środa, 3 czerwca 2009

siedem razy osiem równa się szacunek...

Moja chrześnica, Julia jest humanistką i ma zdolności artystyczne. Wali przy tym fochy, jak prawdziwa gwiazda, a gdy się zamknie w sobie, to kaplica. Ma niesamowitą wiedzę na temat fauny
i flory, matematyka zaś staje jej okoniem. Matematyka nie lubi Julii. Dziecko próbowało podgryzać ją z różnych stron, ale ona się na nie uwzięła. Toteż Julia obraziła się na matematykę i oświadczyła matce, że nie może nauczyć się tabliczki mnożenia, gdyż nic nie zostaje jej w głowie.

- Mamusiu, ja próbuję, ale zapamiętuje jedno działanie, potem przylatuje ptaszek na parapet i już nic nie pamiętam. – Siostra relacjonowała mi sytuacje z pomieszanymi uczuciami wkurwa oraz rozbawienia. – Mówię do niej, idź się uczyć. Wchodzę za chwilę, ona leży na łóżku, a w piątek test! – Rozłożyła ręce.
- No i się nie nauczy, bo ty nie masz ścisłowca w domu. Każde dziecko potrzebuje jakiejś tam pomocy w nauce. – Ostre słowa sprawiły, że popatrzyła na mnie z wyrzutem, więc szybko dodałam.
Przy tak absorbującym dziecku, jakim jest Nikola, jak masz to zrobić? – Wyraz jej twarzy złagodniał. Nie chciałam jej urazić. Prawda jest taka, że Nikola drze się non stop. Cyc, chlanie i kołysanie ma być na już. Nie daje znaków ostrzegawczych, włącza syrenę i biedna Karina w pocie czoła robi wszystko, by tylko zamknęła japę. Ponieważ Miśka była identyczna, co Grzankazlodu widziała na własne oczy, służę jej radą. To są efekty noszenia ciąży w troskach i niepokojach. Poza tym siostra ma teraz też dziadka na głowie, kuzynki chwilowo nie ma, a szwagier jak zwykle przebywa w delegacji.

Dwa dni temu zapytała mnie, czy mogłabym u niej spać… Wykręciłam się… Przez Nikolę. Nie, nie, nie, proszę duda, ja mam swój spokojny dom, kurwa, ja odwykłam od wrzasków, chodzenia na palcach, spuszczania wody w kiblu z wytrzeszczem, że może ono obudzić terrorystkę, o strzelaniu kości nie wspomnę. Krótko, ja swoje już przeszłam, o czym doskonale wiedzą moi najstarsi czytelnicy. Karina to na szczęście rozumie.

Jednak problem testu Julii pozostał.

- Do pokoju i ucz się! – Wrzasnęła siostra, gdy Julka po raz kolejny wyszła do ogrodu z nadąsaną miną. Spuściła głowę, zgarbiła się identycznie, jak mój ojciec pod ciężarem trosk i pomaszerowała do domu.

- Nie wrzeszcz na nią! – Syknęłam – to nic nie da, obserwuj moją Miśkę, ja do niej pójdę.

Zastałam Julkę zalaną łzami i przypomniały mi się czasy mojego dzieciństwa, dokładnie takie same, kiedy ojciec kazał mi wkuwać tabliczkę w pokoju, a sam pił wódkę z kolegami na podwórku. Różnica polegała jedynie na tym, że Karina w tym ogrodzie piła herbatę i niańczyła siostrę mojej chrześnicy.

Bez pomysłu oraz sposobu na zapamiętanie tego „gówna”, położyłam się najpierw obok „zmaltretowanego” dziecka. Przyznałam się jej na początek, że też miałam podobne doświadczenia z matematyką, ale zasada jest taka, że bez wkucia, co do zrobienia jednak jest, nic już w tej matmie nie będzie do sprawnego ogarnięcia… Zawsze wychodziłam z założenia, że np. całkami będę mogła sobie kiedyś jedynie podetrzeć tyłek, ale szybkie liczenie przydało mi się w życiu nie raz. Choćby podczas rozmowy kwalifikacyjnej… przy przeliczaniu netto na brutto, hehehe.
Samo wyznanie ciotki sprawiło, że Julka, otarłszy łzy, pokazała mi zeszyt.

- Phi, co to dla Ciebie, przecież ty umiesz logicznie myśleć. Zaraz pokażemy tym jełopom… - Rozbawiłam ją.

Razy dwa było proste, dwie szóstki, liczymy na palcach, razy trzy nie wchodziło? Wracałyśmy do razy dwa i dodawałyśmy jeszcze jedną szóstkę i tak krok po kroku mozolnej pracy z chichraniem się i zawodami, kto szybciej odpowie. Problem był z trzema działaniami, bo przy takim nawale materiału do nauki, zawsze znajdą się czarne konie. Znalazłam sposób, siedem razy osiem? Dziadek - brzmiało hasło – 56 lat; sześć razy siedem – Jorgo (mój były mąż) – 42; sześć razy dziwięć – babcia – 54. Rymowane – sześć razy osiem równa się czterdzieści osiem były, jak i kiedyś dla mnie, najłatwiejsze.

Nagle cud, dziecko pojmuje, a sama zainteresowana wzywała mnie na pojedynek. Ba! Dzielenie poszło jak pstryk z palców, bo ta diablica w mig pojęła w czym rzecz.

Nauka odbywała się w ogrodzie, między piwoniami, żadnej izolacji domowej, ale twardo upominałam Julkę – Nie koncentrujesz się, uwaga… - Jutro już tylko mnożenie przez dziewiątki, ale diablica potrafi zamieniać na „łatwiej”- odwrotnie. Jestem z niej dumna.

- Nauka z ciocią jest świetna, mamo. – Krzyknęła.
- Przestań, dzięki tobie przypomniałam sobie, ile to jest osiem razy siedem. Ile? – Zrobiłam poważną minę.
- 56.
- No proszę. – uśmiechnęłam się do siostry robiącej samolocik Nikoli.

Do piątku damy radę.

Wiem, że mam dar nauczania, ale nie wyobrażam sobie siebie w roli nauczyciela, bo bym bachorów w stadzie pozagryzała. Nie lubię stada dzieci. Byłabym wampirzycą – biologicą, jak moja nauczycielka biologii w podstawówce, rzucająca książką w idiotę. Z tym, że ta baba czegoś nas nauczyła… W tamtych czasach.

Dziś chamy nauczycielowi zakładają kosz od śmieci na głowę i mianują się przewodniczącymi szkoły…
Nie, nie, mogłabym za bzdurę pójść siedzieć.

Za potępienie braku elementarnych zasad kultury osobistej.

Jeśli oddajesz swoje dziecko do szkoły pod opiekę nauczyciela, halo, wychowawcy, to fajnie by było, gdybyś zaufał fachowcom, nie ślepo swojemu dziecku. Przecież kij zawsze ma dwa końce…

Jeśli twoje dziecko robi krzywdę koledze, powinieneś szukać pomocy dla niego. Jeśli zaś ofiarą jest osoba dorosła, na dodatek nauczyciel, potrzebujecie pomocy oboje.

Odrobina karności w przedszkolach, szkołach naszym dzieciom nie zaszkodzi, ale to nie dzieci weszły nauczycielom na głowy, to my, rodzice, z manifestem na ustach – niech tylko tknie moje dziecko, to ja mu pokażę - pogrzebaliśmy „dzień dobry panie sąsiedzie, psorze” w szambie nie wiem czego.

Czy to jest ciąg ewolucji, czy początek upadku cywilizacji? Mojej cywilizacji?

5 komentarzy:

  1. Miałam podobny problem z MW, tylko ona o świadczyła bardzo stanowczo, że na pamięć uczyć sie nie bhędzie i żer mam jej WYTŁUMACZYĆ tabliczkę mnożenia.
    I wiesz co, Athi. Kosztowało mnie z godzinę, zanium wymyśliłam, o co kaman. I wpadłam na to. Mnożenie to jakby zmultiplikowane dodawanie.
    Gdybym na to nie wpadła, MW do dzisiaj by nie znała tabliczki mnożenia. Gdyz ona uparta jest... ;-)

    OdpowiedzUsuń
  2. no cóż.Chamstwo powinno wyplenić sięw zarodku i faktem jest że to rodzice odpuszczają swoim bachormo potem jest jak jest w szkole.
    No bo jak nauczycielka zwraca rodzicom uwagęże dzieci zachowujsietak i tak a na to wstaje ojciec i mówi hehehe ma to po mnie , to ręce opadają,nie?

    OdpowiedzUsuń
  3. Ty to madra ciotka jestes:) ale wiesz o tym, nie?

    OdpowiedzUsuń
  4. Lorenzo, to jest zmultiplikowane dodawanie, z tym ,że Julka nie ogarniała tego, jak ma oddzielać sobie dodane juz rzeczy. Wszystko poszło w sumie dobrze, jutro test.....zobaczymy:))))

    Tuv, ja mam też wiele zastrzeżeń do nauczycieli, ale jak to się mówi, kij ma dwa końce. W tej notce dostało się rodzicom;)

    Stardust, jestem mądra ciotka;)))))

    OdpowiedzUsuń