wtorek, 30 czerwca 2009

Miś Puchatek - cham, pijus i alfonsiura.

Moje dziecko, zaśpiewało mi dziś nowo poznaną piosenkę. Jest ona stara jak ja, tylko bohater się zmienił.

„Miś Puchatek to jest cham
Miał pół litra wypił sam
Teraz sobie smacznie śpi
Goła baba mu się śni.”


Zadziwiające, jak szybko się tego nauczyła. Raptem chwilę jej nie było w domu. Oczywiście wyraziłam swoje niezadowolenie słowami:

- Jaka głupia piosenka. Misie nie śnią o gołych babach, tylko o miodzie, jak wypiją jego pół litra. – Miśka zapatrzyła się we mnie, znaczy analizowała moje słowa. Poszła do pokoju, potem usiadła na kibelku i zaczęła tak:
- Miś Puchatek to jest cham,
Miał pół litra miodu wypił sam…

Tu jej nie pasowało z rymem. Aha, ale znaczy, że samo pół litra musiało być dla niej enigmatyczne i zaskoczyła, iż musi jednak być pół litra czegoś. Zaczęła od nowa, znów zacinając się w tym samym miejscu. Wkroczyłam:

Miś Puchatek to jest PAN
Miał on miodu wypił sam
Teraz sobie smacznie śpi
Bo ten miodek mu się śni.


- A goła baba?! – Stara nie kituj, nie?
- Kiedy widziałaś w bajce o Misiu Puchatku gołą babę?
- Nie widziałam, nigdy!
- No to Puchatek nie może śnić o gołej babie, bo też jej nigdy nie widział, nie?
- No tak.

Tak jej namieszałam w głowie, że już nic nie nuci. Poza tym Kacper wrócił z przedszkola z prezentami, bo ma urodziny i goła baba z pół litrem poszła w zapomnienie.

…Ale nie w moim przypadku. „Miś Koralgol to jest cham…” Ratunku, jestem załatwiona na resztę dnia!

poniedziałek, 29 czerwca 2009

Duchota.

Wszechobecna wilgoć przypomina mi greckie klimaty. Pot się po mnie leje. Z tym, że tam ciuchy w słońcu schły natychmiast, tutaj grubą bawełnianą spódnicę Miśki suszę już od piątku. Dacie wiarę? Od piątku i jedna strona jeszcze jest wilgotna. Do tego oczywiście pada. Wsiadam do zaparowanego auta, włączam dmuchawę na ful i nie śmiem wyłączać ani na chwilę, bo zaraz jest to samo.

Przyznam, że tego jeszcze w Polsce nie przeżyłam.

Spocona i klejąca się usiadłam na fotelu dentystycznym. Pan doktor wyczyścił kamień. Palenie, kawa, herbata są fuj. Należy pić wodę, o fajkach nie wspomnę, bo na razie jeszcze nie. To jeszcze nie jest mój czas. Z zębem też już jest spokój. Czyli stomatologicznie jestem gotowa do wyjazdu. Następnie pediatra i prośba o recepty na antybiotyki. Chociaż ze dwa, bo Miśki zapalenia oskrzeli, nie daj buk, tfu, tfu, Paracetamol nie wyleczy.

Pozamykałam i pozałatwiałam wszystkie sprawy. Czekam na wydanie toku (szczegółowego) sprawy o alimenty. Tej, założonej w 2005 roku. W przyszłości muszę mieć na piśmie całe postępowanie. Dobrze, że teraz się o tym dowiedziałam.

No i jeszcze 9 lipca czeka mnie rozprawa z pracodawcą. Wertuję pisma, polecenia służbowe. Dosłownie wszystko wyciągam. I niebawem zacznie się show.

Zaskoczył mnie jeden świadek pozwanej. Człowiek, który od końca stycznia 2008 roku nie pracuje w korporacji dlatego, że wraz z kierownicą wykryłyśmy jego szkodliwe działania przeciw spółce. A teraz on będzie świadczył przeciw nam. A to ciekawe. Reszta świadków, to praktycznie zarząd. Chuje i trutnie. Nic, trzeba podnieść głowę i iść na front.

Nikt nie mówił, że będzie łatwo, ale w życiu nie wolno dawać za wygraną i machać ręką. Trzeba walczyć o swoją godność zgodnie z tym, co jasno gwarantuje nam prawo.

niedziela, 28 czerwca 2009

W tę nudną, deszczową niedzielę.

Ząb posłuchał mojego pomszczenia, tudzież próśb o litość, bo nie boli. A może to Pietrkowe, wczorajsze drinki? Chociaż było już znacznie lepiej. Dobrze, bowiem należy zjeść małosolne zanim zrobią się kiszone.

Pogoda nie przestaje mnie zadziwiać, a i wkurwiać szalenie. Ile może padać? Trwożnie obserwuję wiadomości, jak nigdy. Zobaczyłam Wojewodę Dolnośląskiego i osłupiałam. Pracowałam z nim w Radio ESKA, krótko… Kazał mi przybrać pseudonim, bo mu się nazwisko nie podobało. I ja, idiotka zdecydowałam się nawet na tę krótką współpracę. W końcu tym pierdolnęłam.

Miśka ma focha na aurę, w domu nudy i ona chce gdzieś pojechać!
- Ta, no, zaraz do lasu na jagody pojedziemy. A w ogóle, to posprzątaj pokój.
Muszę przyznać, że jak chce, to potrafi. W nagrodę leci Shrek Trzeci. Pietrek, oprócz bezdusznego odcinania głów, serwuje dobre drinki i fajne filmy.

Tę nudną, deszczową niedzielę umilamy sobie z dieslem… Trzaskaniem testów na prawo jazdy online.
Bagatela, 7 błędów u mnie, pięć u niego. Ki chuj? Jeszcze raz – 3. Wyłączyłam, on też, bo coraz gorzej.

Kierowcy z bombowca. Ze dwa razy kulę ziemską już objechałam bez kolizji, a przepisów nie znam. Jedynie ruch na skrzyżowaniach wychodzi mi bezbłędnie. Nie umiem parkować, nie umiem wyprzedzać i robić masażu serca u dzieci. Dobrze, że na otwartą ranę nie położyłam waty, tylko gazę. Aha, umiem też holować pojazd i ciągnąć przyczepę z odpowiednią prędkością. A, bym zapomniała! Tramwaje, te święte krowy, też potrafię przepuszczać.

Jak ja sobie dam radę na angielskich drogach? A na rondach? Nie mógł mi się nie przypomnieć film z Chavy Chase’m „W krzywym zwierciadle – Europejskie wakacje”, kiedy bohater jeździł po londyńskim rondzie do zmierzchu, co i rusz pokazując znudzonym dzieciom Big Band i Parlament.

Trzeba ruszyć kości i pojechać do sklepu po fajki oraz coś do chleba. Wróć! Nie ta kolejność! Po coś do chleba i fajki. O, Miśka dorzuciła coś słodkiego. No to niech będzie: coś słodkiego, fajki i do chleba.

Póki woda nas nie zalała. Kupię dwie paczki… No i w końcu gdzieś pojedziemy.

Apdejt

Zachodziłam, o czym ja zapomniałam. Otóż o bardzo ważnej kwestii. Mianowicie krótkiej historii lewostronnej jazdy.
Mowa o niej bodaj w starożytności, jednak prawnie ustanowiona przez papieża Bonifacego ósmego w 1300 roku. Choć to też nie jest pewne. Tak, czy siak „przepis” został wprowadzony z myślą, by konni lub piesi podróżni, w większości praworęczni, mogli swobodnie obronić się przed nadjeżdżającymi z przeciwka. Inne podania mówią też, że przy drodze ustawiano kamienie, by swobodniej, postawiwszy na nich lewą nogę, dosiąść konia.

W Japonii zaś cesarz w siedemnastym wieku wydał dekret o ruchu lewostronnym, ponieważ samuraje, którzy chadzali wąskimi uliczkami zahaczali się bronią powieszoną u lewego boku i często brali się za tak zwane „czuby”, kto ma komu ustąpić. A to dobre.

O dziejach odstąpienia większości państw od lewostronnego ruchu poczytajcie sobie w Internecie. Są równie ciekawe i miały początek we Francji.

piątek, 26 czerwca 2009

Notka bez tematu.

„Umarł król, niech żyje król”…

Jak zwykle odcięta od świata, bo wiadomości ja nie oglądam, na portalach oprócz Google nie bywam, toteż nieco zaskoczyła mnie wiadomość u Sze. Przyznam, że dowcip jest niezły.

Dla mnie Michael umarł po aferach pedofilskich. WOGLE nigdy nie byłam zdzierającą sobie z cycka podkoszulki na widok tej „niewiasty”, łapiącej się za krocze, gdzie i tak było nic…

Był sobie chłopiec, tato go ruchał, albo na jego oczach tylko (!) ruchał siostry, nazywał wielkim nochalem. Chłopiec śpiewał, mężczyzna śpiewał, świat szalał. Zrobił sobie trylion operacji, by być białym, miał inklinacje do obmacywania chłopców, świat się oburzał, a prawnicy zarabiali.
Jakie to, kurwa ,wielkie i gwiazdorskie!

Mniej mnie ta jego śmierć dziś obchodzi, niż mój, bolący mnie ząb. Dziąsło mnie boli, bo ząb jest martwy. I do wszystkich diabłów, nie chcę znów sięgać po antybiotyk! W poniedziałek idę na czyszczenie osadu. Oby się nie okazało, że jednak, po odbudowaniu należy go wyrwać. Nie chcę być dziewczyną bez zęba na prawie przedzie.

A,śmierć żółwia moich sąsiadów była niecodzienna. Beata po wielu staraniach u weta, posłuchała jego rady… Mocniejszy osobnik go zabije, to co robimy?
Postanowiła dzisiaj. Mężu, rób swoje i zwiała do sąsiadki. Potem widziałam ją, kopiącą mogiłę, a obok trumienka w postaci pudełka.

- Pietrek, przyznaj się, jak wysłałeś go na tamten świat? – Zapytałam, bo wiecie, żółw się chowa i co? Kilofem w skorupę?
- Tylko jej nie mów. Odciąłem łeb nożyczkami.
- To się nie męczył.

Zakończenia nie będzie. Proszę sobie wziąć ulubioną przyprawę i doprawić...

środa, 24 czerwca 2009

Wspomnienia stomatologiczne.

Myśl o dzisiejszej wizycie u dentysty sprawiła, że od rana byłam chora. Po dziesięciu latach wypadła mi plomba z górnej czwórki odsłaniając krater. Łaziłam z tą dziurą kilka tygodni, bo nie miałam funduszy. W przychodni chciano wstawić mi metalową, bowiem białe przysługują do trójek włącznie. Uciekłam.

Strach przed dentystą towarzyszy mi od kiedy sięgam pamięcią. W podstawówce robiliśmy wycieczki klasowe na przeglądy stanu uzębienia do sąsiedniej szkoły. Tam dentystka wykryła u mnie dziurkę w dolnej szóstce i zapisała na za kilka dni. Ucieszyło mnie, że wizyta wypadła na matmie, toteż poleciałam.
Usiadłam w fotelu, otworzyłam japę, pani pogrzebała w zębie szpikulcem i to już mnie bolało!

Wzięła wiertło, o braku znieczulenia chyba nie muszę pisać, nie? Przypierdoliła nim w ząb, wywołując wytrzeszcz moich oczu. Zjebała mnie za wiercenie się, położyła mi rękę na czole i jęła wciskać głowę w oparcie fotela, a wiertło w ząb. Wydarłam mordę.

- Przecież nie boli, dopiero otwieram zęba! – Warknęła mi prosto w twarz. – Nie wierć się!
- Ja muszę siku! – Złapałam teczkę i tyle mnie widziała. W domu nie przyznałam się do mojego aktu tchórzostwa. Nigdy więcej nie poszłam tam nawet z klasą na przegląd. Gdy planowano wyprawę, zwyczajnie nie było mnie tego dnia w szkole. Ta kobieta, dentystka śniła mi się po nocach!

W liceum było gorzej, bo mieliśmy gabinet dentystyczny na miejscu. Gdy pewnego dnia usłyszałam, że idziemy na przegląd, wbiłam nerwowo palce w ramię Przedziwnej.
- Powiedz, że leczysz się prywatnie. – Mrugnęła porozumiewawczo.

- Tak? To ja chcę widzieć za jakiś czas naprawiony ząb. – Rzekła ubawiona dentystka, a jej asystentka zanotowała coś w mojej karcie. Cudem ciągle tylko ten jeden był chory.

Bezczelnie poszłam tam za kilka dni z zalepioną dziurą. Sama sobie zalepiłam, gumą do żucia. Ubawione panie pokręciły głowami, a asystentka kazała pozdrowić tatę. Skądś się znali.
Trzeba było zatem samemu ostrzec ojca, że dziecko miga się od wizyt stomatologicznych i przetłumaczyć jakoś, iż za Chiny nie da się zmusić do japo terapii.

- To nie chodź! Twoje zęby i twój smród z gęby! Kiedyś będzie cię to drogo kosztowało, zobaczysz. – Ojciec skończył wywód, który spłynął po mnie, jak po kaczce. Ważne, że wiedział i oto mogłam twardo obstawać przy swoim.

W 1999 owa górna czwórka zaczęła zwyczajnie śmierdzieć, krater był spory. Nie było wyjścia. Znalazłam polską dentystkę w Norymberdze. Dolnej szóstki nie było wcale… Tylko czarny korzeń.
Leczenie 4 odbyło się kanałowo, usunięto nerw i załatano. Na tamtą chwilę byłam zadowolona. O szóstce nie myślałam wcale, tymczasem górna siódemka też już się łamała. Żyłam z tym szambem jeszcze trzy lata...

W 2001 roku, udałam się do dentysty w centrum Norymbergi. Pan doktor był tak przystojny, że wstyd mi było otwierać paszczę, o czym mu powiedziałam. Że wstyd, nie, że mi się podobał. Gabinet, sprzęt – kosmos. Doktor pojeździł kamerą po zębach i dodał otuchy. Tylko dwa do leczenia, dwa niestety do usunięcia. Wspomniana dolna szóstka i górna siódemka. Ósemki, o dziwo, do dziś mam zdrowe. Podobno zęby mądrości potrafią wyrzynać się już chore.

Byłam u niego kilka razy. Za pierwszym wyrwał, co było do wyrwania, połatał, co do połatania. Potem dziury się goiły, a ja przygotowywałam się psychicznie do zabiegu wstawiania implantów.
Biorąc pod uwagę fakt, że podczas wstawiania implantu w miejsce górnej siódemki asystentka zemdlała, byłam dzielna. Nie pisnęłam ani razu, a doktor kruszył kość, aż mi łeb skakał i tylko łzy ciekły po policzkach…

I dzisiaj mi się to wszystko przypomniało. W minioną sobotę wymigałam się od zabiegu chorobą, ale dzisiaj nie było wyjścia. I wcale nie było tak źle.
- Ząbek jest martwy, proszę się nie bać. – Uśmiechnął się do mnie doktor i pogłaskał głowę.

Żeby dentystka z podstawówki miała podobne podejście do pacjentów, pewnie nie latałabym z szambem w gębie przez tyle lat. Chociaż kto wie, tych znieczuleń przecież nie było.

Rozbolał kogoś ząb podczas czytania tego? A później grzmię, że komentów nie ma, nie?

Chciałam przez to wszystko powiedzieć, że mimo znieczuleń, sruleń, postępu w stomatologii, nigdy nie przestanę bać się dentysty. Nigdy! Ale też nie na tyle, by olać zdrowie zgryzu. Dbajcie ludzie o zęby, bo tata kiedyś miał rację, zaniedbanie drogie jest...

wtorek, 23 czerwca 2009

Gabinet cieni.

Chciałam się właśnie zacząć wywodzić o gabinecie cieni. Delikatnie sformułować pewną, nurtującą mnie sprawę, ale nie będę. W imię czego mam się wić, jak żmija między słowami?

Dlaczego nie zostawiacie komentarzy?

Nie po to zamknęłam blog, żebyście traktowali go, jak FAKT do porannej, kurwa, kawy, albo do wieczornego drinka, bo to nie jest FAKT, tylko życie moje, Miśki i bliskich mi ludzi!

Każdy, któremu wysłałam zaproszenie jest dla mnie z osobna szczególny. Gdybym dbała o ilość czytelników, nie zamykałabym strony.

Mówię do tych zalogowanych, ale milczących.

Nie chcę mieć u siebie gabinetu cieni. Chcę mieć czytelników, jasno i wyraźnie komentujących.

Każdy prowadzący blog, po otwarciu profilu włazi na komentarze, by podyskutować
z czytelnikami. U mnie jest ich garstka, a zalogowanych 25 osób.

Taka jestem banalna z moimi problemami? Tak nudzę, że nie ma o czym gadać? A może moje podejście do życia jest mało ciekawe?
Bo o strach przed zostawieniem śladu po sobie Was nie podejrzewam.

Postanowiłam sukcesywnie usuwać cienie. Nie interesują mnie żadne usprawiedliwienia typu;

Bo ja nikogo nie znam. (Na koloniach też się nikogo nie znało.)
Bo ja się boję. (To mnie doprowadza do szału! Jak szłaś/szedłeś pierwszy raz z wiaderkiem do piasku, to doszłaś/doszedłeś, czy był spierdalantus?)
Bo ja nie wiem, co napisać. (Ojapierdolę! Ale matura zdana, tak?)

To mnie gryzło i wykrzyczałam. Nie, nie, nie zamierzam przepraszać za ton, bo jeszcze na tyle nie ochłonęłam!

niedziela, 21 czerwca 2009

Duszę się!

Moja mama najbardziej lubi leżeć”, „Moja mama najbardziej lubi oglądać M jak Miłość”, „Moja mama najbardziej lubi nic nie robić”. Przypomniały mi się laurki spłodzone przez kolegów z klasy mojej chrześnicy na okoliczność 26 maja . Matki wypierały się tych charakterystyk, jak żaby błota i to było najzabawniejsze.
- Ja nie mam czasu na leżenie!
- Nie pamiętam kiedy oglądałam M jak Miłość!
- Gdyby nie ja, to kto by robił?!

Przypomniałam sobie o tym podczas, gdy podsłuchałam moje dziecko tłumaczące koleżankom, iż jej mama dużo pisze i jest pisarką. Niech i tak będzie. Dobrze, że nie mówi, jak o ojcu, że on tylko gra.

Nie pamiętam za to, kiedy tak żałowałam, że kończy się niedziela. Och, pamiętam, przed pójściem na zwolnienie. Tym razem, choć nie pracuję, żałuję tego miłego, letniego chylącego się ku zachodowi dnia. Pełnego ciepła, słonecznego i sąsiedzkiego i … Jutro ma kurwa padać. Już się chmurzy.

W pewnym momencie wyszłam na balkon, wiadomo, kontrola. Miśka siedziała jak trusia i powtarzała za Weroniką angielskie słówka. Ten fragment, który nieomal mnie udusił, napisze fonetycznie ze względu na wymowę TH. Weronika wypowiada to jako F.
- Heloł – Nauczycielka podniosła rękę.
- Heloł – Posłusznie powtórzyła uczennica.
- Hał ar ju? – Weronika.
- Hał ar ju? – Miśka.
- Ajm fajn, fenk ju. – Weronika.
- Ajm fajn, FAK ju. – Miśka.

Dziękuję za uwagę, idę się dusić dalej.

sobota, 20 czerwca 2009

Przy sobocie.

Lodowaty koktajl truskawkowy był pyszny. Niebo i orzeźwienie w gębie, gardle, żołądku… Chore drogi oddechowe i gorączka są mniej niebiańskie. Powiem więcej, są kurewsko upierdliwe. Kiedy ja w końcu zrozumiem, że nie mam 17, tylko 37 lat? Jestem starszą panią i powinnam zacząć o siebie dbać? Może teraz, po kolejnych męczarniach, bolesnym „szczekaniu” po nocach, łykaniu antybiotyków oraz syropków to do mnie dotrze.

Moja sąsiadka była na zabiegu usuwania guza z piersi. Wyjęto trzy białe i gładkie guzy, oraz dwa brzydkie, sine i twarde torbiele. Boimy się czekając na wyniki badań w trzech ośrodkach. Na szczęście humor jej dopisuje i jest dobrej myśli. To przecież takie ważne.
Chałupę mam rozgrzebaną. Piętrzą się książki do spakowania, czasopisma do wyrzucenia, ciuchy do oddania. Smutno mi na to patrzeć. Ale z każdym dniem coraz mniej.

Zaczyna mnie chwytać rajzefiber. Trochę nieporadnie rozglądam się po domu i jeszcze nieporadniej wybieram szmaty, które pojadą z nami. Może jak wyzdrowieję, będę miała na to więcej siły i jaśniejszej myśli.

Miśka mnie dzisiaj rozwaliła. Słyszałam, jak kłóci się z dziećmi na podwórku. Wyszłam na balkon i zobaczyłam, że wojna toczyła się o czerwoną kredę. Olałam dziecięce spory, wróciłam do krojenia kapusty i nagle wpadła ona. Czerwona ze złości.
- Mamo, ja już chcę jechać do Anglii i mieć spokój, bo mam dość tych bachorów! – Zatrzęsło się moje ciało.
- Masz tu paczkę chipsów, to zaraz ci dadzą kredę… - Pomysł przypadł jej do gustu.

Sprzedam Wam jeszcze przepis na sałatkę z kurczaka. Dla mnie i Miśki wystarczają dwie porcje rosołowe, z tych mniej gołych, albo dwa udka. Gotuję w przyprawach, drobię, kroję cebulę w paski, dodaję sól, pieprz, olej i hojnie ocet balsamiczny. Pycha.

No, to idę łyknąć ambrosolu.

środa, 17 czerwca 2009

Szkop z granatem.

Wypisałam Miśkę ze szkoły i zobowiązałam się wysłać zaświadczenie, że dziecko podjęło tam naukę.

Dwie godziny siedziałam dziś nad angielskim – to be, or not to be, kurwa!

Miśka narobiła mi sztrymsu w sklepie. Schyliłam się, by wziąć ryż z dolnej półki i ups… „Kultura” ze mnie wyleciała. Wyprostowałam się jak struna i pośpiesznie rozejrzałam wokół, ale na wysokości mojej głowy.

- O fuj! – Dobiegło mnie z dołu.
- Co? – Miałam nadzieję, że ona tego nie słyszała i pomyślała tylko, że skądś dobiegł ją nieprzyjemny zapach.
- Puściłaś bąka! – Nie miałam siły na tłumaczenie, śmiech zatkał mi usta. Spierdoliłam między inne regały, ona za mną. – Puściłaś bąka, prawda?! – Mała wredna zołza! Jeszcze bardziej telepał mną chichot. – Tak?! Puściłaś?! – Szarpnęła mnie za rękę śmiejąc się głośno. "Idź, bo jak cię pierdolnę tą torebką!"
-Tak, niechcący i nie musisz krzyczeć na cały sklep – odzyskałam mowę.
- To co się mówi?! – Nauka nie poszła w las i dała mi solidnego kopa.

Ojciec przeprosił mnie za swoje zachowanie. Dobrze, bo jednak łatwiej będzie wyjechać. Nigdy mnie nie przepraszał, nikogo nie przeprasza za swoje zachowanie. Chyba po latach pojął, że jestem uparta jak osioł.

A na koniec powiem, że rozbroił mnie koment Lustereczka pod poprzednią notką… z tymi granatami. Otóż dowiedziałam się, że w Derby nadal trwa nabór do fabryki granatów… Może się Szkop załapie, Buahahahaha!

poniedziałek, 15 czerwca 2009

Cierpliwość jest cnotą.

Poszłam ja do Sądu Okręgowego, który zajmuje się ściąganiem długów od ojca Miśki. Powiedziałam paniom, że chcę wyjechać z dzieckiem na Wyspy. W pokoju siedziała również sędzia wydziału windykacyjnego.

- Czy ma pani zgodę ojca na wyjazd dziecka? – Zapytała sekretarz.

- Nie, bo i po co? – Odpowiedziałam pytaniem. W kilku słowach opowiedziałam im o porwaniu, o rozprawie tutaj i że pamiętam, iż w wyroku było napisane – dziecko KAŻDORAZOWO przebywa przy matce. To chyba mogę se wyjechać, nie?

- A on ma ograniczone prawa? – Pytanie zbiło mnie z tropu. Ja kurwa nie pamiętam. Na dwa dni przed wyjazdem do Włoch po wywalczone wraz z Ministerstwem Sprawiedliwości dziecko złamałam nogę, z tym gipsem i w męczarniach jechałam po nie, a za kilka dni miałam już sprawę w Polsce. Pijana ze szczęścia, o kulach pojechałam tam i pamiętam jedynie, że chciałam go tą kulą zajebać albo wydłubać mu oko. – Bo wie pani, on może zgłosić, że pani porwała dziecko. Mamy obecnie taką sprawę. – Dostałam drgawek. Popędziłam do sędzi, która prowadziła moje sprawy. „Ma ograniczone, ma ograniczone” świstało mi po głowie.

Sędzia od razu zrobiła oczy, że jakie porwanie, ale dla pewności poprosiła o pokazanie wyroku. Nie miałam go ani przy sobie, ani w domu. Napisałam więc wniosek o wydanie.

Natomiast sędzia w okręgowym powiedziała krótko – pozbawić praw rodzicielskich.

- Ale to nie jest takie proste, pani sędzio, pozbawić ojca praw. – Zgarbiłam się.

- Jak to nie? Nie płaci, nie interesuje się i tylko pani przeszkadza. Takie rzeczy są załatwiane szybko. – Uradowała się moja dusza.

Drań wysłał do sądu pismo, w którym zobowiązał się do ponownego płacenia alimentów wraz z zaległościami od czerwca tego roku. Dostał nakaz zapłaty do 15, do dzisiaj… Nie liczyłam na to, że zapłaci.

Odebrałam wyrok, jest jak byk, że ja mam pełnię władzy, on ograniczoną. Idiotka, zapomniałam, że sama o to wnioskowałam. Do tego „…miejscem zamieszkania małoletniej jest każdorazowo miejsce zamieszkania matki…”

Ucieszyły mnie też inne informacje. W Polsce nie zmieściłam się z dochodami, by pobierać kasę na Miśkę z funduszu alimentacyjnego, ale tam na pewno się zmieszczę. Po wyjeździe z kraju Polska przestanie zajmować się ściganiem go za długi. Będę musiała wszystko zaczynać od początku poprzez sąd angielski. To niestety potrwa, bo na początek muszę ładnie zapierdalać, uzbierać na wynajęcie mieszkania, a przede wszystkim przejść przez morze formalności.

Ale po tym wszystkim będę go mogła w przyszłości podać tam o podwyżkę, gdzie nie dostanie nakazu na czterysta zeta, tylko ze dwieście funtów. W nosie mam unoszenie się honorem, to są pieniądze mojego dziecka.

Zrobię to też z zemsty… Wiem, że nic go tak nie rozwścieczy, jak podwyżka alimentów. Czuję w kościach, że oto roztacza się przede mną wizja zniszczenia tego faceta oraz pozbycia się go. Wierzcie mi, że nikogo w moim życiu nie nienawidziłam bardziej, niż jego. Wiele razy dawałam mu szansę, na moje nieszczęście, ale dla dobra dziecka.

Teraz to się skończyło. Teraz moim zadaniem jest nie narażać jej więcej na ból, że tatuś o niej zapomniał, bo pewnie już jej nie kocha. Oto uznałam, że ta gnida ma coś z głową i KONIECZNIE muszę ograniczyć jego kontakty z moją córką do zera.

Cierpliwość jest cnotą.

niedziela, 14 czerwca 2009

Kosmetyka naturalna.


Wiecie co to jest? Mydło na wagę. Produkowane wyłącznie na naturalnych składnikach.
Te czarne kropki, to pieprz, białe smugi – masło shea, reszta to gliceryna z woskiem pszczelim i czymś jeszcze.
Intensywny i piękny zapach mydła zwalił mnie z nóg, a skóra pachnie nim nadal od wczoraj.
5 maja moja kierownica otworzyła sklep z kosmetyką naturalną. Już same jej opowieści o tych cudeńkach sprawiają, że gdybym miała forsę, na pewno zostałabym jej klientką.
Głównymi ich komponentami są składniki naturalnego pochodzenia – sól morska, glinki, wyciągi roślinne, skrobie różnego pochodzenia, ziarna, zioła, mleko, wosk pszczeli i naturalna gliceryna.
Posiada mydła do peelingu i masażu, balsamy i mleczka do ciała z masłem shea, glonami, wyciągiem z herbaty i hebanu, maseczki do twarzy z glinką… Nie będę dalej wymieniać, bo jest tego cała masa. Bawią mnie szampony w bloku na wagę. Kostką jeździ się po głowie, natychmiast otrzymując obfitą pianę.
Przywiozła mi też trochę balsamu do ciała, który zaraz zareagował na moje czasem wychodzące na twarzy plamy z łuszczącą się skórą. Ból i swędzenie znikły bardzo szybko, teraz znika przebarwienie.
Ceny są wysokie, ale zbawienna jest właśnie możliwość kupienia wszystkiego na wagę. Śmiałam się jak dzika, gdy kierownica opowiadała mi, jak zamówiła pierwszy towar.
- Otworzyłam pudło niby z mydłami i zamarłam. Wbiłam w nie wzrok i mówię do syna, Marcin, oni nam przysłali jakieś ciasta. Bo to wszystko wyglądało jak rolady z galaretki. Dopiero po chwili załapałam o co kaman. – Pokręciła głową.
Zainteresowanie sklepem ciągle rośnie. Podczas pierwszego miesiąca zarobiła na ZUS, czynsz i drobne na życie. Ważne, że nie musiała ruszać dalszych oszczędności, by dokładać do biznesu. Życzę jej wielu sukcesów, a one z pewnością będą, bo w drugiej części sklepu zamierza otworzyć studio tatuażu, bez konkurencji.
Lubię i szanuję ją za odwagę i działanie. To mądra i przebojowa baba.
O, to, to! Z diabłem Miśce do twarzy…

piątek, 12 czerwca 2009

No kurwa czołg - nie inaczej!


Na tym zdjęciu wszystko jest jakieś ciemniejsze, ale wygląda nienajgorzej zwłaszcza, że odrost był już naprawdę spory.

Ale chuj tam z pasemkami. Dziś przeżyłam powrót do dzieciństwa. Nogi się pode mną ugięły, serce skoczyło do gardła i krew odpłynęła z mózgownicy.
Dziecko coś mi się czochrało po łepetynie, ale zrzuciłam to wczoraj na karb trzydniowego nie mycia włosów, bo jest mocno zaziębiona. Zaryzykowałam i wieczorem umyłam.
Jednak dziś rano dalej się drapała. Zajrzałam jej we włosy i co widzę, wecha maszeruje, duża kurwa. Dostałam telepawki, ale starałam się opanować emocje, żeby nie przestraszyć Miśki. Przejrzałam łepetynę, więcej nie znalazłam, ale gnid było już sporawo.
Pobiegłam do kibla, usiadłam na sedesie żeby zebrać myśli. Działaj, działaj szybko!

Poleciałam do apteki tuż obok. Wstyd mi było jak cholera, ale co robić?
- Preparat przeciw wszom proszę. – Nerwowo zaczęłam drapać się po łbie i pani magister spojrzała na mnie jakoś dziwnie. Ja wiem, ja rozumiem, że wszy, w tych czasach? Ale sama tej kurwy przecież nie wyhodowałam! Jako dziecko miałam tak podatną głowę, że jak tylko popatrzyłam na kogoś, kto miał wszy, ja też je natychmiast miałam. W przedszkolu Miśki wisiała informacja, żeby sprawdzać dzieciom głowy, bo panuje wszawica, ale to było jakiś czas temu!
Obciach jak skurwysyn! Ale nie o obciachu w tej chwili myślałam, oj, bynajmniej. Byłam rozżalona, że spotkało to moją córkę. To jebane obrzydlistwo!
Pani zaoferowała mi saszetkę za 5, 85 zeta, ładnie opisaną – po pół godzinie spłukać i po sprawie. Nic innego ona nie posiada. Kupiłam dwie, dla siebie też, bo chuj przecież wie. Niby nie czułam, że coś mi łazi po łbie, choć w danym momencie swędziało mnie wszystko, nawet pięty i wzgórek łonowy!

Nałożyłam nam preparaty na głowy. Jak ładnie pachniały! Z dzieciństwa pamiętam ohydny odór octu i zgniłozieloną barwę cieczy, zamkniętej w butelce jak od syropu. Trzy godziny siedzenia z folią i ręcznikiem na głowie. A tu tak bezboleśnie, prawie. Trzymałyśmy to przez godzinę, dla spokojności.

Przez tę godzinę odkurzyłam i umyłam całą chatę, wytrzepałam bety, pozmieniałam pościel, na mokro potraktowałam materace. Spakowałam i odizolowałam wszystko, co do prania, bo dalej piorę u kuzynki z powodu braku pralki. Zauroczyło mnie wręcz to moje szybkie działanie, bo w soboty snuję się jak larwa i porządkuje dom przez pół dnia.

Spłukałyśmy włosy, złapałam Miśkę, wyjęłam jedną gnidę i sprawdziłam paznokciami, czy strzela. Strzeliła, czyli kurwa żywa!
Wpadłam w popłoch. Z mokrymi włosami bałam się ruszyć z domu do innej apteki, o Miśce maszerującej ze mną mowy nie było już wcale.

Zadzwoniłam do kuzynki, postawiona na baczność od razu zaoferowała pomoc.
- Tylko kurwa żadnych saszetek! Octowy płyn we flaszce! – Ryknęłam histerycznie. Za pół godziny miałam go w domu.

Dziecko ochoczo poddało się kuracji, ciągle utrzymując, że ma pchły.
- Ale śmierdzi. – Powiedziała jej maleńka postać schylona nad miską. Taki szczebiocik, niewinny krasnalek i taka obrzydliwa wecha, fuj! Jak ona wogle śmiała! Ja sobie nie życzę ataków na moje bezbronne dziecko.

Zawinęłam tę biedną, sponiewieraną łepetynkę w folię, roniąc przy tym łzę.
- Teraz zabijemy pchły? – Zapytała nie otulona włosem śliczna buzia.
- Zabijemy. – Otarłam łzę.

Kuzynka sprawdziła moją głowę, czysta. Czyli sprawa jasna, jedna wesz zaatakowała Miśkę, nasrała gnidami i jest realna szansa na to, że wyrwałyśmy chwast zanim zdążyły wykluć się młode. Choć nie jestem do końca pewna. Mała wesz mało różni się dla oka od gnidy. Ale te na głowie Miśki zostały wyczesane na białą poszwę. Ilość mnie nie zmiażdżyła. Jutro powtórka czesania.
To jest okropne uczycie wiedzieć, że własne dziecko ma wszy. Jedną, dwie, dziesięć, chuj! Nieważne!

Skulona poszłam do sąsiadki, by sprawdziła głowę swojej córce, bo wczoraj bawiła się z Miśką w moim domu. Wstydziłam się, ale musiałam ją ostrzec. Weronika też jest czysta. Przy okazji sąsiadka opierdoliła mnie za poczucie winy.

Czy w innych krajach świata też spotykacie wszy? Bo będę szczera, podczas mojej wędrówki po Europie nie zetknęłam się z nimi ani razu.
Nie ukrywam też, że jestem megawkurwiona, iż musiałam zderzyć się z tą ohydną rzeczywistością. Fuuuuuj!
Mięci kupa.

czwartek, 11 czerwca 2009

Błyskawiczny kurs fryzjerski.

- Jak chcesz te pasemka, to już się zbieraj, bo po obiedzie pewnie będę miała lenia. – Ponagliłam kuzynkę skoro świt, o dziesiątej.

Obie miałyśmy gigantyczny odrost, ale ja niestety jestem szewcem, który bez butów chodzi. Nie ma mi kto zrobić.
Rozrobiłam Joannę do pasemek, wyszło tego sporo. Za sporo, jak na kuzynki liche włosy.
- To może dam ci krótką lekcję i zrobisz też mi, co? – Zapytałam niepewnie.
- Mogę spróbować.

Szybko pozawijałam jej włosy w aluminiową folię i paląc papierosa objaśniłam, jak rozmieszczać pasemka, aby na sucho było git. Pomyślałam, że dobrze byłoby pokazać jej technikę samego oddzielania włosów na modelu, ale na kim?
- Miśka! – Przywołałam dziecko – chodź, zrobię ci jedno pasemko. – Przybiegła w podskokach i wskoczyła na krzesło.
- Bierzesz pasmo, nie za grube, szpic przeplatasz między. Oddzielone pasma trzymasz, resztę puszczasz wolno. Spróbuj. Ej, oddzieliłaś i znów złapałaś wszystko. – Spojrzałam na nią.
- Jak wszystko?
- To gdzie masz pasemka? Ja nie widzę w twojej ręce trzech wąsów, tylko wodospad.
- Jak to się stało?
- Łap od góry tylko oddzielone. – Udało się. Miśka pobiegła dalej ze sreberkiem na głowie.

Przez chwilę miałam obawy. A jak narobi mi kleksów, to co ja pocznę? Na Marlin Monroe się zrobię? Kryste. Do tego ruskie perfumy, czerwona szminka na zębach i w Anglii by było priwiet, a nie heloł. Nie obrażając naszych sąsiadów, ale ja takie Rosjanki pamiętam z Legnicy.

Olałam obawy, dokładnie objaśniłam kuzynce technikę nakładania farby u nasady i siadłam na krześle. Raz kozie śmierć, przecież nie może być gorzej, niż jest.
Siedziałam jak trusia, nie dokazywałam, nie pouczałam, nie zerkałam w lusterko, żeby jej nie stresować.
- A co ty masz za fajki? – Zapytałam biorąc do ręki żółte pudełko.
- Ruskie spod lady za pięć zeta. – Odpowiedziała skupiona nad moją głową.
Przeczytałam ostrzeżenie, „Palenie zagraża waszemu zdrowiu”.
- Też mają takie hasła. – Powiedziałam przed siebie. Przypomniało mi się nasze krótkie „Palenie zabija”.
- Kurienie ubijajet!(Ubiwajet, poprawila Sze) – Zaśmiałam się.
- Kak sabaku – Zawyłyśmy obie. Kryste, kurienie ubiwajet kak sabaku, buahahaha!

Moment suszenia ufarbowanego kudła trwał całe wieki. Obie niecierpliwie czekałyśmy na efekt na mojej głowie, bo na jej było cacy.

Jestem bardzo mile zaskoczona. Ciut za cienkie i pół centymetra od skóry, wizja plam zrobiła swoje, ale spisała się naprawdę na medal. Pojętna uczennica, czacha się należy. Nie będzie perfum i szminki na zębach.

Miśka nie daje sobie związać teraz włosów, bo nie będzie nic widać. Uwielbiam ją za to, że jest taką typową dziewczynką, nie jak ja, spodnie, trampki i kij w ręce.

środa, 10 czerwca 2009

Cięgiem od serca. Szczerze.

Miśka pochwaliła się dzieciakom na podwórku, że wyjeżdża do Anglii.
Stroniąca od plotkarskiego towarzystwa podwórkowego, stałam się nagle osobą mocniej obserwowaną. Machają do mnie i krzyczą „dzień dobry”. Inni szepczą między sobą i odwracają głowy na widok mojego podjeżdżającego samochodu. Myślałam, że w obecnych czasach migracja jest rzeczą naturalną. Tu się nie ma czemu dziwić, nie ma czego zazdrościć.
Wczoraj wieczorem te milsze sąsiadki zastukały w moje okno kuchenne.
- Gadaj, co, jak, kiedy, dokąd, dlaczego?
Dowiedziałam się, że jestem odważna, bo sama z dzieckiem i jadę, się nie boję. A czego tu się bać, skoro obskoczyłam już kilka krajów Europy i dałam sobie radę? Nie jadę przecież w ciemno, nie czeka mnie spanie pod płotem oraz żebraczka. Jeżeli Przedziwna i Szeherezada we mnie wierzą, to ja mam nie wierzyć w siebie? Śmieszne.
Rodzina jest o mnie spokojna, tylko z ojcem nie rozmawiam do dziś po pamiętnej awanturze. Wiem, że się o mnie nie martwi, ale mój wyjazd bez uścisku będzie go bolał. Życie jest niby za krótkie, by się na siebie dąsać, jednak moje poczucie własnej wartości pcha mnie w przepaść zamknięcia się w sobie. Chcę i muszę go ukarać.
Kiedy nie czuję się winna, nie umiem wyciągnąć ręki, ale umiem przepraszać za swoje błędy. Mój ojciec nie umie niczego z tych rzeczy.
Jego dzielnicowe fraszki bawią, do czasu. Zderzenie z ohydnym charakterkiem ojca tylko boli.
Minął miesiąc, nawet nie zapytał, jak się czuje Miśka.
Mam zabiegać o to, by się dowiedział?
Nie. Pierdolę to.
Każdy ma to, na co zasłużył. Jakoś brak mi chęci, by walczyć z wiatrakami. Po co?
Ta moja miłość do ojca jest toksyczna, zjada mnie od środka. Wiem, że nie potrafię go zmienić, ale i nie potrafię przestać go kochać.
On jest moim krzyżem.
Nawet jak umrze, będę czuła się temu winna. Moja matka zostawiła mnie jak miałam 5 miesięcy, wychowywało mnie po kolei stado jego kobiet. Ale zawsze przecież nazywa się to tak, że ojciec mnie nie opuścił. Nie opuścił. I dziś, jako jedyne z jego dzieci mam obowiązek kochać go bez względu na wszystko.
Kocham i nienawidzę.


Za to Serafina zdecydowala sie kochac Miske. Kota-mota piastuje dziecko. Mile acz nienormalne. Urojona ciaza?
Serafina jeszcze nie ma rodziny zastepczej. Dowioze, ktos chcialby madra, czysta kotke? Piastunke domowego ogniska?

sobota, 6 czerwca 2009

Piękna lekcja przyrody.

Wychodząc z gmachu sądu rodzinnego z zamiarem dotarcia do rejonowego pomyślałam, że w sumie możemy sobie zrobić z Miską spacer. Dziecko, które nienawidzi chodzić, przystało na moją propozycję.
Wypuściłam Mija z samochodu, wzięłam smycz, bo znajdowałyśmy się przy Placu Kuriewnym, na którym umieszczone są tabliczki zakazujące wyprowadzania psów. Mijo czmychnął nim zdążyłam zamknąć drzwi i jął popierdalać po krótko przystrzyżonych i niemal z boską pomocą wypielęgnowanych trawnikach.
Przywoływałam go kilka razy, ale wywalił na mnie laskę, dlatego zwinęłam smycz i udawałam, że się nie znamy.
Wtem zawisły nad psem dwie kawki i skrzecząc donośnie przypuściły na niego atak. To w ogon go jedna dziobnęła, to w kark. Mijo rozejrzał się wokół trochę jak taki flimon, ale nie ujrzawszy napastnika podreptał dalej, kawki za nim. Przystanęłam, szturchnęłam Miśkę. Dziecko ze zdziwieniem przyglądało się scenie, a ja rozmyślałam, czy to nie czasem zreinkarnowani księża wypędzają go z raju. Nagle mój pies złapał młodego ptaka w pysk, w lot pojęłam w czym rzecz, krzyknęłam, puścił, ptak wskoczył na murek, a kawki darły się przeraźliwiej i jęły dziobać go gdzie popadnie. Też nie zakumał o co cho. Beztrosko dreptał sobie dalej.

Odprowadziły nas do rogu. Tam udało mi się zapiąć Mija. Odleciały.

Przepiękna i godna szacunku akcja. Instynkt ptaków chwycił mnie za serce. Wytłumaczyłam Miśce o co w tym wszystkim chodziło.
- Mamusia i tatuś bronili swojego dzieciątka? – Zapytała.
- Tak, zobacz jak odważnie. – Odpowiedziałam. Zamyśliłam się.

Szkoda, że ludzie nie mają takiego instynktu. Matki porzucają swoje „młode” na śmietnikach bez szans na przeżycie, zasłaniają się potem szokiem poporodowym. Ja nie umiem tego zrozumieć, naprawdę nie umiem.

Prezent na dzień dziecka.

Siedziałam taka spiczniała w nocy w necie, sabat poszedł spać. Piłam wódkę, prezent od Przedziwnej. Co łyk, to bardziej mi się płakać chciało i kombinowałam, co by tu skombinować, żeby opłacić lot do Anglii.
Przyszła Zuzi. Gadka szmatka, troski, obawy.
- Wysokie koszty? – Zapytała Zuzi.
- 440 zeta na nas obie z bagażem.
- Podaj mi twój adres zameldowania.
- Pożyczysz mi tę kasę?
- Nie, dam Miśce na dzień dziecka…
Zuzi poznałam w 2002 roku na czaterii, to jedna z garstki przyjaciół, którzy mi się ostali. Którzy przetrawili mój ciężki charakter i mimo to trwają przy mnie.
Ja pierdolę, śniły mi się wszy. Poszłam zagrać w totka, wygrałam dwa zeta. „Małe te wszy” pomyślałam. Teraz dumam, że były jednak wielkie, może nawet tak wielkie, że zmienią bieg historii mojego życia.
Dziękujemy Ci Zuzi.

piątek, 5 czerwca 2009

dzizas, tu się rządzi, tu się tuli.

Dzieciatko-dzizas mysli...

Dzieciatko-dzizas odplynelo...

Poddani dzizasowi zaraz tez spać pójdą. Sabat jest jednodniowy...


Ha!
Juz wiemy, 13.07 o 17.03 odlatamy... Ktos z jakąs wodka zapuka do mych drzwi, czy mam sama ryczec, he?????

czwartek, 4 czerwca 2009

Dzień dziecka.

Dzień był dla Miśki wyjątkowy od rana, bo mama nie oddała jej do przedszkola.
Pojechałyśmy odwiedzić moja kuzynkę w SPA, po drodze zabierając matkę z ciepłym obiadem dla cioci.
- Odebrałaś?
- Co? – Nieobudzona wlepiłam w nią ślepia.
- Przesyłkę.
- A, nie, ale to na pewno wezwanie na sprawę. – 9 lipca mam pierwszą rozprawę z pracodawcą.
Mój pełnomocnik jeszcze nic o tym nie wie, ja też, ale świadkowie, mieszkający bliżej sądu wezwania dostali przedwczoraj.
- Ale tam jest napisane DUŻA – matka spojrzała na mnie kocim okiem, „Ojojoj, szkoda, bo ja takam ciekawa.”

Odebrałam.

Miśkowe 2 pary butów na obcasie z Anglii.


Oczom nie można uwierzyć, że taki smród ma buty na koturnach. Koleżanki się posrały…


Byłyśmy też w takim jednym przybytku…



.....


Na dobranoc spotkałyśmy Śliniaka, dziecko było oszołomione i zawstydzone.



Do jutra...

środa, 3 czerwca 2009

siedem razy osiem równa się szacunek...

Moja chrześnica, Julia jest humanistką i ma zdolności artystyczne. Wali przy tym fochy, jak prawdziwa gwiazda, a gdy się zamknie w sobie, to kaplica. Ma niesamowitą wiedzę na temat fauny
i flory, matematyka zaś staje jej okoniem. Matematyka nie lubi Julii. Dziecko próbowało podgryzać ją z różnych stron, ale ona się na nie uwzięła. Toteż Julia obraziła się na matematykę i oświadczyła matce, że nie może nauczyć się tabliczki mnożenia, gdyż nic nie zostaje jej w głowie.

- Mamusiu, ja próbuję, ale zapamiętuje jedno działanie, potem przylatuje ptaszek na parapet i już nic nie pamiętam. – Siostra relacjonowała mi sytuacje z pomieszanymi uczuciami wkurwa oraz rozbawienia. – Mówię do niej, idź się uczyć. Wchodzę za chwilę, ona leży na łóżku, a w piątek test! – Rozłożyła ręce.
- No i się nie nauczy, bo ty nie masz ścisłowca w domu. Każde dziecko potrzebuje jakiejś tam pomocy w nauce. – Ostre słowa sprawiły, że popatrzyła na mnie z wyrzutem, więc szybko dodałam.
Przy tak absorbującym dziecku, jakim jest Nikola, jak masz to zrobić? – Wyraz jej twarzy złagodniał. Nie chciałam jej urazić. Prawda jest taka, że Nikola drze się non stop. Cyc, chlanie i kołysanie ma być na już. Nie daje znaków ostrzegawczych, włącza syrenę i biedna Karina w pocie czoła robi wszystko, by tylko zamknęła japę. Ponieważ Miśka była identyczna, co Grzankazlodu widziała na własne oczy, służę jej radą. To są efekty noszenia ciąży w troskach i niepokojach. Poza tym siostra ma teraz też dziadka na głowie, kuzynki chwilowo nie ma, a szwagier jak zwykle przebywa w delegacji.

Dwa dni temu zapytała mnie, czy mogłabym u niej spać… Wykręciłam się… Przez Nikolę. Nie, nie, nie, proszę duda, ja mam swój spokojny dom, kurwa, ja odwykłam od wrzasków, chodzenia na palcach, spuszczania wody w kiblu z wytrzeszczem, że może ono obudzić terrorystkę, o strzelaniu kości nie wspomnę. Krótko, ja swoje już przeszłam, o czym doskonale wiedzą moi najstarsi czytelnicy. Karina to na szczęście rozumie.

Jednak problem testu Julii pozostał.

- Do pokoju i ucz się! – Wrzasnęła siostra, gdy Julka po raz kolejny wyszła do ogrodu z nadąsaną miną. Spuściła głowę, zgarbiła się identycznie, jak mój ojciec pod ciężarem trosk i pomaszerowała do domu.

- Nie wrzeszcz na nią! – Syknęłam – to nic nie da, obserwuj moją Miśkę, ja do niej pójdę.

Zastałam Julkę zalaną łzami i przypomniały mi się czasy mojego dzieciństwa, dokładnie takie same, kiedy ojciec kazał mi wkuwać tabliczkę w pokoju, a sam pił wódkę z kolegami na podwórku. Różnica polegała jedynie na tym, że Karina w tym ogrodzie piła herbatę i niańczyła siostrę mojej chrześnicy.

Bez pomysłu oraz sposobu na zapamiętanie tego „gówna”, położyłam się najpierw obok „zmaltretowanego” dziecka. Przyznałam się jej na początek, że też miałam podobne doświadczenia z matematyką, ale zasada jest taka, że bez wkucia, co do zrobienia jednak jest, nic już w tej matmie nie będzie do sprawnego ogarnięcia… Zawsze wychodziłam z założenia, że np. całkami będę mogła sobie kiedyś jedynie podetrzeć tyłek, ale szybkie liczenie przydało mi się w życiu nie raz. Choćby podczas rozmowy kwalifikacyjnej… przy przeliczaniu netto na brutto, hehehe.
Samo wyznanie ciotki sprawiło, że Julka, otarłszy łzy, pokazała mi zeszyt.

- Phi, co to dla Ciebie, przecież ty umiesz logicznie myśleć. Zaraz pokażemy tym jełopom… - Rozbawiłam ją.

Razy dwa było proste, dwie szóstki, liczymy na palcach, razy trzy nie wchodziło? Wracałyśmy do razy dwa i dodawałyśmy jeszcze jedną szóstkę i tak krok po kroku mozolnej pracy z chichraniem się i zawodami, kto szybciej odpowie. Problem był z trzema działaniami, bo przy takim nawale materiału do nauki, zawsze znajdą się czarne konie. Znalazłam sposób, siedem razy osiem? Dziadek - brzmiało hasło – 56 lat; sześć razy siedem – Jorgo (mój były mąż) – 42; sześć razy dziwięć – babcia – 54. Rymowane – sześć razy osiem równa się czterdzieści osiem były, jak i kiedyś dla mnie, najłatwiejsze.

Nagle cud, dziecko pojmuje, a sama zainteresowana wzywała mnie na pojedynek. Ba! Dzielenie poszło jak pstryk z palców, bo ta diablica w mig pojęła w czym rzecz.

Nauka odbywała się w ogrodzie, między piwoniami, żadnej izolacji domowej, ale twardo upominałam Julkę – Nie koncentrujesz się, uwaga… - Jutro już tylko mnożenie przez dziewiątki, ale diablica potrafi zamieniać na „łatwiej”- odwrotnie. Jestem z niej dumna.

- Nauka z ciocią jest świetna, mamo. – Krzyknęła.
- Przestań, dzięki tobie przypomniałam sobie, ile to jest osiem razy siedem. Ile? – Zrobiłam poważną minę.
- 56.
- No proszę. – uśmiechnęłam się do siostry robiącej samolocik Nikoli.

Do piątku damy radę.

Wiem, że mam dar nauczania, ale nie wyobrażam sobie siebie w roli nauczyciela, bo bym bachorów w stadzie pozagryzała. Nie lubię stada dzieci. Byłabym wampirzycą – biologicą, jak moja nauczycielka biologii w podstawówce, rzucająca książką w idiotę. Z tym, że ta baba czegoś nas nauczyła… W tamtych czasach.

Dziś chamy nauczycielowi zakładają kosz od śmieci na głowę i mianują się przewodniczącymi szkoły…
Nie, nie, mogłabym za bzdurę pójść siedzieć.

Za potępienie braku elementarnych zasad kultury osobistej.

Jeśli oddajesz swoje dziecko do szkoły pod opiekę nauczyciela, halo, wychowawcy, to fajnie by było, gdybyś zaufał fachowcom, nie ślepo swojemu dziecku. Przecież kij zawsze ma dwa końce…

Jeśli twoje dziecko robi krzywdę koledze, powinieneś szukać pomocy dla niego. Jeśli zaś ofiarą jest osoba dorosła, na dodatek nauczyciel, potrzebujecie pomocy oboje.

Odrobina karności w przedszkolach, szkołach naszym dzieciom nie zaszkodzi, ale to nie dzieci weszły nauczycielom na głowy, to my, rodzice, z manifestem na ustach – niech tylko tknie moje dziecko, to ja mu pokażę - pogrzebaliśmy „dzień dobry panie sąsiedzie, psorze” w szambie nie wiem czego.

Czy to jest ciąg ewolucji, czy początek upadku cywilizacji? Mojej cywilizacji?