie daj buk, ugotuje się we własnym sosie.

Martwi mnie, że w takich przypadkach nie ma, bo nie ma! Instytucji kuratorów, wysyłanych na miejsca zdarzenia. Do sąsiadów, rodziny oskarżyciela, przedszkolanek, nauczycielek, lekarzy (na wniosek zgoda na wgląd w dokumentację by była). Matka będzie musiała na własną rękę to wszystko zgromadzić. A już najbardziej martwi mnie polityka w tym wszystkim. Przepis jest, złamała, ma oddać. I CHUJ! I ja, kurwa ,spać nie mogę. Przez nich.
A to tu.
http://interwencja.interia.pl/news?inf=1332140

Apel kobiety, matki, która nie znała litery prawa jest wstrząsający.
„Nie pozwólcie mi odebrać syna.”
„Jak to tak? Zabiorą, odizolują, zakażą kontaktów i ja mam zapomnieć?”
Żadnych warunków? Konwencja nie karze rodzica – porywacza. Trza zebrać tyłek i w odpowiednim sądzie wykazać już potem, co się chciało i po co. Dowody zbiera się na własna rękę. Matka Lukasa ma za sobą telewizję.
Wspólnie dadzą radę.
W nadziei pozostaję...