sobota, 30 maja 2009

Mayday, mayday!

Długo dojrzewałam do decyzji wyjazdu z kraju. Była ona trudna do podjęcia, bo już się tutaj urządziłam i jestem u siebie. Nie mam tylko własnego mieszkania, tylko?
Z jednej strony wynajmowanie jest na świecie bardzo powszechne, z drugiej zaś zarobki w Polsce nie pozwoliły mi dotąd na wynajęcie lokum z łazienką. Dobrze, że kibel jest w domu, a nie wspólny na półpiętrze, dla trzech albo czterech rodzin. Mimo to polubiłam to mieszkanie, ma super aurę, a jego właścicielka, to świetna kobieta, nie zatruwająca mi życia.

Z pracą jest wielka kicha i bieda dała mi się już mocno we znaki mimo, że wiele nauczyła. Cholernie trudno jest samotnej matce utrzymać dom, opłacić przedszkole i jeszcze wytłumaczyć płaczącemu dziecku, że nie ma pieniędzy na kupno kolorowanki, konika, chuika i pierdzika. Miśka rośnie, a wraz z nią rosną jej potrzeby.

Ubieram ją w znajomym lumpeksie, ma całą gamę nie zniszczonych, wyjątkowych rzeczy po wnuczkach właścicielki. Tam mnie na nie stać. Ciocia Przedziwna też dba o garderobę Miśki oraz zabawki. Nie tylko ona, otrzymałam wiele pomocy od przyjaciół, ale życie nie na tym polega, by czekać na pomoc.

Chciałam otworzyć firmę i z naprawdę dobrym pomysłem oraz, co jest bardzo ważne, brakiem konkurencji zgłosiłam się do programu unijnego o dotację. Nie dostałam się. Krążąca opinia, jakoby firmy owe karty rozdawały między swoimi, otworzyła mi oczy.
Poza tym szanse na zdobycie dobrze płatnej pracy są nikłe. Zwłaszcza w stutysięcznym mieście. Mam duży potencjał, umiem ładnie zapierdalać głową oraz ręcami, ale jakoś nikt nie chce się o tym przekonać.

Mój zakres obowiązków w ostatniej firmie taszczył dwa etaty, patrząc realnie, powinnam najmniej dostać za nie dwa i pół na rękę, tyrałam za półtora. Nawet na waciki nie było mnie, kurwa, stać!

Powyciągałam moich uczniów na prostą, zbliża się koniec roku i odchodzą ode mnie. Ostatnią, Olę przygotowałam do zaliczenia niemieckiego na szóstkę. Ona była moją najlepszą uczennicą i niezwykłą dziewczyną. Uczęszcza do ukraińskiego gimnazjum. Za czasów mojej edukacji ukraińskie liceum było przyłączone do mojego ogólniaka. Teraz je przenieśli. Ola chce iść na medycynę do Lwowa. Możecie wierzyć lub nie, ale ta dziewczyna ma wypisane na twarzy, że będzie tym lekarzem. Oczarowała mnie całym swoim jestestwem.
- Miałaś zostać lekarzem. – Przypomniał mi się wyrzut ojca sprzed lat. Obietnicę złożyłam, gdy miałam trzynaście lat, ja pierdolę.
- Zostałam dziennikarzem jeszcze w liceum, bo nie miałeś dla mnie kasy. – Spojrzałam na niego z nie mniejszym wyrzutem.

W ogóle problem mojego ojca w stosunkach ze mną polega na tym, że on za wiele ode mnie oczekuje. Ja mam ciągle utrzymywać się na powierzchni, mieć dobrą pracę, rewelacyjnie sobie ze wszystkim radzić. Bo ja jedyna, ze wszystkich jego dzieci jestem jego ambicjami. Gdy mi się nie wiedzie, to jebie mnie, jak burą sukę. Pomaga, jasne, ale jebie, bo mi ma się wszystko udawać!
Nikt inny jebać mnie nie może, bo by zaciukał, ale on ma do tego prawo. Mocno się ostatnio pokłóciliśmy, na noże praktycznie.

Wpadłam w dziką rozpacz. Usiadłam i jeszcze raz przemyślałam perspektywy mojego życia w Polsce. Jest ich brak, a mój okręt tonie. Biegam jak kapitan i łatam dziury, tymczasem ster odmawia posłuszeństwa. Nie mam wyjścia, muszę przesiąść się na inną barkę, bo obecna wegetacja zje mnie psychicznie.

Czas mi służy, Miśka jest przed zerówką. Zna już dużo liter oraz cyfr. Zastanawia mnie jej chęć do liczenia.
- Mamusiu, jak to będzie trzy i dwa?
- Ile to będzie. Weź trzy paluszki w jednej ręce i dwa w drugiej. Teraz policz wszystkie.- Raz, dwa, trzy, cztery, pięć.
- To ile to jest trzy DODAĆ dwa?
- Pięć!
Inaczej sobie to wszystko wyobrażałam. Polska miała być moją ostatnią przystanią, aż zdechnę. Wychowam i wykształcę dziecko. Dorobię na boku na tym i owym, się będzie kręciło. Się ale nie kręci. Nie przewidziałam braku podstawy, a dorabianie idzie na chleb przecież.

Zaczynam na spokojnie planować pakowanie przybytku i ulokowanie go w bezpiecznym miejscu. Widzę, że jest tego dużo. Poopisuję pudła i sukcesywnie będą do mnie dojeżdżać.
Mebli rzecz jasna nie zabiorę, sprzedam je hurtem właścicielce mojego mieszkania. Doświadczenie życiowe mi podpowiada, że o drobiazgi mam zadbać, nie o kanapy. Na drobiazgi zawsze wydawałam najwięcej kasy.

Chyba wbiję się w karty historii rodu, jako ciotka wędrowniczka. Kocham Polskę, bardzo kocham, ale uważam, że dom jest tam, gdzie jest mi i mojemu dziecku dobrze.
Czy Derby w UK okaże się takim miejscem? Nie wiem. Wiem, że niebawem tam wyruszam, zaczynam nowy rozdział mojego życia. Tym razem inaczej będę stąd wyjeżdżała, bo ze złamanym sercem.

Ania mi tłumaczyła, że też miała takie rozterki, jednak plusy życia tam je wyparły. Dzieciarnia jest szczęśliwa.

Załatwiłam już dla Mija rodzinę zastępczą w Jaroszówce, będzie pasł konie i jestem pewna, że będzie mu tam dobrze. Serafina siedzi mi na klacie, ciągle daje z czachy w nos. Najchętniej spakowałabym ją w torbę i wzięła ze sobą. To wyjątkowy kot, a Mijo wyjątkowy pies. Pożegnanie wywoła we mnie szloch. Kota wygląda na bardziej świadomą rychłego rozstania, a może mi się tylko tak wydaje?

Popłaczę sobie dzisiaj, dobrze? Bo jakkolwiek cieszę się na perspektywę polepszenia losu samotnej matki, przed którą roztaczają się nowe, lepsze horyzonty, tak żal mi zrywać te wszystkie więzi tutaj, rodzinne i przyjacielskie.

Tylko tyle, bo o to, że nie dam sobie rady, wcale się nie martwię)))))))))

czwartek, 28 maja 2009

Nic konkretnego.

- Łaaaaaaaaaaaaaaa! – Wyskoczyło moje dziecko zza rogu.
- Aaaaaaaa!- Odpowiedziała moja japa.
- Haaaaaaaaaa! – Wredny mój bachor wystawił ohydne łapy.
- Kuuurwaaaaaaaaa! – Na widok małych łap odetchłam, że moje.
- Jahahaha! – Wyskoczyła japa, oczy, stopy i reszta domywania wieczorem bachora! Szczotą, panie, szczotą, żeby pazury były czyste, iiiihihihi;>
Po raz pierwszy w życiu Miśka odwaliła mi taki, bardzo konkretny numer, że poczułam się jak stonka po oprysku! Kupka wyrzuconego precz popiołu z pieca to była, nic konkretnego…

poniedziałek, 25 maja 2009

Orientacja seksualna Mija.

Nie ma się co oszukiwać, mój pies chyba jest gejem. Sprawa się rypła, gdy jedna z suczek na ulicy mojej siostry dostała cieczkę. Naliczyłam osiem sztuk kundli warujących pod drzwiami do klatki schodowej plus Mijo. Jednakże nie był on zainteresowany suczką nic a nic, nawet, gdy chłopak wyprowadził ją na spacer. Za to psami a i owszem. Sześć z nich przeleciał, dwa były za wysokie. Potem te przeleciane wskakiwały na niego, a on poddawał się temu z wyrazem rozkoszy oraz aprobaty na pysku.

Widok Mija posuwającego inne psy nie jest dla mnie obcy, ale zawsze zrzucałam to na karb dominacji. Psy bowiem tak mają, że silniejszy wskakuje na słabszego i akt, który może wydawać się czysto seksualnym, jest jedynie regulacją hierarchii w stadzie.
Jednak pod tą klatką nie widziałam regulacji, tylko czystą żywą rozkosz. Do tego z moich obserwacji wynika, że nie wszystkie psy pozwalają się zdominować, a tu było zgodne spółkowanie. Rozbawiona spojrzałam na siostrę.

- Ja ci mówiłam już wiele razy, że on te wszystkie okoliczne psy tutaj bzyka, jak szalony. Kiedyś widziałam kilka w kupie, między nimi Mija przeskakującego z dupy na dupę. Przyjrzałam się, bo myślałam, że sfora za suką ciągnie, ale tam były same fiuty, ha, ha, ha! – Karina zgięła się w pół.
Coś musi chyba być na rzeczy, bo pamiętam jak Platon Przedziwnej zakochał się w Miju i miałyśmy meksyk w domu. Mój przyjaciel chyba ma za dużo hormonów żeńskich.

Jakieś trzy miesiące temu, może trochę później zauważyłam nagle, że leje się z niego krew. Ot, leżał sobie, wstał i nagle kap, kap, potężnych rozmiarów krople rozprysły się na kafelkach. Obróciłam go szybko na grzbiet i jęłam szukać rany. Nie znalazłam nic i byłam w lekkim szoku. Za drugim razem nie zdążył schować krwawiącego wacka. O, pomyślałam, Mijo stracił dziewictwo. Teraz zastanawiam się, w którą dziurę wsadził pindola, bo krwawił przez tydzień.

Grzeje mnie to, jaką orientację seksualną ma mój pies, ale intryguje zagadnienie, czy to w ogóle jest możliwe, by pies był gejem. Szukając w necie informacji na ten temat, trafiłam pod ten adres
Nie będę kopiować ostatniego akapitu autora wpisu, ale również się pod nim podpisuję.

Aha, podajcie, proszę Wasze adresy mailowe w komentach, bo za dwa dni hasluję blog:)

sobota, 23 maja 2009

„Posłuchaj mnie teraz uważnie, dresie.”

Kilka dni temu zadzwonił do mnie facet z propozycją pracy, bo przeczytał moje ogłoszenie, że z niemieckim. Odsztafirowałam się i poszłam pod wskazany adres. Hurtownia AGD na płacącą kokosy nie wyglądała, ale pozory mogą przecież mylić.
Przywitał mnie łysol z grubym złotym łańcuchem na szyi i w sumie, to już powinnam była sobie pójść w pizdu.

Usiadłam jednak, on też i ze śmieszną wręcz pewnością siebie, zaczął wyliczać moje obowiązki – jeb cięgiem – dyndanie w sklepie, zamawianie towaru, obsługa klienta, szukanie pomysłów na reklamę, ba! Na zdobycie klienta. Następnie udoskonalenie, jak to sprytnie ujął, pozyskiwania źródeł importu z Niemiec, bo chwalę się językiem i na koniec dnia pomycie podłóg, kibla. Co tydzień raport z efektów mojej pracy. Kropka. Oparł się na krześle i założył ręce na piersi. Szkoda, że nie puścił przy tym bąka.

Około importu z Niemiec dostałam wkurwa, przy propozycji czwartego etatu w jednym, to jest sprzątaczki żyłeczki wystapiły mi na czółko. Zapytałam za ile. No, za 1276 brutto na początek.
Nic już nie myślałam, nie słyszałam oraz instynkt samozachowawczy prysł. Cedząc każde słowo rzekłam:
- Raport, to ja mogę napisać, ale do PIP. Za kogo się pan w ogóle uważa, że kim pan jest, by proponować mi kilka etatów za najniższą krajową? Wstyd, żeby szef firmy nie znał elementarnych przepisów Kodeksu Pracy! Nie będę życzyła panu sukcesów, żegnam. – Wstałam i podążyłam ku wyjściu do sklepu, gdyż pan podejmował mnie na zapleczu. Jeszcze nie chwyciłam za klamkę, gdy zapiszczało mi w uszach:

- To spierdalaj.

Znając siebie, reakcja powinna być mniej więcej – sam spierdalaj, chuju – jednak czując niedosyt wylewu wkurwa, obróciłam się na pięcie, usiadłam na krześle, starannie ułożyłam sobie torebkę na kolanach, wbiłam w niego mordercze spojrzenie i bardzo spokojnie powiedziałam:

- Posłuchaj mnie teraz uważnie, dresie. Za chwilę obiję sobie twarz własną pięścią, aż poleje się krew. Potem wybiegnę do sklepu, gdzie masz klientów, zacznę wzywać pomocy i zadzwonię na policję. Jak myślisz, komu uwierzą? A za godzinę wpadnie tu dzielnica i rozniesie ci te ściany, obiecuję ci to.

Łysol był wyraźnie w szoku, wybałuszył na moment ślepia, zalał się pąsem i jąkając się jął pierdolić:
- Pani mnie nie zrozumiała…
- Teraz jestem dla ciebie pani? A przed chwilą powiedziałeś do mnie spierdalaj! Nie, niech pani spierdala, tylko spierdalaj! – Podniosłam głos.
- Ja przepraszam, to nerwy – chwycił leżący na stole długopis, zaczął przekładać go z ręki do ręki, a wzrokiem obiegł bodaj całą galaktykę omijając trajektorię mojego, wbitego w jego wykrzywioną mordę wzroku. – To nie tak, bo ta pani, co tu pracuje, to ona… - Urwał, ręką przetarł czoło od brwi w górę. – To ile by pani chciała zarabiać? – W końcu spojrzał mi w oczy.

- Nie stać cię na mnie, a moje dobre wychowanie ległoby przy tobie w gruzach. – Wstałam i bez pożegnania wyszłam. I drzwiami trzasnęłam, a na ulicy jeszcze dodałam pod nosem – chuj ci w dupę, taki syberyjski z bakami!

Czy tacy ludzie muszą stawać właśnie na mojej drodze? Czy ja zawsze już będę miała tylko pod górkę? Ten los chyba ze mnie drwi i mówi – pokaż na co cię stać! Kurwa, nawet podczas szukania pracy gra mi na nosie. Korci mnie, żeby opowiedzieć o tym ojcu, ale boję się, że wpędzę go w kłopoty. Aaaaa, jebał łysola pies!
Miłej soboty Wam życzę.

piątek, 22 maja 2009

Sem sa wratila;)))

Ostatnie dwa tygodnie były wyjątkowo ciężkie, ale od początku.
Klaptop spisany jest na straty i jebał go pies. Jednak został ogromny problem, mianowicie goniący mnie termin pracy. Odpaliłam maszynę do pisania, ale przecież pierdolca idzie dostać, gdy walnie się jakąś literówkę. Po jednym akapicie dałam sobie z tym spokój.
- Weź mój komputer, nie jest mi teraz potrzebny – zaproponowała kuzynka.
Uradowana zapakowałam kolosalny monitor, pudło oraz resztę akcesoriów do samochodu i pojechałam podłączać sprzęt. Pozostał problem modemu bezprzewodowego z szerokim i płaskim wejściem, wyłącznie do laptopów. „E tam, pomyślę o tym jutro”, przypomniała mi się Skarlett O’Hara.
Na dzień dobry okazało się, że nie działa myszka, mojej, z wejsciem usb komputer również nie widział. Wraz z sąsiadem wgraliśmy odpowiednie sterowniki i mysz się poruszyła, ale tylko w górę oraz w dół. Porty usb dalej były nieczynne. Z pianą na pysku zadzwoniłam do byłego męża kuzynki z prośbą o pomoc. Zabrał pudło do siebie. Dowiedziałam się, że myszka jest popsuta, a wtyczki usb nie będą działać, bo sterowników nie ma i w ogóle słuchając monologu informatyka na megawkurwie, docierało do mniej więcej to:
- jdsgb v hjn jghl ffgjkhhfkghj; jf;j ;dgjdh;dv.
Ja pierdolę, jeżeli nie mam dostępu do internetu, to po kiego grzyba mam coś w ogóle pisać, skoro nawet na Pen Drive sobie tego nie skopiuję? Witki mnie opadli. Olałam zatem wtyczki i skupiłam się na akcji podłączenia pudła do internetu. Były mąż kuzynki, Waldi sprawdził na Allegro, że istnieją tak zwane przejściówki do modemu mojego typu. Pięć dych by mnie to kosztowało.
Tylko ja tych pieniędzy nie miałam, ciągle czekałam na zwrot podatku. Niespodziewanie odwiedziła mnie Przedziwna, położyła pięć dych na stole ze słowami:
- Kup to, żebyś miała łączność ze światem.
Ponieważ gonił mnie czas pomyślałam, że jeśli internetowy megadomhandlowy ma coś takiego, to renomowane sklepy również. Okazało się, że chwała mi za ten pomyślunek. Nie mają, bo nie sprowadzają, gdyż owe przejściówki są do bani i albo nie działają wcale, albo działają kilka dni i idą się jebać. Cyce mnie opadli. Za stara jestem na inwestycje w kota w worku.
Miałam możliwość kupienia w Erze modemu pod wtyczkę usb, wczoraj przyszedł przelew podatku, ale co mi po nim, skoro owych pięć sztuk w pudle nie mają funkcjona?
Byłam dziś już tak skołowana, że przestałam myśleć. Miałam po prostu wszystkiego dość. Chciałam odpocząć, zrezygnować na chwilę z tej walki i się wyciszyć. Olać to, jak nie ma, to nie ma i jutro o tym pomyśleć.
Jadąc do domu, automatycznie skręciłam kierownicę i zaparkowałam auto pod domem mojej cioci. Kawy mi się chciało, mocnej, a ciocia robi taką po turecku, z fusami. Do tego jest wspaniałym słuchaczem, wyryczeć się u niej można i ona tak bez ogródek podchodzi do beksy, przytula do piersi i kojąco głaszcze głowę. Wszystkie problemy na ten czas znikają za dotknięciem jej dłoni. Nastaje błogość, a energia w postaci mocy płynie od niej falami.
Wlazłam zgarbiona, zobaczyłam Sabka, jej syna, co z Wysp na urop przylatał i miast do cioci z rykiem, poleciałam do niego. I w skrócie:
- Babo, wtyki usb zaraz będziesz miala, jedziemy. Najpierw była Era, nowy modem, potem pojechaliśmy do serwisu z pudłem pod pachą. Zamontowanie czterech nowych wtyczek trwało 5 minut i ten koszt Sabko wziął na siebie, w prezencie. Wróciliśmy do domu, podłączyliśmy i jest i działa i znów jestem i, kurwa, nie wiem co powiedzieć, bo tak mi jest dobrze.
Kto ma przyjaciół rozsianych po świecie wie, co czułam. I jeszcze jedna myśl, komputer bez internetu, to jak drzwi bez klamki.
I’m back!

piątek, 15 maja 2009

Arcypowazna awaria kompa.

Nie wiem kiedy bede on line, ale badzcie pewni, ze cholernie za Wami tesknie.
Tymczasem robie porzadki w domu, kurwa, uporzadkowalam sterty dokumentow, wyszorowalam piec kaflowy. POUKLADALAM SLOIKI W PIWNICY. Pierdolec.
Najgorsze, ze kompa nie mam wcale, nawet popisac sobie nie moge. Z zalem w sercu spogladam na puste miejsce po nim. Ech...
Pozdrawiam Was serdecznie:)

niedziela, 10 maja 2009

Nareszcie po i nareszcie w domu.

Wpadłyśmy z Miśką do kościoła tuż przed dziewiątą, rodzice już zaczęli się nerwowo rozglądać. Gdzie matka chrzestna? Strój Miski wywołał uśmiechy na wielu twarzach. Zdążyłam przed ceremonią wejścia dzieci do kościoła.
Julia jest piąta w rzędzie.

Zaraz po powrocie z kościoła zrzuciła albę i przywdziała elegancką kieckę. Usilnie prosiłam ją, by poszła ze mną do parku na sesję zdjęciową, ale była tak zmęczona, że rzuciła się w sypialni na łóżko w opakowaniu świątecznym oraz wianku i przespała bite dwie godziny. Nie ma się co dziwić, o szóstej rano była u fryzjera. Wiem, że siostra chciała dobrze, ale moim zdaniem to było zbędne. Chociaż przyznam, że po śnie fryzura była nie tknięta.

Przed piętnastą zabrałam ją, Miśkę, Natalkę i Oliwię do kościoła po pamiatkę komunijną, oraz pozowanie do fotografii. Moja przecież też musiała, bo jakby inaczej.

Po kościele Julia uderzyła z buta, aby jak najszybciej do domu. Miśce jeszcze było mało, jeszcze bodaj jedno zdjątko.

Pamiętam, że ja biegałam w kiecce komunijnej do oporu, a moja chrześnica zaraz po powrocie przebrała się w strój sportowy, wskoczyła na rower i tyle ją widzieliśmy.
Miśkę również musiałam przebrać, bo serce mi krwawiło widząc ją, na kolanach rysującą kredą po asfalcie, albo wspinającą się na płot. Sukienka doznała tylko jednej szkody. W tiulu jest mała dziurka. To i tak sukces, jak na takiego czorta.
Miły był to dzień, acz przyznam, że męczący. Z rozkoszą wróciłam do domu, przebrałam się w dres, wyszykowałam ledwo żywe dziecko do spania i na spokojnie zabrałam się do pisania.
Za trzy lata mnie czeka taki sajgon, jako gospodynię. Wolę o tym teraz nie myśleć. Odpoczywam, bo wszystko mnie boli. Zwłaszcza stopy.

sobota, 9 maja 2009

Ufff, odetchłam.

Ze zdjęć, które zrobiłam Miśce podczas show, to to jedno nadaje się do publikacji. Wszystko inne jast bardziej maziate.

To muszę zamieścić, bo ta moja Miśka wygląda tutaj zjawiskowo, hihi.

A to jest kiecka na jutrzejszą komunię.

Menciona jestem. Jeszcze muszę kudła zrobić:))

czwartek, 7 maja 2009

Athina bez cyca.

Chciałam pojechać dziś do siostry po ten kabel, ale nie mogłam zwlec się z łóżka. Trzeci dzień okresu i drugi dzień cierpień pozaziemskich. Trzęsące się nogi, wodospad między nimi, pożarte dwa ibupromy i opad z sił.
- Chyba toczy mnie rak. - Rzekłam do matki przez telefon.
- Taaa, w kieszeni. - Odpowiedziała bez entuzjazmu. Obie nie miałyśmy ochoty na dyskucję. Pożegnałyśmy się szybko.
Mam fotografię Athiny zamyśloniej, z odrostem na łbie i zamalowanymi cyckami. Ale to ja. Tuv mnie pewie zbeszta za te odrosty, jak ja ją za pazury. Ale co tam, wezmę na klatę.


Odejmijcie wlosy i Obcy 18 jak wypisz wymaluj.

środa, 6 maja 2009

Kabla nie ma, muchów też.

Muchy zaczęły fruwać, a wraz z nimi Serafina. A takie miałam ładne, nowe firanki! I kwiaty sobie bezboleśnie stały w doniczkach na parapecie. Teraz trzeba je zbierać z podłogi oraz zgarniać ziemię. Kota pilnuje ogniska domowego. Do tego jest kotem pasterskim, nie inaczej.
Rano, gdy wychodzimy z domu, morda jej się śmieje, że chołota opuszcza ściany i wreszcie odetchnie od warowania nad naszym spokojnym snem. Gdy zaś wracamy, odkleić się od nas nie może. Rycy pod drzwiami, że Miśka na dwór wybiegła i liczba jej się nie zgadza, a jak do tego ja wylezę na balkon, zawodzi niczym kotna lwica.
Za nasze złe zachowanie obrywa tylko Mijo. Rzuca mu się na szyję, obgryza mordę, łapą trzaska z liścia i jeży przy tym kark. Mijo, jak ten chłopek roztropek znosi kobiece fanaberie, póki mu pazura nie wsadzi tam, gdzie nie trzeba.
Mnie Serafina ugryzła tylko raz, w policzek i to złośliwie. Ugryzłam ją też, w policzek i warknęłam. Trudno mi opisać minę kota, ale ładnie spierdoliła z fotela. Szanujemy się. A ja ją kocham strasznie.
Uwielbiam wracać do domu i być głaskana po twarzy oraz dostawać z czaszki w nos.
Kota trochę mi już uległa i poddaje się moim napadom miłości, kiedy biorę ją na ręce i całuję pysk. Mruży oczy i nawet nie wzdycha zniecierpliwiona.
Dotarłyśmy się.

Nie wzięłam kabla od siostry, zapomniałam. Dostałam za to niezłą reprymendę...Od samej siebie.

wtorek, 5 maja 2009

Scena wyciska łzy!

Miśka nie chciała uczyć sie kroków. Latała po domu z różowym mikrofonem i wyginała się po swojemu. Nawet to i miłe dla oka było, ale podejrzewałam, że widownia ją sparaliżuje.
Ostatniej lekcji tańca udzieliła jej wczoraj kuzynka Julia, którą zabrałam ze sobą na dziesiejszy "Mini playback show".
Widząc tremę "rywalek" mojej gwiazdy, poprosiłam Julię, by wystapiła razem z nią, tańcząc obok. Ale, jak się okazało, to był średni pomysł, bo Miśka uparcie śpiewała i tańczyła zwrócona w stronę Julki, bokiem do widowni i tyłem do jury. W związku z czym przez całe minuty trwania utworu wyłam w duchu "odwróć się!".
Dziecko skończyło, ukłoniło się kuzynce, dziękując jej za uwagę. Dopiero brawa sprawiły, że łaskawie na nas spojrzała. Speszyła się jeszcze bardziej i uciekła do mnie na kolana. Dzięki moim pochwalom odzyskała pewność siebie i ochoczo jęła wyśpiewywać refren "Hej sokoły" z następną uczestniczką.
Jury przyznało jej wyróżnienie, jak wszystkim innym poza podium, dyplom i kolorowankę. Podium dostało po koniku. Takim malutkim, ale koniku i Miśka wpadła w płacz.
- Mamusiu, ja też chcę konika! - Wskazała palcem na dyrektorkę, nagradzającą któregoś z trójki zwycięzców figurką, co ma ze trzy cm wzrostu. Nic to, że moje dziecko ma w domu konie dziesięć razy większe. Te konie były dziś najpiękniejsze.
Miśka poznała smak przegranej. Porażka była dla niej nie do przełknięcia, bo jej nie rozumiała. Przecież dała z siebie wszystko, a konia nie dostała. Widząc jej łzy zastanowiłam się, czy to jest odpowiedni czas na rywalizację. I jak ja jej to w ogóle mogę wytłumaczyć? Przyszło mi na myśl tylko:
- Słoneczko, bo ty tak odwróciłaś się od wszystkich, że nikt cię nie widział, jak pięknie śpiewasz, a jak tamte dziewczynki skakały, to sama skakałaś, prawda?
- Ale Ola miała te wielkie włosy (peruka) i dostała konia! - Powiedziała cicho.
- Ola zrobiła półszpagat, też cię nauczę i będzisz lepsza.- Odpowiedziała Julia.
Serce mi się kraje, bo ciągle nie wiem, czy jej uczestnictwo było słuszne. Na 15 maja mamy oddać prace na temat "Żyj zdrowo". Tym razem ja umoczę w tym moje ręce po łokcie, bo rodzice dozowleni.
Jeśli mam być szczera, to jestem szczęśliwa, że Miśka w ogóle została wyróżniona, za ten absolutny brak talentu scenicznego.
Fotki dołożę jutro, bo kabel leży u siostry na parapecie.
łom

niedziela, 3 maja 2009

Lekcja.

Telefon zadzwonił wczoraj tuż przed południem, spojrzałam na wyświetlacz, siostra.
- Heelooł. - Leniwie rzuciłam do słuchawki.
- Usmażyłaś dziecku frytki? - Zapytała z uśmiechem.
- No pewnie! Dzisiaj też. - Ożywiłam się. Zachichotałyśmy chórem.
- Przyjdź do nas, właśnie rozpalamy grilla, co będziesz sama w domu siedziała. - Zachęciła Karina.
- Piekę kurczaka, niedługo obiad. Po południu przyjdę, a Super Niania też będzie? - To Ilona, bo mimo, że mamy starsze dzieci, ona wie wszystko najlepiej. Jest pediatrą, alergologiem, laryngologiem, ortodontą, psychologiem i chuj wie, kim jeszcze. Super Nianią nazwał ją jej mąż.
- Będzie.
- To ja dziś za siebie nie ręczę. - Powiedziałam stanowczo.
- Ja w sumie też nie, hihihi!
Już byłam podminowana, tak mnie te frytki wczoraj wkurwiły. Ale, ale, Eureka! Usmażyłam po obiedzie dwie patelnie pasiaków, wystudziłam i zapakowałam do woreczka, złośliwie uśmiechając się pod nosem, "Ja ci dam lekcję, poczekaj!"
Żeby Super Niania miała o czym gadać od progu, zdjęłam z szafy zakurzoną spacerówkę dla mojej, prawie sześcioletniej, piszczącej z zachwytu kobyłki. A co, moje dziecko i mój wózek. Miśka odkurzyła swoje cacko na medal, położyła kocyk, rozsiadła się wygodnie i wio.
Siostra na nasz widok krzyknęła "O!" i jęła pokładać się ze śmiechu, co Miśkę przyprawiło o jeszcze lepszy nastrój. Super Niania wysadzała właśnie Natalkę w toalecie. Wyszła, spojrzała
i zapytała poważnie:
- Tobie nie jest wstyd takie duże dziecko wozić?
- A tobie nie jest wstyd pieprzyć od rzeczy? - Zapytałam i towarzystwo na chwilę zacichło. - Jak ułożysz coś bardziej konstruktywnego, będziesz mogła do mnie mówić. - Odwróciłam się do niej placemi i pomogłam dziecku wyjść z wózka. Zastrzygłam przy tym czujnie uszami, czy czasem już nie ułożyła, ale zanim to zrobiła, odezwał się jej mąż:
- Ty, to zawsze przywalisz, że żal słuchać.
Lekko speszyła ją ta sytuacja. Usiadła odwracając ode mnie głowę, a ja, ważąc to lekce, wyjęłam z rąk siostry Nikolę, by ją trochę pomęczyć.
Dzieci, ignorując spięcie między ich matkami, poszły przed dom, rysować kredą po asfalcie.
Przez następną godzinę Supertorpeda Niania nie odezwała się do mnie ani słowem. Mężczyźni przynieśli piwo, druga tura kiełbasy z grilla była gotowa. Przywołałam swoją, posadziłam na krześle i przypomniałam sobie o pasiakach.
- Chcesz frytunie do kiełbasy? - Zapytałam Miśkę.
- No pewnie! - Uniosła ręce na znak hurra.
Siegnęłam po woreczek, położyłam go na stole, a Natalce opadła szczęka.
- Mama fitki! - Krzyknęła pokazując palcem.
- Dla ciebie też mamy! - Miśka wsypała sobie dwie garści, chwyciała worek i pobiegła poczęstować koleżankę. Karina mnie uprzedziła, klasnęła w ręce i w euforii zawołała:
- Brawo! Misiunia cioci kochana, trzeba się dzielić! - Bezczelnie spojrzałam na Ilonę. Zrozumiała. Twarz jej się wykrzywiła, jakby ktoś dał jej w pysk. Rzuciłyśmy sobie z siostrą ukradkowe, pełne tryumfu spojrzenia. Udało się bez awantury...
Po posiłku Niania poszła do sklepu i przyniosła zozole. Dla wszystkich. I zaczęła ze mną rozmawiać. Nawet pozazdrościła mi wózka, bo Natalka zrobiła się śpiąca, a szkoda było opuszczać towarzystwo, toteż takie cudeńko by się przydało, oj, przydało. Jednak Miśka kategorycznie odmówiła pożyczenia, wskoczyła do środka i ona też chce spać. Nie ingerowałam... Ha! Ha! Ha!...Ha!...HaHa!

Zdjęcie zrobiłam dziś rano, na obraz kobyłki w wózku. Jeszcze w "śpiochach" i nocych "lokach".

piątek, 1 maja 2009

To mnie mierzi.

W ogrodzie siostry poznałam pewną Ilonę, matkę trzyletniej Natalii. Mieszkają tam od niedawna i szwagier skumplował się z jej mężem. Siłą rzeczy też i żony się skumplowały.
Od piewszego naszego spotkania uderzyły mnie dziwne nawyki Ilony. Mianowicie wyciąganie
z torebki po jednej sztuce żelków, czy kostek czekolady i wciskanie w rękę Natalce podczas, gdy reszta dzieci patrzy.
Ja takiego czegoś, kurwa mać, nie znam! Jeżeli Miśka brzdęka i prosi o coś słodkiego
w obecności dziecka siostry, kuzynki czy koleżanki, to dzielę. Zdarzało się, że batonik Grzesiek, który Miśka wygrzebała z torebki, kroiłam na trzy części. To jest u nas normalne
i naturalne.
Jeżeli zaś Miśka zaprosi do domu koleżankę, a ja mam coś tylko dla niej, bo jest tego mało,
to nie wyciągam i basta.
Ostatnio moje dziecko, bawiąc się z Natalką prosiło mnie o pieniądze na czipsy. Wygrzebałam z torebki po grosikach i dałam na dwie paczki, no bo jak inaczej? Tym bardziej, że są to maleńkie paczki, nie ma czym dzielić.
Dzisiaj Ilona przyjechała z imprezy plenerowej, w woreczku miała resztę niedojedzonych przez córkę frytek. Położyła je na stole, a naszej bachorni oczy się do nich zaświeciły.
- Misia, zaraz idziemy i usmażę ci w domu frytki. - Zamknęłam dziecku buzię.
Na stole stało ciasto - murzynek, które Gosia wczoraj upiekła do dzisiejszej kawy i dla pociech. Natalka zjadła jeden kawałek, wzięła drugi, ale już po to, by go gryźć i wypluwać sobie pod nogi. Jak to dziecko, ale po takiej akcji moja Miśka by już ciasta nie dostała. Przynajmniem nie przez najbliższą powiedzmy godzinę, bo wiadomym by dla mnie było, że głodna oraz konająca z powodu nagłego, dziecięcego opadu cukru nie jest. Natalka chciała i dostała. Tymczasem moja, widząc, że na razie nie zapowiada się na to, bym w te pędy leciała smażyć obiecane frytki zapytała:
- Mogę jedną frytkę?
- Nie, bo Natalka później w domu będzie jadła. - Odpowiedziała Ilona. A tam zostało nie więcej, jak osiem kawałków kartofla. Kolacja dla, kurwa, ośmiu osób.
Gosia i Karina zrobiły oczy, spojrzałyśmy na siebie. Krew się we mnie zagotowała, ale to nie mój gość i nie mój ogród. Wstałam, by się pożegnać, bo trudno mi już przychodziło powstrzymywanie złości.
- To może nasmażymy? - Zapytała siostra.
- Nie. Zresztą czas już na nas. - Odpowiedziałam i pożegnałam towarzystwo. Gosia wyszła razem ze mną.
Bardzo mnie takie coś razi. Nie pamiętam, by moi rodzice specjalnie uczyli nas dzielenia się. To było naturalne, że trzeba coś przepołowić. Bardziej babcia wpajała nam sprawiedliwość zwłaszcza, gdy odzywała się w nas pazerność na kanfiety.
W latach kryzysu miałyśmy z siostrą słodycze z Rajchu, ale nigdy nie wolno było nam brać ich do szkoły, by zaszpanować. Mało tego, nie mogłyśmy wyjść z kanapką na podwórko, bo jadłyśmy ją z szynką, a inne dzeciaki z masłem i cukrem.
Enyłej, Miśka miała królewską kolację, całą patelnię frytek tylko dla siebie i z keczupem, ha!